Wakacje z dziećmi - Bornholm. Ciągle pod wiatr

Rejs był bardzo udany, popłynęłabym drugi raz, tylko żeby tak mocno nie falowało!
W rodzinny rejs na duńską wyspę na Bałtyku wyruszyliśmy jachtem Bavaria w składzie: tata Przemek - kapitan, mama Iwona - pierwszy oficer i kuchmistrz, ich córki - Karolina (13 lat) i Viktoria (10), oraz załogant, czyli ja.

***

Naszą przygodę zaczęliśmy w Szczecinie Dąbiu od zaokrętowania załogi, sklarowania, zaprowiantowania jachtu i podziału na wachty. Kapitan przeszkolił załogę i rozdał pasy bezpieczeństwa. Trzeba je nosić zawsze w nocy (od godz. 20 do 8 rano), w dzień, gdy siła wiatru wynosi 5OB i więcej, a także wtedy, gdy kapitan tak zaleci. Po sprawdzeniu prognozy pogody wypłynęliśmy z mariny częściowo na silniku, częściowo na żaglach, ćwicząc wiązanie węzłów i manewry typu "człowiek za burtą". Nocą dotarliśmy do Świnoujścia. Prognoza na kolejny dzień zapowiadała żeglarską aurę, czyli wiatr od 3 do 6 w skali Beauforta, postanowiliśmy więc przenocować w tamtejszej marinie.

Następnego dnia płynęło się znakomicie na pełnych żaglach z szybkością 5, 6 węzłów w coraz mocniej przygrzewającym słońcu. Trochę przeszkadzały fale goniące nas skośnie od rufy i niemiłe kołyszące łódką (z wyjątkiem kapitana wszyscy zapadli na chorobę morską). Goniły nas coraz ciemniejsze chmury, strasząc błyskawicami, grzmotami i ciemnoszarą ścianą deszczu. Dopadły nas w trzech czwartych drogi. Żagle wpadły w łopot. Kapitan skoczył do masztu ściągać grota, ja miałem ustawić jacht do wiatru. Łatwo powiedzieć! Wielkie fale zmieniały jego ustawienie, kolejny szkwał przechylał go niebezpiecznie na bok. Kapitan krzyczy: - Nabierz szybkości i pod wiatr! Robię, co mogę, ale jachcik fruwa na wszystkie strony, fale przelewają się przez burtę, błyskawice, grzmoty, nawałnica. Wieje 7, a nawet 8 w skali Beauforta. Z wielkim trudem ponownie stawiam jacht pod wiatr, ściągam duży żagiel. Teraz czas na foka, czyli mniejszy z przodu łódki. Roller (zwijacz) przy tej pogodzie nie daje rady i część żagla dalej łapie wiatr. Gnamy do przodu na pełnych żaglach, wypatrując wielkiego statku, który widzieliśmy na morzu, a teraz zniknął w ścianie wody. Gdy wydaje się, że burza nigdy się nie skończy, nagle, tak jak nas dopadła, tak sobie poszła. Wyszło słońce, statek przeszedł w bezpiecznej odległości, wiatr wrócił do normy. Ale wiatr ciągle gna czarne chmury. Zanim schowaliśmy się za wyspę, dopadły nas jeszcze dwie burze. Fale rzucały łodzią jak łupinką orzecha, ale nie zrobiły nam większej krzywdy.

***

Przemoczeni i zmarznięci wpływamy do portu w Nexo. Pierwsze kroki kierujemy do knajpki na herbatę z rumem (dziewczynki bez rumu). Długo nie mogę zasnąć w swojej koi, choć jestem potwornie zmęczony. Rano wita mnie słońce, które to pojawia się, to znika za chmurami, pada rzęsisty deszcz. I tak na zmianę: 15 minut słońca, 15 deszczu. Zostajemy tu na cały dzień, jutro wiatr ma zelżeć, wtedy popłyniemy dalej.

Po śniadaniu na jachcie wynajmuję rower w wypożyczalni na skrzyżowaniu Havengade i Torvegade (60 koron/ dzień), reszta załogi udaje się do Parku Motyli (www.sommerfugelpark.dk).

Czarny Nostalgie Cruiser pamięta czasy wczesnych rozwiązań w dziedzinie bicykli, ale działa. Na 38-kilometrowym Bornholmie jest ok. 250 km tras rowerowych! Planuję marszrutę szlakiem średniowiecznych kościółków, choć nie zdążę zobaczyć wszystkich 27. Wybieram kierunek na Ronne, 14-tysięczną stolicę wyspy, wielkie miasto jak na tutejsze warunki (drugie co do wielkości Nexo ma ok. 3 tys. mieszkańców, pozostałe miasteczka po tysiącu).

Najpierw późnogotycki kościółek w Nexo. Z daleka widzę wieżę z tzw. muru pruskiego, biała elewacja odbija słoneczne światło. Zostawiam trasę rowerową nr 21 (zaczyna się w porcie) i drogą Ronnevej pedałuję ok. 3,5 km głównie pod górkę i pod wiatr. Docieram pod biały romański kościółek Sankt Bodils Kirke. Ascetyczne wnętrze zdobi spora makieta statku zawieszona pod drewnianym stropem i pięknie rzeźbiona w drewnie ambona. Kościół obronny z małymi okienkami wysoko na wieży otacza mur. Wejścia strzeże potężna baszta - dzwonnica. Dookoła pustka, pola i łąki, jeden dom.

Drogą Pederskevejen wracam na trasę nr 21 i kieruję się na Aakirkeby (Akirkeby) - 10 km bocznych dróg i dróżek, sielskich krajobrazów, ciszy i spokoju. W miasteczku ładny ryneczek, ciekawa architektura i... senna atmosfera. Aa Kirke z ok. 1150 r., największy na Bornholmie, jest zaskakująco inny od widzianych wcześniej. Kamienna, surowa elewacja z podwójną wieżą bardziej przypomina kościoły wysp brytyjskich czy bretońskie. W jasnym wnętrzu wyrzeźbiona w piaskowcu chrzcielnica kościoła Baptystów z XII w., jeden z najcenniejszych zabytków sakralnych w Danii. Romańska kruchta z XVI-wiecznym nagrobkiem Schwedera Kettingka (dowódca obrony wyspy) i jego dwóch żon, renesansowy ołtarz jakby zawieszony w przestrzeni, kolorowa i bogato rzeźbiona ambona. Warto wspiąć się na chór, by stamtąd objąć wzrokiem całe wnętrze. Piękne miejsce!

***

Po lunchu na ławeczce w rynku (kuszą zapachy z cukierni - słodkości to specjalność Bornholmu) ruszam dalej. Trasa nr 21 biegnie w kierunku na Ronne - podążam za jej drogowskazami najpierw główną drogą, potem bocznymi alejkami, by po 6 km dotrzeć do jednego z czterech na wyspie okrągłych kościołów (w całej Danii jest ich 7). Nylars Kirke jest najlepiej zachowany i najdoskonalej wzniesiony, prawdopodobnie w 1160 r. Różnie tłumaczy się przyczyny budowania okrągłych kościołów w Danii. Prawdopodobnie służyły obronie ludności (głównie możnowładców) oraz jako magazyny w czasach wojen i licznych napadów pirackich. Jedne teorie mówią o obserwatoriach astronomicznych, inne przypisują ich budowę kawalerom mieczowym (odłam zakonu templariuszy), którzy przez pewien czas przebywali na Bornholmie. Mieli sławę znakomitych budowniczych tajemnych przejść i ukrytych komnat. Cztery okrągłe kościoły doskonale wpisują się w wytyczony wirtualnie okrąg. Bornholm ma być jednym z miejsc, gdzie schowano sławny skarb templariuszy, a być może i św. Graala. Kościół w Nylars robi niezwykłe wrażenie. Zadziwiająca, jakby "ściśnięta" forma wnętrza, przejścia, portale i przesmyki... Jedna, ale ogromna kolumna ozdobiona malowidłami z 1250 r. wypełnia, wydaje się, całe wnętrze. Przez okienka wpada mistyczne światło. Nagle znalazłem się w zupełnie innym świecie, dosłownie, fizycznie. Niesamowite uczucie! Stąpałem ostrożnie po kamiennej posadce, nie chcąc obudzić siebie samego z tego snu na jawie.

Pozostałe trzy okrągłe kościoły znajdują się w Osterlars (Osterlars kirke), Olsker (Ols kirke) i Nyker (Ny kirke). Ślady templariuszy prowadzą do największego z nich - Osterlars. Jego obronny charakter podkreśla usytuowanie go na ok. 100-metrowym wzgórzu. W późniejszym okresie dodano siedem potężnych przypór, które odróżniają go od pozostałych trzech rotund. Znajdują się tu dwa kamienie z ok. 1070 r. z tekstami runicznymi o treści chrześcijańskiej (cała Skandynawia była w owym czasie pogańska). Trzykondygnacyjną budowlę podpiera we wnętrzu filar o średnicy 6 m, zdobiony niezwykłymi freskami gwiazdozbiorów i osobliwych postaci z głowami psa (podobne malowidła są w świątyniach templariuszy w południowej Francji).

Początkowo wszystkie okrągłe kościoły wieńczyły płaskie dachy ułatwiające obronę (obecnie są spadziste). wewnątrz biegły wąskie schody łączące piętra. Kościółek w Nyker (najmniejszy) ma tylko dwie kondygnacje, ale jego ściany zdobią najstarsze freski.

Na trop templariuszy ponownie prowadzi nas rotunda w Olsker, gdzie kilka fresków przedstawia motywy bliskowschodnie (Templariusze podczas wielu swoich podróży zetknęli się z wierzeniami i kulturą Bliskiego Wschodu). Robi się późno, zawracam. Drogą Hovedgardsvejen dojeżdżam do biegnącej blisko wybrzeża trasy rowerowej nr 10. Po 13 km jestem pod Sankt Peders Kirke. Nie robi na mnie piorunującego wrażenia, może dlatego, że chwilę wcześniej elektryczny pasterz przewrócił mnie, paląc teleobiektyw! Oglądam kościół z zewnątrz i pędzę w stronę miasteczek Somarken i Sommer Odde, nad samym morzem (podziwiam tu potężną wieżę przekaźnikową), mijam Snogebaek z półkolistą piaszczystą plażą i porcikiem. Docieram do Balka i za chwilę widzę już wieżę kościoła w Nexo.

Przejechałem ok. 55 km po teoretycznie płaskim Bornholmie, ale wcale nie było tak płasko i niemal ciągle pod wiatr.

***

Rano wypływamy w pełnym słońcu w kierunku archipelagu Ertholmene. Z kilku skalistych wysepek zamieszkane są tylko Frederikso i Christianso, Graesholm to rezerwat ptaków, jedynym zwierzęciem żyjącym na wyspach jest. jeż. A całość jest zabytkową twierdzą morską należącą do Ministerstwa Obrony Danii.

Już widać potężną, XVII-wieczną kamienną wieżę zwieńczoną latarnią morską i żółto-pomarańczowe budynki portowe z czerwonymi dachami. Widać mury obronne otaczające twierdzę Christianso z ustawionymi na flankach działami. Jachty wcisnęły się do porciku między dwoma głównymi wyspami połączonymi wąską kładką. Jest wcześnie, więc cumujemy do samego nabrzeża.

Po wyszorowaniu jachtu (w głównej mierze zasługa dziewcząt), czas na zwiedzanie. Najpierw Frederikso. Dwa szeregi domków, zbiorniki na deszczówkę (jedyne źródło wody pitnej na wyspie), dok naprawczy dla kutrów rybackich i wieża obronna Lilletarn z małym muzeum historycznym na końcu wysepki. Siąpi deszczyk, ale kapitan wskakuje do chłodnego Bałtyku, wykonując efektowne salto. Reszta chowa się pod wiatą.

Na Christianso jest tylko jedna gospoda - Gaestgiveri, na wzgórzu między twierdzą a portem, z pięknym widokiem na sąsiednie wysepki. Nie jest tanio: ryba lub owoce morza 80-100 koron (1 zł = ok. 2 koron duńskich), piwo 40-50 koron. Biorę krewetki w sosie czosnkowym ozdobione ugotowanym rakiem, pozostali ryby. Na dobranoc żegna nas piękny zachód słońca - jutro na pewno będzie pogoda!

I jest. Wchodzimy na wieżę z latarnią morską (10 koron), skąd podziwiamy okolicę. Odwiedzamy kościółek, budynek, w którym do 1821 r. mieściła się kuźnia broni, robimy sesję fotograficzną w ruinach Wielkiego Magazynu na Proch, zaglądamy do ogródków i domów, strzelamy z armat do piratów, objadamy się lodami i pijemy piwo na tarasie gospody. Wieczorem dopływamy do Hammer Havn, małego portu z potężną ruiną na wzgórzu nad brzegiem morza (opłata za postój jak niemal wszędzie na wyspie - 120 koron, ciepły prysznic - 5).

***

Budzi nas niezwykły na Bornholmie zgiełk. Przez bulaj widzę na wysokim nabrzeżu falochronu mnóstwo nóg w sportowym obuwiu: podskakujących, biegających truchcikiem, stojących w miejscu. Wszystko wyjaśnia wielki transparent na brzegu - to duński bieg masowy, którego etap biegnie przez Bornholm. Idziemy do starej latarni morskiej na granitowym cyplu Hammeren (wstęp wolny). Po drodze trafiamy na powstałe po kamieniołomach niewielkie jezioro Opalse z najdłuższą w Danii zjeżdżalnią na linie (290 m). Śmiałkowie, rzucający się z potężnej skały, po jeździe z szybkością 50-60 km/godz. lądują w wodzie na drugim brzegu jeziora. Nasz kapitan też to zrobił (120 koron, www.natureevent.dk).

Następnie ścieżką pnącą się nad urwistym klifem maszerujemy do ruin XII-wiecznego zamku. Przez tę niewielką wyspę na Bałtyku przetoczyły się liczne bitwy i wojny, władcy najbliżej położonych państw różnymi środkami usiłowali umocnić tu swoje wpływy. Tu toczyły się wojny o władzę i pieniądze między królem duńskim i arcybiskupstwem z Lund. Stąd taka potężna twierdza.

Przy Sondre Baek kusi zapach z trzech wędzarni pamiętających dawne czasy - wnętrze jednej z nich zrekonstruowano na podstawie starego obrazu. Przed południem można zamówić jeszcze ciepłego roget sild - wędzonego śledzia. Z ciemnym chlebem, masłem i szklanką piwa smakuje wyśmienicie. Próbujemy też łososia i pikantną makrelę (porcja 30-40 koron). Ledwo mieścimy się w drzwiach, wychodząc z niskiego budynku z charakterystycznymi kominami. Tradycji stało się zadość - możemy wracać do kraju.

Viktoria: jacht się nie wywrócił

Mam 10 lat i pierwszy raz byłam na morskim rejsie - z rodzicami, starszą siostrą i naszym znajomym Jurkiem. Pływaliśmy od 17 do 28 lipca, zawijając do różnych portów. Przed rejsem myślałam, że jeżeli na pełnym morzu będą wielkie fale, to jacht wywróci się do góry dnem i znajdziemy się pod wodą. Ale tak się nie stało i do portu w Szczecinie wróciliśmy cali i zdrowi.

19 lipca zjedliśmy pierwsze śniadanie na łódce, a teraz przygotowujemy jacht do odpłynięcia. Załoga uczy się węzłów żeglarskich i mocowania lin. O godz. 17 opuszczamy Szczecin Dąbie. W nocy dopłynęliśmy do portu w Świnoujściu, żeby się trochę przespać. O godz. 6.35 wypłynęliśmy na pełne morze. Chwilę później zaczęło nami kołysać tak mocno, że wszystkim zrobiło się słabo, z wyjątkiem kapitana, czyli taty. No i była burza na morzu. Później dopłynęliśmy do portu w Nexo.

Wczoraj byliśmy w motylarni. Widziałam dużo motyli: bezbarwne, przezroczyste, kolorowe, czerwone, niebieskie i inne. Było bardzo fajnie.

Dziś dopłynęliśmy na wyspę Christianso. Po obiedzie wyruszyliśmy na obchód wyspy Frederikso. Pod koniec wycieczki zaczęło padać, więc schowaliśmy się w restauracji, gdzie zamówiliśmy raki. Widzieliśmy wyspę ptaków, huśtałam się na huśtawce z opon, a tata skakał w deszczu z trampoliny.

Następnego dnia rano obchód wyspy Christianso. Zwiedzaliśmy latarnię morską i ruiny starej prochowni. Poszliśmy do małpiego gaju, obejrzeliśmy armaty. Pod koniec wycieczki jedliśmy lody - gigantyczne, dobre i bardzo słodkie.

O godz. 15 wypłynęliśmy z Christianso w kierunku na Bornholm i po czterech godzinach przybiliśmy do portu w Hammerhavn.

Po śniadaniu na łódce idziemy oglądać ruiny zamku Hammershus. O 17.30 wypływamy z portu i o 20 jesteśmy w Hasle. Stąd o północy startujemy w kierunku Niemiec.

Płyniemy nocą wśród wiatrów i burz. O godz. 6 rano rzuciliśmy cumy w porcie Wolgast. Tutaj zobaczyłam stary kościół św. Piotra. Można było wejść na wieżę, w której co 30 min biją dzwony, a o pełnych godzinach biją po parę razy! Specjałem Wolgastu jest bułka ze śledziem i cebulą (obok budki znalazłam czterolistną koniczynkę!). Były też budki z naleśnikami z miodem, nutellą i marmoladą. Było bardzo fajnie i smacznie.

Wypłynęliśmy z portu Wolgast. O godz. 9.40 przepłynęliśmy pod podnoszonym mostem Zecherin. Na Zalewie Szczecińskim ścigaliśmy się z niemieckimi jachtami - wszystkie wyprzedziliśmy! O 14.10 przypłynęliśmy do portu w Trzebieży. Była tam inwazja biedronek, przez które musieliśmy przejść, żeby zjeść dobrą rybkę.

Z Trzebieży wyruszyliśmy o godz. 18.15 i tuż przed godz. 21 dopłynęliśmy do portu w Szczecinie, gdzie oddaliśmy łódkę.

Rejs był bardzo udany, popłynęłabym drugi raz, ale wolałabym, żeby tak mocno nie falowało!

Karolina: raz na dole, raz na górze

18 lipca wypłynęłam z moją kochaną rodzinką w piękny, ale ciężki rejs na Bornholm. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy wypłynęliśmy na otwarte morze. Tam się dopiero zaczęła prawdziwa "szkoła jazdy"! Zmorzył mnie sen, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam dookoła wielką granatową przestrzeń, jak otchłań, po prostu morskie pustkowie. Kołysało. Z godziny na godzinę fale były coraz większe. Gdy wstałam z koi, żeby dojść do kingstona (toaleta), poczułam objawy choroby morskiej. Calutki dzień przeleżałam w mesie, z zawrotami głowy i mdłościami, nic nie jedząc. Chciałam wysiąść z tego przeklętego jachtu i uciec czym prędzej do domu! Wieczorem poczułam się troszeczkę lepiej. Kiedy spojrzałam na morze, zobaczyłam olbrzymie (tak mi się wydawało) fale - widok nie do zapomnienia. Raz byliśmy na dole, raz na górze. Wyglądaliśmy pewnie jak mały korek, z którym wzburzona woda robi, co chce. Z wrażenia znowu się położyłam. W ciągu tego dnia natknęliśmy się na dwie burze. Jakby tego było mało, fok (przedni żagiel) płatał nam figle! Za pierwszym razem szoty wysunęły się z bloczków i żagiel zaczął okropnie łopotać, hałasując co niemiara. Potem fok nie chciał się zrolować na sztagu. Rzucało nami na wszystkie strony! Kiedy szczęśliwie dopłynęliśmy do Nexo, wyszłam na ląd i jeszcze lekko się chwiejąc, ucałowałam ziemię.

Następne dni mijały spokojnie. Odwiedziliśmy porty Bornholmu, Christianso, zwiedzając okolice. Niektóre miejsca widziałam drugi raz, ponieważ byłam na Bornholmie trzy lata wcześniej, też jachtem (tamten rejs pod względem choroby morskiej był o wiele lżejszy). Pod koniec rejsu moja młodsza siostra powiedziała: "Cieszę się, że już wracamy do domu". Owszem, rejs był męczący (te okropne burze i nocne pływanie!), ale mimo to zostałabym jeszcze kolejny tydzień!