Dookoła świata: Chiny - w górę Jangcy

Po doświadczeniach wielkich miast wybraliśmy się na chińską prowincję. Głównym celem tej trasy była przeprawa przez trzy przełomy na rzece Jangcy. Po drodze spróbowaliśmy " królewskiej małpiej herbaty", zrozumieliśmy na czym polega chińska wycieczka i omal nie spaliliśmy ust przy najostrzejszym hot-pot'cie świata.
Huangshuan jak z obrazka

Malarstwo chińskie słynie przede wszystkim z idyllicznych obrazków kwiatów, łąk, drzew i budynków zharmonizowanych z naturą. Z tego powodu miasteczka regionu Huizhou są dosłownie mekką dla adeptów malarstwa z całego kraju. Zbudowane według zasad feng-shui, wtopione w naturalny krajobraz, zdają się rzeczywiście oazą spokoju, gdyby nie rzesze turystów zapełniające wąskie uliczki. Okolicę tą zamieszkiwali niegdyś chińscy kupcy, którzy z zysków z handlu herbatą i solą zbudowali wystawne rezydencje. Ponieważ z powodu pracy nie było ich ciągle w domu, chcieli w ten sposób wynagrodzić swoim żonom dotkliwą samotność. Niektóre z domów porównuje się nawet do pałaców Zakazanego Miasta - moim zdaniem jednak mocno na wyrost.

Królewska małpia herbata

Jedną z głównych atrakcji rejonu Huizhou jest smakowanie i kupowanie herbaty, uważanej za najlepszą w Chinach. Prawie każdy zaułek kryje zakład herbaciany, którego właściciel zaprasza na małą degustację. Wiedzieliśmy jednak, że każde testowanie powinno zakończyć się większym lub mniejszym zakupem. Spędziliśmy więc niemal dwie godziny próbując wszystkich możliwych herbat, zanim nabyliśmy dwie najsmaczniejsze. Wspomniana w tytule, uwielbiana niegdyś przez Anglików, "królewska małpia herbata" (nazwa wzięła się stąd, że jej liście rosną bardzo wysoko i tylko małpy mają do niej łatwy dostęp) nie przypadła mi do gustu, za to Asi bardzo. Ja natomiast zasmakowałem w herbacie jesiennej, której liście pod wpływem wrzątku dosłownie rozkwitały, oddając w pełni ukryty w nich słodkawy aromat.

Yichang - z wizytą w chińskim domu

Do tej pory nie udawało się nam znaleźć noclegu poprzez couchsurfing w Chinach. Byliśmy na to przygotowani czytając wcześniej, że Chińczycy nie są tak otwarci, by gościć obcych ludzi u siebie w domu lub zabierać ich na stopa. Jednak szukając noclegu w Yichang otrzymaliśmy tyle zaproszeń, że nie mogliśmy wszystkich przyjąć. Po czasie zrozumieliśmy, że fenomen ten wynika ze specyfiki miasta, które zostało sztucznie powiększone, aby przesiedlić gdzieś mieszkańców z terenów zalanych przez wody Jangcy po uruchomieniu Tamy Trzech Przełomów. Yichang próbuje obecnie przeskoczyć granicę ze skupiska zagubionych przesiedleńców do nowoczesnej czteromilionowej metropolii. Dlatego może mieszkańcy Yichang bardziej niż innych chińskich miast pragną przełamać swoją nieśmiałość i poznać Europejczyków, których wcześniej widzieli jedynie w podręcznikach do angielskiego. Dla nas było to równie cenne spotkanie z chińską kulturą odartą z cenzury i krążących stereotypów.

"Money, money, money..."

"Szczęście, że mam już własne mieszkanie, bo inaczej żadna dziewczyna by na mnie nie spojrzała" - oświadczył nam Tommy, pokazując swój apartament (Chińczycy do kontaktów z obcokrajowcami przybierają sobie czasem angielskie imiona). Romantyzm to pojęcie w Chinach nieznane, wszystkim rządzi pragmatyzm. "Moja dziewczyna pracuje teraz w Katarze. Chociaż widzimy się tylko dwa razy do roku, cieszę się z tego, ponieważ dzięki obytej w świecie mamie nasze dzieci będą miały lepszy start" - tłumaczy nam Tommy, po czym dodaje niepewnie: "Mam nadzieję, że ona mnie nadal potrzebuje, w końcu to ja jej pomogłem zdobyć tę pracę, mam mieszkanie, samochód i stać mnie na dziecko". Czekaliśmy na chociaż jedno słowo mówiące o tęsknocie i miłości - lecz takowe nie padło. Zastanawiająca była też naiwna szczerość z jaką nasi gospodarze zdradzali swoje intymne sekrety, będąc jednocześnie nieszczerymi wobec samych siebie. "To miasto jest tak małe, że nie mogę sobie sprowadzić dziewczyny na noc" - narzekał Tommy przekonany, że zaczniemy mu współczuć.

Miłość dozwolona od lat osiemnastu

Ting Lin - nasza druga gospodyni jest nauczycielką języka angielskiego w chińskiej publicznej szkole podstawowej. Zabrała nas więc na lekcję, żebyśmy przez chwilę porozmawiali z dziećmi, które nie mają na co dzień żadnego kontaktu z żywym językiem. Spotkanie, które miało być przyjemnością, przyprawiło mnie na koniec o ból głowy. W klasie uczyło się sześćdziesiąt dzieci, co i tak według Ting Lin było liczbą przyzwoitą. Aby przekrzyczeć naturalny hałas używała mikrofonu z głośnikiem, co powodowało, że cała sala przypominała dworzec kolejowy. Nasza konwersacja z dziećmi spełzła na niczym, ponieważ nie są one przyzwyczajone do jakiejkolwiek dyskusji podczas lekcji. Jeśli mają zadaną rozmowę między sobą, beznamiętnie powtarzają schematy z czytanki. Przyczyn takiego zachowania należy szukać we wczesnym dzieciństwie, kiedy to trzyletnie maluchy w przedszkolu uczą się jedynie siedzieć prosto i nie odzywać bez pytania. O jakiejkolwiek zabawie nie ma mowy. Później, w szkole podstawowej są również ciągle musztrowane, ćwicząc na lekcjach w-f-u wojskowe formacje na placu apelowym. Do osiemnastego roku życia wszelkie działanie nastolatka musi skupiać się na nauce i dostaniu się na studia. Nie ma czasu na przyjaźnie, a romanse są wręcz zakazane. Jeśli nauczyciel złapie parę nastolatków trzymających się za ręce, poniży ich tak bardzo, że przez następny rok będą siebie unikać.

"Chyba mnie nie okradniecie?!"

Taki system wychowania powoduje, że dorośli ludzie emocjonalnie pozostają nastolatkami z wypaczonym poglądem na świat. Przez to stają się wobec siebie nieufni, uważając że każdy człowiek potencjalnie może wyrządzić im krzywdę. "Bałam się was zaprosić, ale pomyślałam, że skoro jedziecie dookoła świata, musicie być ode mnie bogatsi i dlatego nie macie powodu mnie okradać" - wyznała Ting Lin i zaraz potem dodała: "Nie ufajcie nikomu! Chińczycy okłamują i oszukują nawet swoich najbliższych". Jednak, kiedy przełamią barierę nieufności, stają się bardzo gościnni. Jest to wpisane w ich kulturę nakazującą ponosić wszystkie wydatki za gościa, którego zaprosiło się do domu. Uważajcie jednak, bo kiedy wasz gospodarz przyjedzie odwiedzić was w przyszłości, to wy będziecie musieli wszędzie za niego płacić - a Chińczycy mają naprawdę wielki apetyt.

Trzy Przełomy Jangcy

Chińczycy chwalą się wszem i wobec swoimi osiągnięciami, ale wobec Tamy Trzech Przełomów mają niemal nabożny stosunek. Licząca 2 km szerokości tama, o łącznej mocy osiemnastu elektrowni atomowych, jest największym osiągnięciem inżynierii wodnej świata. Specjalne show prezentowane przy okazji oglądania tamy opowiada historię rybaków, którzy od stuleci musieli mierzyć się z żywiołem wody. Teraz, dzięki tamie są szczęśliwi, bezpieczni i mogą spokojnie oddać się pracy na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej. Odrzucając propagandę, trzeba zauważyć, że elektrownia wodna przy tamie ograniczyła emisję gazów cieplarnianych w Chinach o 100 milionów ton. Przy wołaniach ekologów o potrzebę korzystania ze źródeł odnawialnych jest to wspaniałe osiągnięcie. Z drugiej strony jednak nie można zapomnieć o innych następstwach, jakie sprowadziła budowa tamy: półtora miliona przesiedlonych ludzi, setki zatopionych zabytkowych świątyń oraz naruszenie równowagi ekologicznej w regionie. Jangcy zyskała niechlubne imię największej toalety świata, kiedy wody przykryły ponad czterdzieści nadbrzeżnych miast i czterysta fabryk wraz z toksycznymi odpadami i całą zawartością kanalizacji.

Wysoka na 185 metrów tama, widziana z daleka nie wywiera piorunującego wrażenia, znacznie bardziej atrakcyjne turystycznie są trzy wielkie przełomy na Jangcy, czyli miejsca gdzie rzeka zawijając wyrzeźbiła koryto między wysokimi górami. Nadbrzeżne skały wyrastają z wody i ciągną się wzwyż na wysokość nawet 600 metrów (przed powstaniem Tamy Trzech Przełomów było to o 300 metrów więcej). Zagłębiając się małymi łodziami w dopływy Jangcy można godzinami krążyć po rzecznych torach otoczonych skałami, z których woda skapuje na rozgrzane od słońca głowy. Widziane z pokładu niewielkie wioski są odcięte od świata, skazane jedynie na transport rzeczny, trwający czasami kilka dni.

Chińska wycieczka trąci grzybem

Większość turystów wybiera spływ Jangcy z Chongqing do Yichang. Nasza trasa prowadziła jednak w przeciwnym kierunku, w górę rzeki, więc mieliśmy do wyboru nieco ograniczoną ofertę. Ostatecznie musieliśmy zadowolić się wycieczką obsługiwaną przez chińskiego przewoźnika. Początkowo zostaliśmy mile zaskoczeni, kiedy przewodniczka łamaną angielszczyzną oświadczyła, że będzie się nami opiekować przez najbliższe cztery dni. Przymknęliśmy nawet oko na małe oszustwo, opisujące nasz spływ jako czterodniowy, podczas gdy w rzeczywistości program wypełniał jedynie dwa (pierwszego dnia wypływaliśmy późno w nocy, ostatniego przypływaliśmy wcześnie rano). Jednak już pierwszego wieczoru, podczas show poświęconego Tamie Trzech Przełomów, nasza cierpliwość została poważnie nadszarpnięta. Jeśli w chińskiej wycieczce widnieje słowo "show" oznacza to, że przez pierwsze pół godziny będziemy obserwować klauna podbijającego futbolówkę na czerwonym nosie. Na szczęście wytrzymaliśmy ten żenujący pokaz i obejrzeliśmy w końcu całkiem przyzwoity spektakl o historii regionu.

Wejście na pokład naszego promu okazało się dość ekstremalnym doświadczeniem. Ośmioosobowa kajuta okazała się ciemną, zagrzybioną i duszną norą, w której spanie było męką, a nie wypoczynkiem. Marzyliśmy jedynie o wyjściu na górny pokład, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Na chińskiej wycieczce trzeba być jednak nastawionym na ciągłe dopłaty. Okazało się, że owszem: pobyt na promie mamy opłacony, ale za wyjątkiem górnego pokładu, który jest liczony jako atrakcja luksusowa - warta kolejnych kilkadziesiąt yuanów. Ponadto wszystkie wycieczki wliczone w cenę były nie lada przekrętem. Jedna z nich prowadziła nas późnym wieczorem do kompletnie nieoświetlonego pałacu, pozostawiając jedynie wyobraźni widok "przebogatych wnętrz", druga miała miejsce w starożytnym "Mieście Duchów", które tak naprawdę zbudowane zostało dziesięć lat temu, zresztą z dużymi brakami w wykończeniu.

Dość wspomnieć, że natychmiast po zakwaterowaniu się w kajucie przewodniczka kompletnie nas olała, zwracając się po angielsku jedynie z żądaniem kolejnej dopłaty.

Nie chcę generalizować w powyższej krytyce. W końcu do tej pory we wszystkich organizowanych wycieczkach traktowani byliśmy przyzwoicie. Wyprawa w górę Jangcy dała nam jednak tak porządnie w kość, że hasło "chińska wycieczka" stanie się na jakiś czas dla nas synonimem oszustwa i tandety. Na szczęście zachód słońca nad trzema przełomami wygląda tak samo - czy to oglądany z pokładu luksusowego jachtu czy też zagrzybionego, chińskiego promu.

Hot pot rodem z piekła

Wszystkie kulinarne przeżycia z Chin zamierzamy podsumować w ostatniej relacji przed wyjazdem do Wietnamu. Teraz nie sposób jednak nie wspomnieć o najostrzejszym hot-pocie świata, który jest jedyną atrakcją miasta Chongqing leżącego na końcu naszego rejsu po Jangcy. Zupa-gulasz z wszystkiego co wpadnie pod rękę była pierwotnie daniem rybaków zamieszkujących przybrzeżne tereny. Odporni na ostry smak wieśniacy zaczęli zupę doprawiać tak, że doszli wreszcie do krwiście czerwonego, diabelnie ostrego wywaru. Tak przyrządzony hot-pot stał się na przestrzeni lat kulinarnym hitem regionu. Wystarczy polizać pałeczkę zanurzoną wcześniej w wywarze, aby po chwili złapać się za gardło i w rozpaczy szukać najbliższego źródła wody. Można na szczęście zamówić wersję "yuanyang", która dzieli hot-pota na dwie części - jedną ostrą i drugą łagodną, przeznaczoną dla "mięczaków". Mimo to i tak nie uniknęliśmy czerwonej, spoconej od gorąca twarzy i późniejszych problemów z żołądkiem. Tubylcy uważają, że hot-pot rozgrzewa zimą, a chłodzi latem (przez strumienie potu, które z ciebie wyciśnie).

O autorach Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia. Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.