Europejskie Stolice Kultury 2010. Stambuł

Błogi spokój pryska, gdy do pomieszczenia wchodzi krępy Turek z wiadrem i wielką gąbką...
- Hello! Jak się nazywasz? Skąd przybywasz? Krakow, Gdansk, Warsowa? Chcesz kupić dywan? Dobra cena, specjalnie dla ciebie. Mam wspaniałą kolekcję, pokażę ci, proszę, wejdź

Dawno już zgubiłem się w uliczkach Wielkiego Bazaru. W tym miejscu sztuka handlu kwitnie od ponad pięciu wieków. Wzorzyste dywany, biżuteria i przyprawy przechodzą z rąk do rąk przy mocnej herbacie, uściskach dłoni i zapewnieniach o przyjaźni.

***

Po drugiej stronie zatoki Złotego Rogu jest inna rzeczywistość. Jest plac Taksim z dyskotekami, są wielkie hotele dla zagranicznych gości, angielski rock i pop, europejska moda i styl. Tutaj kobiety nie ukrywają pięknych włosów pod chustami. Tutaj widać drugie oblicze miasta, które nosi w sobie dwa kontynenty i dwie kultury.

W Stambule wszyscy coś robią. Idąc przez stare miasto, na każdym rogu spotykam straganiarzy z pieczonymi kolbami kukurydzy czy ulicznych sprzedawców, którzy za jedną lirę wycisną dla mnie świeży sok z pomarańczy. Wieczorami widzę chłopców z dużymi płóciennymi workami, które w dowolnym miejscu zamieniają w stragan. Pod pretekstem handlu próbują zebrać od turystów grosze, aby związać koniec z końcem. Oferują przeróżne rzeczy, nawet plastikowe kółka do rysowania kwiatków. Cena wyjściowa 5 lirów za sztukę, końcowa - 6 za 3. Obie strony odchodzą zadowolone.

Bo turecki handel to po prostu sztuka. W porównaniu z nim kupowanie w zachodnim świecie to nuda i szarość. Przejdziesz obok - przywitają, zapytają o imię, zaproszą na herbatę. Spojrzysz z zainteresowaniem - sprzedawca już jest przy tobie, zachwala, opowiada historię przedmiotu, sklepu, a nawet rodziny. Zapytasz o cenę i usłyszysz dwie: "normalną" i "specjalną", dla ciebie. Wielu już w tym momencie odchodzi zadowolonych z transakcji. Ale czasem ktoś, świadomy prawdziwej wartości przedmiotu, podaje cenę własną, dużo niższą. Rozpoczyna się potyczka na argumenty, która powoli zbliża do siebie i ceny, i ludzi. Na koniec zapłata i uścisk dłoni.

Może się wydawać, że sprzedawcy, zwłaszcza uliczni, są nachalni. Tak jak stary pucybut, który wbrew moim protestom i zapewnieniom, że nie mam ani grosza, wyczyścił mi buty. Uparcie powtarzał: "no problem", po czym odszedł, jakby troszkę zawiedziony. Ale to nachalność zrodzona z potrzeby: przechodnia, który nie wie jeszcze, jak miło mieć lśniące obuwie, i jego własnej - życia z honorem. Żadna praca nie hańbi, a zarobić trzeba. I dlatego właśnie wszyscy w Stambule coś robią.

***

Stoję w parku Sułtana Ahmeda otoczony przez historię. Wypijam łyk cynamonowego salepu (mleczny napój z korzenia orchidei), by odegnać chłodny grudniowy wiatr znad Bosforu. Rozglądam się i widzę, jak przez tysiąclecia zmieniało się to miejsce. Dziedzictwo starożytnego Rzymu, złote wieki Bizancjum, a potem krwawy czas krucjat i upadek Konstantynopola, które jak blizna oddzielają chrześcijańską przeszłość od władzy Turków i islamu. Wyobrażam sobie Konstantyna Wielkiego, jak podążając za proroczym snem, w 330 r. wybiera to miejsce na nową stolicę i stawia w jej centrum obelisk Milion, czyli "centrum świata", początek dróg rozchodzących się na całe Imperium Rzymskie. Słyszę cesarza Justyniana, który wkracza do Hagii Sofii, wzniesionej na jego polecenie największej świątyni chrześcijańskiego świata, i wykrzykuje w zachwycie: "Salomonie, prześcignąłem cię!". Widzę, jak w 1261 r. to boskie piękno ginie pod ciosami krzyżowców, którzy łupią i plądrują Konstantynopol.

Płótno historii rozwija się dalej. Przez 53 straszliwe dni miasto oblegają Turcy Seldżuccy, by po dramatycznej walce na morzu i lądzie ostatecznie je zdobyć. Hagia Sofia, symbol i stolica prawosławnego imperium, ustępuje władzy sułtana Mehmeda Zdobywcy. Muzułmanie zamieniają bazylikę w meczet, a wszelkie ślady chrześcijaństwa znikają pod świeżą warstwą tynku.

Błękitny Meczet, który wznosi się naprzeciwko Hagii Sofii, powstał, by rzucić wyzwanie architektonicznemu geniuszowi i religijnej potędze sprzed tysiąca lat. Dziś jednak kulturowo-religijne starcie ma inny wymiar, bo to islam broni się przed falą świeckiej "bezwiary" napływającej z Zachodu, a miasto powoli zmienia się w nowoczesną, międzynarodową metropolię.

Popijając salep z cynamonem, zastanawiamy się z Japończykiem Daichim, czy znajomość chińskiego wśród sklepikarzy na bazarze powinna nas jeszcze dziwić

***

Co jest koroną Stambułu? Nie Hagia Sofia, w 1923 r. zamieniona przez świecką republikę w muzeum, po 1500 latach duchowej służby. Nie Błękitny Meczet, który w porównaniu z innymi cudami architektury jest "zaledwie" piękny. Koroną miasta jest siedziba sułtana Topkapi Sarayi. Wzniesiona na wzgórzu nie pozostawia miejsca na wątpliwości - ten, który jest ponad wszystkimi, ma należne mu miejsce na wysokościach.

Co czuł europejski ambasador, przybywając na ten dwór? Tak jak wszyscy mieszkańcy widział Wieżę Sprawiedliwości, najwyższą w mieście budowlę (ok. 42 m), która świadczyła o nieustającej czujności sułtana. Jego wzrok miał docierać z wieży do wszystkich zakątków miasta, dając poddanym poczucie ładu i bezpieczeństwa.

Wkraczając do komnaty na audiencję, poseł czuł zachwyt graniczący z niedowierzaniem. Jednym spojrzeniem ogarniał granatowe sklepienie połyskujące złotymi gwiazdami, rzędy niebieskich, lazurowych i białych płytek zdobiących ściany oraz bezcenne dywany i poduszki, które ścieliły drogę do sułtana. Zbliżając się, dostrzegał tron wysadzany szafirami i rubinami, ozdobiony sceną walki między smokiem i mitycznym Simurgiem, złem i dobrem. Przestrzeń wypełniał szum wody gaszącej pragnienie i tłumiącej rozmowy. Dobiegał z niewielkiej fontanny ozdobionej inskrypcją na cześć sułtana: "Źródło szczodrości, sprawiedliwości i morze dobroczynności".

Francuski ambasador Philippe du Fresne-Canaye tak wspomina wizytę w 1573 r.: "Spoglądaliśmy z zadowoleniem i większym nawet podziwem na wielką liczbę janczarów i innych żołnierzy stojących wzdłuż ścian dziedzińca, z rękami złożonymi z przodu na sposób mnisi, w takiej ciszy, że wydawało się, iż oglądamy posągi, a nie ludzi. I pozostali w tej pozycji nieruchomo przez ponad siedem godzin, nie mówiąc ani nie poruszając się. Bez wątpienia niemożliwe jest pojąć tę dyscyplinę i to posłuszeństwo, jeśli się ich nie widziało" ("Architecture, ceremonial, and power: The Topkapi Palace in the fifteenth and sixteenth centuries", Cambridge, Mass. 1991, s. 64-66).

I wreszcie uderzała europejskiego przybysza świętość tego miejsca. Bramy otwarte od porannej do wieczornej modlitwy, wejście do komnaty spotkań oznajmiające "w imię Boga wszechwspółczującego, wszechmiłosiernego". I Komnata Świętych Relikwii, do której nawet sam sułtan mógł wejść tylko raz w roku, w czasie ramadanu. Spoczywają tam: płaszcz, dwa miecze, łuk, ząb i włosy z brody Mahometa. W samym sercu kraju, miasta i pałacu spoczywają pozostałości po posłańcu Najwyższego.

Ale prócz relikwii jest jeszcze coś, co Turków napawa dumą, a turystów wprawia w zdumienie. Jeśli bowiem pałac Topkapi jest koroną, to korona musi mieć swój klejnot. Jest nim Ka ikçi Elmasi. Legenda głosi, że znalazł go na brzegach Bosforu ubogi rybak. Nieświadom swego szczęścia udał się do jubilera, prosząc o wycenę. Chytry sprzedawca przedstawił klejnot jako bezwartościowy kawałek szkła i wynagrodził rybakowi jego trud trzema zwykłymi łyżkami. Stąd też pochodzi nazwa Diament Łyżkarza. Ten wielki, 86-karatowy diament jest oprawiony w srebro, otaczają go rzędy mniejszych diamentów i brylantów - wygląda jak księżyc w pełni, jaśniejący na rozgwieżdżonym niebie. Córki i żony sułtana sam jego widok ceniły nie mniej niż pielgrzymi spojrzenie na relikwie Proroka.

***

Odpoczywam. Przez wieki podobnie odpoczywali tu stambulczycy, ale dziś są głównie turyści. Każdy chce na własnej skórze doświadczyć prawdziwej tureckiej łaźni.

Leżę na skraju wielkiej marmurowej płyty i spoglądam w górę. Nade mną jaśnieją gwiazdy, a dokoła panuje doskonała cisza, czasem tylko przerywana pluskiem wody. Harmonia tego miejsca uspokaja zmysły. Ośmiokątna komnata jest symetrycznie udekorowana łukami, kolumnami i kamiennymi muszlami z wodą. Czasami ktoś zniknie w bocznym portalu zdobionym arabskimi reliefami. Tam ze ścian spływa zimna woda, którą chłodzi się ciało. Na to jednak przyjdzie czas później. Teraz leżę na ogromnym piedestale owinięty w czerwono-biały ręcznik. Czuję ciepły marmur i wilgotne powietrze, które przywraca życie skórze wysuszonej w tureckim słońcu. Jestem w Çemberlitas Hammami, łaźni założonej prawie pięć wieków temu przez Księżniczkę Światła, żonę sułtana Selima II.

Błogi spokój pryska, gdy wchodzi krępy Turek z wiadrem i wielką gąbką. Dolewa wody i na naszych oczach wyrasta góra piany, a człowiek, który właśnie poddaje się tradycyjnemu masażowi, zupełnie znika nam z oczu. Co się z nim dzieje? Twarda gąbka ściera stary naskórek, a wprawne ruchy rąk rozluźniają i uspokajają zmęczone ciało. Potem strugi ciepłej wody zmywają wszelki brud i można odpoczywać dalej. To wszystko dokonuje się w baśniowym wnętrzu, które zbudował Sinan, Michał Anioł imperium otomańskiego, na chwałę tureckiej potęgi w podbitym Konstantynopolu. W półkolistym sklepieniu wycięte są gwiazdy, przez które wpada światło z zewnątrz.

***

Czy Stambuł zaskakuje? I tak, i nie. Nie, bo na turystycznych szlakach starego miasta wszystko potwierdza typowe wyobrażenia Europejczyka z Zachodu. Meczety dumnie świadczą o sile islamskiej religii, podobnie jak śpiew muezina rezonujący w uliczkach Wielkiego Bazaru. Sam Bazar wypełniają stragany i handlarze poligloci. Ceny na produktach zastępuje uśmiech i negocjacje.

Piękno kobiet wyrażają jedynie oczy i usta, bo reszta skryta jest pod fałdami hidżabu i dżilbabu. Poraża splendor historii mijanej za każdym zakrętem, podróż przez wieki i imperia, gdy odwiedzamy kolejny bezcenny zabytek. I wreszcie kebab, nie z budki, ale prawdziwy - soczysty, sułtański.

Zaskakuje natomiast codzienność. Ale nie ta z okładek turystycznych folderów i wydawanych w Europie albumów ze zdjęciami. Rzeczywistość wielkiego miasta XXI w., które od wieków trwa jako pomost pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ramach "świeckiej republiki" następcy Atatürka skutecznie wprowadzali sekularyzację w życie. Religia przez dziesięciolecia była usunięta ze szkół w imię "tych, którzy nie są muzułmanami". Kobiety na państwowych urzędach, które manifestują przynależność religijną, nosząc chusty, ryzykowały (i nadal ryzykują) utratę pracy. Do 2008 r. zakaz noszenia chust obowiązywał nawet studentki na kampusach.

Miasto trwa więc w napięciu między tradycją a nowoczesnością. Podobnie jak w wielu innych europejskich krajach tradycja przestaje być punktem odniesienia, zdegradowana została do jednej z wielu światopoglądowych alternatyw. Młody Stambuł jest zwrócony na Zachód i dumny ze świeckiego ustroju pośród islamskich sąsiadów. Ale tradycja, niczym baśń, wciąż trwa, choćby i tylko dla turystów. Warto przyjechać i samemu przekonać się, jak smakuje miasto między Wschodem a Zachodem, miasto dwóch kontynentów i dwóch kultur.

Ciepłe tureckie plaże już od 1190 zł za osobę

Hotel Grand Lukullus**** już od 1648 zł za osobę

Warto wiedzieć

•  Pałac Topkapi - godz. 9-19, wtorek nieczynne, pałac - 20 lir (ok. 42 zł), harem - 15, www.topkapisarayi.gov.tr/eng

•  Łaźnie Çemberlita - codziennie w godz. 6-24, 55 lir, z tradycyjnym masażem - 80, zniżka studencka 50 proc., www.cemberlitashamami.com.tr

•  Stambuł jako Europejska Stolica Kultury - www.en.istanbul2010.org