Andegawenia - w krainie zamków nad Loarą

Opowiada Robert Barthe*, instruktor sportowy, podróżnik: "Serce zostało w... Angers, miejscu dla mnie najważniejszym, gdzie się urodziłem i dokąd wróciłem po przejściu na emeryturę
Choć właściwie serce oddałem całej Andegawenii, w której leży moje miasto, krainie w dolinie Loary słynącej z zamków - w Angers również jest wspaniały XIII-wieczny zamek. Dla mnie ważniejsze jednak od zabytków są nadrzeczne pejzaże, które ciągle noszę w sobie. Loara jest rzeką szeroką, powolną, ciągnie się dziesiątki kilometrów. Nigdy się nad nią nie nudzę. Kiedy myślę o Loarze, myślę o wolności - tam jestem wolny.

Ciekawa jest tam...

różnorodność krajobrazu, który wciąż się zmienia. Rzeka toczy swoje zmienne życie. Jej wygląd i kolory zmieniają się w zależności od pór roku. Jeśli ma dużo wody, rozlewa się szeroko i jest wielka, a kiedy latem jej poziom opada, przypomina puzzle. Odsłania mielizny i łachy, co roku tworzące się w innych miejscach. Lubię leżące nad nią wioski i stare domy z kredowego kamienia. Uwielbiam spacery między winnicami, których w dolinie rzeki jest wiele. A z miejsc turystycznych najbardziej lubię domy troglodytów (maisons de troglodytiques) w Saumur czy innych miejscowościach, np. jest cała ich wioska w Rochemenier) wykute w miękkiej kredowej skale nad brzegiem Loary. Troglodyte znaczy mnich - oni je budowali i założyli tu kiedyś pierwszą winnicę. Te stare domostwa z zabudowaniami gospodarczymi nie tylko się zwiedza, wiele jest zamieszkanych.

Niezapomniany dzień...

miał miejsce w Cap Gris Nez koło Calais w lipcu 1984 r. Byłem wówczas jeszcze sportowcem i postanowiłem przebiec z Londynu do Paryża, po drodze przepływając 40-kilometrowy kanał La Manche. Płynąłem przez 14 godz. i 45 min, był to ogromny wysiłek i pod koniec czułem się już bardzo słaby. Kiedy dopłynąłem do brzegu, była noc. Postawiłem nogę na piasku, wyszedłem z morza i po tak długim płynięciu i tak wielkich emocjach rozpłakałem się...

Najlepsze wakacje spędziłem w...

Nigdy nie jeździłem na wakacje, ale podejmowałem różne wyzwania. Najbardziej egzotyczny był roczny pobyt na Tahiti w Polinezji Francuskiej w połowie lat 60., gdzie pojechałem jako marynarz w służbie wojskowej (Francja wykonywała tam wówczas próby nuklearne). Nie były to więc wakacje, ale spotkanie z całkowicie egzotyczną dla Europejczyka przyrodą i urodą kobiet.

W Polsce lubię...

Bieszczady i Karkonosze, bo w innych polskich górach jeszcze nie byłem. I bardzo lubię Mazury. Francja ma piękne góry, ale takiego regionu, w którym byłyby setki jezior i dużo lasów, nie mamy. A góry lubię, bo są wspaniałe. Bieganie po nich, wysiłek fizyczny, dobrze na mnie działają. Karkonosze przypominają mi Pireneje, a Bieszczady - Wogezy. Kiedy przyjechałem do Karpacza, następnego dnia, z marszu wbiegłem na Śnieżkę. A Bieszczady przejechałem na rowerze.

Podróżuję...

zawsze sam, z konkretnym celem i punktem na mapie, do którego chcę dotrzeć. Kiedy postanowiłem przejść wzdłuż wybrzeża Europy od Bretanii do Polski, moim celem było dotarcie do czubka Półwyspu Jutlandzkiego w Danii, gdzie Morze Północne spotyka się z Bałtyckim. W Bieszczady pojechałem, bo przeczytałem w gazecie o miejscowości Konieczna na granicy ze Słowacją, właściwie już w Beskidzie Niskim - zaciekawiło mnie w tej nazwie słowo "koniec". Chciałem też zobaczyć Ukrainę, bo mam we Francji znajomą Ukrainkę. Dotarłem do granicy polsko-ukraińskiej, po drugiej stronie zerwałem kilka kwiatków i zasuszone przywiozłem jej do Francji. Loarę przeszedłem, bo chciałem zobaczyć, jaka jest u źródeł - okazała się strumykiem cienkim jak palec. A celem mojej zeszłorocznej wyprawy dookoła Bałtyku było dotarcie do koła podbiegunowego. Osiągnąłem go we wsi Vietonen Napapiiri. Byłem zaskoczony, bo spodziewałem się czegoś niezwykłego, a tymczasem to miejsce było takie banalne. Tablica z informacją o kole podbiegunowym ledwie się trzymała. Rozbiłem pod nią namiot i spędziłem tam noc.

Mój ulubiony hotel...

jest pod niebem, darmowy. Wożę namiot, a zatrzymuję się wtedy, kiedy poczuję się zmęczony. Wybieram lasy, bo pozwalają się schować, albo pytam miejscowych, czy mogę się rozbić przy ich domu. Spotykam różnych ludzi, a moje podróżowanie to właśnie takie spotkania: z ludźmi, z miejscami, z ich historią i kulturą. Przeżywam różne przygody. Kiedyś poprosiłem o nocleg we wsi Pokój, blisko Opola. Jechałem pod Baranią Górę, do źródeł Wisły, by stamtąd wyruszyć wzdłuż rzeki. Zapukałem do drzwi jednego z domów i pytam kobietę, która mi otworzyła, czy mogę rozbić obok namiot. Ona: "A może pan ma pistolet?". Ja: "Może pani ma pistolet w domu?". Następnego dnia jej mąż poszedł wcześnie na ryby. Obudziła mnie i zaprosiła na świeżo usmażone ryby. A na dalszą drogę dała mi dżem i pasztet.

Ulubiona pamiątka z podróży...

to kawałek bursztynu od niemieckiego rybaka, którego spotkałem i z którym zaprzyjaźniłem się, wędrując wzdłuż Bałtyku. Bursztyn wydaje mi się tajemniczy. Ale pamiątki są także dla innych. Na wyprawę wokół Bałtyku dostałem od trzyletniej córki moich przyjaciół małą krówkę Meulanie. Meulanie, bo muuuu I jak w filmie "Amelia", gdzie jest podróżujący krasnal, sadzałem ją w różnych miejscach i fotografowałem dla tej dziewczynki. Była np. pod wrażeniem, że jej Meulanie ma zdjęcie ze św. Mikołajem przed jego domem w Rovaniemi, małej fińskiej wiosce w Laponii.

Niebo w gębie poczułem w...

Nie jestem wrażliwy na jedzenie. Najlepiej smakuje mi tam, gdzie czuję się dobrze, a z jedzeniem związane jest coś innego, przyjemnego. Smaczne rzeczy jadłem np. w Starej Kuźni, gospodarstwie agroturystycznym w Przykopie na Mazurach - u przyjaciół, gdzie była niezwykła atmosfera.

Na wyprawę zawsze zabieram...

dokumenty. Kontrolowano mnie już dziesiątki razy w różnych sytuacjach. Muszę mieć dokumenty, żeby wydobywać się z różnych tarapatów, w które popadam. Kiedyś np., idąc brzegiem morza, wszedłem na teren bazy wojskowej na Helu, o której istnieniu nie wiedziałem. Żołnierze zatrzymali mnie do wyjaśnienia.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Gierłoży, gdzie jest Wilczy Szaniec, główna kwatera Hitlera. Zachciało mi się zobaczyć, co jest w środku jednego z niedostępnych bunkrów. Zacząłem się na niego wspinać i wpadłem do środka, a co gorsza, skręciłem nogę. Myślałem, że już się stamtąd nie wydostanę. W końcu mi się udało, ale nie chciałbym tam wrócić.

Wkrótce będę w drodze do...

Kanady, a konkretnie do Quebecu, gdzie mieszka mój syn. Jadę tam także z zamiarem podróży śladami Jacques'a Cartiera, francuskiego odkrywcy Quebecu z XVI w., albo rowerem przez Kanadę, od Atlantyku po Pacyfik.

Wymarzony cel podróży...

Nie mam takiego, bo nie lubię nierealistycznych projektów. Jak chcę gdzieś jechać, to stawiam to sobie za cel, po czym skupiam się na jego realizacji.

*Robert Barthe (ur. 1947 r.) jest Francuzem. Był instruktorem sportowym, uprawiał maraton i biegi. Tworzy także jednoosobowy teatr lalkowy dla dzieci. Z Polską związany od 1993 r., ma tu wielu przyjaciół.