Podróż dookoła świata. Chiny - Szanghaj powraca do przeszłości

Szanghaj to miasto-wizytówka Chin XXI wieku. Zbudowane prawie od podstaw przez Anglików i Francuzów w połowie dziewiętnastego stulecia, następnie podbite przez chińskich komunistów, dopiero od dwudziestu lat zyskuje na powrót międzynarodowy charakter. Dwadzieścia lat wystarczyło jednak chińczykom, żeby wprawić mieszkańców Warszawy, Berlina czy Paryża w prawdziwe zakłopotanie.


"Szanghaj nas przerasta"

To pierwsze słowa, które wypowiedzieliśmy do siebie po wyjściu z metra na ulicę. Otoczyły nas bowiem wieżowce tak wysokie, że aż od połowy zakryte dla oczu przez chmury. Pomimo późnej pory, od świateł neonów niebo trwało w sztucznym zmierzchu, ciągle uświadamiając nam, że to miasto nigdy nie zasypia. Łańcuszki samochodów sunęły w różnych kierunkach na wielopoziomowym skrzyżowaniu. Patrzyliśmy jak dzieci na to widowisko, dodatkowo rozmyte od parnego, wilgotnego powietrza. Po raz kolejny przetarliśmy oczy z podziwu, wychodząc na tak zwany Bund, czyli nadbrzeże przy rzece Huangpu. Pierwotnie Bund zabudowali Anglicy i Francuzi wspaniałymi modernistycznymi kamienicami - siedzibami banków, restauracji i sklepów przeznaczonych jedynie dla największych bogaczy. Obecnie na dachu każdej budowli pozostawionej przez Europejczyków powiewa dumnie czerwona flaga, jako dowód ostatecznej przynależności Szanghaju do Chin. Po drugiej stronie rzeki natomiast piętrzą się, zbudowane już przez Chińczyków wieżowce nie mające sobie równych w świecie, w tym: Jinmao Tower (420,5 m. wysokości ) i Shanghai World Financial Center (492 m. wysokości ). Każdą z nich otacza wianuszek stu i dwustumetrowych budynków, rzucających blask na rzekę, po której krążą promy z rozbawionymi wycieczkowiczami.

Kiedy tak stojąc pośrodku Bundu, próbowaliśmy się odnaleźć w tym ogromie wrażeń, obok nas z okna ekskluzywnej restauracji wychylił się trębacz i łagodną, jazzową melodią wprowadził nas niemalże w stan snu na jawie.

***

W ciągu kilku następnych dni nowoczesność dawkowaliśmy sobie w bezpiecznych porcjach, powoli przyzwyczajając się do futurystycznych widoków. Nie lada atrakcją był wjazd na platformę widokową Shanghai World Financial Centre (100 piętro) windą, która ów dystans pokonuje w ciągu jednej minuty. Wewnątrz można było się poczuć jak na planie filmu "Seksmisja", kiedy biało-czarne neony na ścianach migotały w rytm elektronicznych dźwięków, dochodzących z niewidzialnych głośników. Kiedy staliśmy na przeszklonej podłodze, ogromne wcześniej budynki, widziane teraz z góry, wydały się pudełkami od zapałek.

Odwożąc rodziców na lotnisko przejechaliśmy się najszybszym pociągiem świata - Maglev'em - rozwijającym prędkość do...430km/h!!! Odległość, którą z powrotem pokonaliśmy metrem jadąc ponad godzinę, Maglev "połknął" w siedem minut. Widziany zza okna krajobraz uciekał dosłownie sprzed oczu, a jadący z naprzeciwka pociąg zanotowaliśmy jedynie po huku powietrza.

Człowiek w tłumie

Tego, że Chińczycy są najludniejszym krajem świata, doświadczyliśmy pierwszy raz w pociągu z Xi'an do Luoyang. Kiedy dotarliśmy na dworzec, naszym oczom ukazał się niezmierzony tłum, w którym po wytężeniu wzroku zdołaliśmy dostrzec kilka kolejek. Ciągnęły się przez kilkaset metrów aby na końcu wpaść do jednego strumienia, którego ujście było dopiero na peronie. W środku tłum gęstniał, popychany dodatkowo przez niecierpliwych Chińczyków i wystarczyła iskra, aby wywołać panikę i stratować się na śmierć. W Szanghaju taki tłum w niewiele mniejszym natężeniu występuje niemal wszędzie: na ulicy, w metrze, w parku, czy supermarkecie. Przypomnijcie sobie Warszawę po koncercie Madonny, a ujrzycie codzienny widok szanghajskiej ulicy. Każdy, nawet najodporniejszy psychicznie człowiek, po kilku godzinach w takim ulu marzy jedynie o odpoczynku w cichym i pustym miejscu. Dziwne, że Chińczycy jeszcze nie wpadli na pomysł wynajmowania pokoi na godziny, w których człowiek mógłby się zamknąć na cztery spusty i wreszcie odnaleźć własne myśli.

Bankierzy, gangsterzy i Wojna Opiumowa

Jeżeli chcecie przenieść się w czasie i zasmakować klimatu Szanghaju w najciekawszym okresie jego rozwoju, idealnym miejscem do tego będzie Muzeum Historii Szanghaju, mieszczące się w podziemiach wieży Pearl Tower. Setki metrów kwadratowych piwnic kryją prawdziwy labirynt świetnie zaaranżowanych szanghajskich uliczek z lat dwudziestych, wypełnionych woskowymi postaciami bankierów, kupców, gangsterów i prostytutek.

Historia Chin jest często mocno pokomplikowana, jednak w przypadku Szanghaju niezbędna do poznania obcości tego miasta. W 1840 roku Brytyjczycy rozpoczęli tak zwaną PierwsząWojnę Opiumową, której realną przyczyną była chęć czerpania zysków wynikających z handlu tym zabójczym narkotykiem. Jako zwycięzcy, do spółki z Francuzami w 1842 roku otrzymali Szanghaj w ramach koncesji na handel poza chińskim cłem. Początkowo te dwie narodowości opanowały miasto, później dołączyli Amerykanie, Japończycy a nawet Rosjanie i metropolia przybrała prawdziwie kosmopolityczny charakter. W szampańskich latach dwudziestych Szanghaj niczym nie różnił się od Paryża, Berlina czy Nowego Jorku: tutaj siedziby mieli wszyscy dystrybutorzy filmowi, w kawiarniach grano jazz, a europejskie kobiety ubierały się według najnowszych trendów mody. Zastanawialiśmy się jedynie w jaki sposób, nosząc bluzki dopięte pod samą szyję były w stanie wytrzymać szanghajski upał, który przy szortach i t-shircie staje się nie do zniesienia. Muzeum przypomina oczywiście, że całe prosperity zostało zbudowane na niedoli uzależnionego od opium chińskiego niewolnika, pracującego dla swego pana-imperialisty. Trzeba oddać jednak sprawiedliwość chińskim komunistom i powiedzieć, że po wyzwoleniu miasta zakazali sprzedaży opium i wyleczyli jego mieszkańców z uzależnienia.

Expo - miliony dolarów na przydomowe ogródki?

Wszyscy napotkani turyści, którzy zwiedzili wcześniej Expo, ostrzegali nas przed gigantycznymi kolejkami i wskazywali na mało interesującą zawartość obejrzanych wystaw. Albo oni mieli pecha, albo my - szczęście obejrzawszy powyżej tuzina miejsc, do których nie czekaliśmy dłużej niż pół godziny. Trzeba przyznać, że z początku człowiek dostaje nerwowej gorączki, ponieważ teren Expo jest ogromnych rozmiarów, a ilość pawilonów tak duża, że trudno między sobą dojść do porozumienia od czego zacząć i na czym skończyć. Nam udało się odwiedzić wystawy między innymi Nowej Zelandii, Australii, Indonezji, Islandii, Finlandii, Portugalii, USA, Brazylii, Kanady, Kuby no i oczywiście Polski. Największym rozczarowaniem okazał się pawilon Islandii. Może z powodu kryzysu Islandczycy poszli na łatwiznę i zdołali jedynie przygotować piętnastominutowy film o pięknych wulkanach (cieszących się u nas - o ironio - akurat złą reputacją). Natomiast po obejrzeniu wystaw Kanady, Nowej Zelandii i Australii natychmiast chcieliśmy kupić bilety i polecieć w reklamowane miejsca. Kluczem do sukcesu tych państw było świetne połączenie atrakcyjnej multimedialnej formy z przemyślaną treścią, zawierającą w pigułce atuty danego kraju. Odwiedzając pawilon amerykański zacząłem się jednak zastanawiać jaki jest sens organizowania Expo. Hasło imprezy brzmi: "Lepsze miasto, lepsze życie", byłem więc pewien, że każde państwo pochwali się szeregiem nowinek technicznych ułatwiających życie zwykłego człowieka. Tymczasem część krajów przygotowała się jak na targi turystyczne, a pozostałe przeprowadziły naiwny PR oparty na hasłach: "kochajmy się i szanujmy naturę". W pawilonie USA, oprócz prezydenta Obamy pozdrawiającego publiczność po chińsku i krótkiego filmiku o potrzebie sadzenia kwiatków na przyosiedlowych podwórkach nie było dosłownie nic. Czy na to warto wydawać miliony dolarów? Na tym tle najbardziej bezpretensjonalny wydał mi się malutki pawilon kubański, w którym wystawione zostały jedynie zdjęcia prezentujące Havanę i kluby z salsą. Na środku stał jednak bar, gdzie rodowity Kubańczyk serwował cub libre i polecał cygara.

Łowicka wycinanka i polska historia w 3D

Polski pawilon z oczywistych względów zasługuje na szczególną uwagę. Jego elewacja w stylu łowickiej wycinanki nie powala tak jak brytyjski grafitowy "jeż", ale też nie zawstydza jak finlandzkie czy islandzkie "pudła". Generalnie wygląda na tyle zachęcająco, aby wzbudzić zainteresowanie sporej grupy zwiedzających (w początkowych tygodniach imprezy ustawiała się przed naszym pawilonem nawet czterogodzinna kolejka). W opisie wnętrza pawilonu trudno nam zachować obiektywizm. Po prawie trzech miesiącach pobytu poza krajem widok Wrocławia, Krakowa czy Łodzi wywoływał w nas wybuchy dziecięcej radości. Można powiedzieć, że ekipa odpowiedzialna za polską prezentację na Expo stanęła na wysokości zadania i wystawa plasuje się ponad średnią przeciętną. Jedynie ekran, na którym wyświetlane są filmy promocyjne mógłby być lepszej jakości. Prawdziwym hitem pawilonu jest piętnastominutowy film 3D wyświetlany w odrębnej sali kinowej. Ukazanie ponad tysiąca lat historii Polski w przeciągu tak krótkiego czasu jest zadaniem karkołomnym i nawet my mieliśmy problemy z wyłapaniem niektórych wątków. Zakochani w nowoczesnej technice Chińczycy wychodzili jednak z projekcji zachwyceni. Ostatnią polską atrakcją, która na długo pozostanie w naszej pamięci, była restauracja serwująca rodzime potrawy. Smak schabowego z ziemniaczkami i zasmażaną kapustą, pieczonej szynki z kiszonym ogórkiem, czy żurku był dla nas przeżyciem prawie duchowym. Dodam, że potrawy były świetnie przyrządzone i ani trochę nie ustępowały tym, które jada się w Polsce. Owej królewskiej uczty mogliśmy dostąpić jedynie dzięki rodzicom, ponieważ drakońska cena 60zł za schabowego przekraczała nasze możliwości budżetowe.

Niedźwiedzie na Bundzie

Na Bundzie w Szanghaju, wśród tłumu Chińczyków, biały człowiek jest sporą atrakcją. Po pierwsze od stóp do uszu jest ponad miarę rozrośnięty, wykraczając poza normalny wzrost metra sześćdziesięciu; po drugie jest obrośnięty włosami na całym ciele; po trzecie nieprzywykły do wilgotnego, gorącego klimatu poci się i śmierdzi jak skunks, pomimo dziesiątek mililitrów perfum wylanych na siebie. Jednym słowem przypomina niedźwiedzia w zoo, który swym widokiem straszy małe dzieci. Co odważniejszy przedstawiciel rasy żółtej podchodzi jednak do białego człowieka, żeby zrobić sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. Zawsze będzie się można pochwalić przed rodziną na odległej prowincji kosmopolityczną znajomością lub ponaśmiewać z dziwnego widoku.

O autorach

Joanna i Grzegorz Zalescy 14 czerwca wyruszyli w roczną podróż dookoła świata. Na trasie ich podróży znajdą się: Łotwa; Rosja, Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Mongolia, Chiny (z Tybetem), Wietnam, Kambodża, Indie, Tajlandia, Birma, Malezja (z częścią na Borneo), Indonezja, Australia (tylko Sydney), Peru, Boliwia, Chile, Argentyna, Urugwaj, Brazylia.

Turystyka.gazeta.pl objęła patronat nad tą podróżą.