Pocztówka z Hongkongu. Przepraszam, czy to już Chiny?

Hongkong to ponad 260 wysp, z których zamieszkanych jest jedynie kilka. Na każdej plaże i porośnięte lasami góry
Na słynnych zdjęciach Michaela Wolfa "Architecture of Density" Hongkong wygląda jak miejsce, w którym spełniły się pesymistyczne wizje futurologów i braci Wachowskich jednocześnie. Monstrualne bloki mieszkalne, bez początku i końca (sposób kadrowania Wolfa), składają się z tysięcy mieszkań ściśniętych na malutkiej powierzchni, jak maciupkie szufladki jakiejś gigantycznej komody. Sceny niczym z filmów science-fiction, kiedy samowystarczalne maszyny poupychały niepotrzebnych już ludzi w milionach malutkich, betonowych dziupli. Prace te nazwano "najbardziej nieprawdopodobnym humanitarnym alarmem". Peter Białobrzeski odpowiada na to cyklem "Neonowe tygrysy" (nagrodzony na World Press Photo), gdzie Hongkong to jakby współczesna arkadia - rozświetlone neonami miasto przyszłości, w którym nowoczesność harmonijnie współgra z przyrodą i człowiekiem. Jaki więc jest Hongkong?

***

Wzbudzające powszechny zachwyt lotnisko Chep Lap Kok, zaprojektowane przez sir Normana Fostera, ukrywa się przed nami w szarzyźnie i siąpiącym deszczu. Za to droga do centrum dostarcza mnóstwa wizualnych atrakcji. Mijamy gigantyczne blokowiska ze zdjęć Wolfa (Ursynów w kilkakrotnym powiększeniu), by za chwilę wjechać między wzgórza porośnięte tropikalną roślinnością i podziwiać leżące u ich stóp wioseczki rybackie. Potem przejazd kilkoma niewiarygodnie długimi mostami i wjazd do centrum - tłoczno, głośno, kolorowo. W powietrzu ogromne stężenie spalin powoli formuje się w popołudniowy smog. Tak wita nas Nathan Road - długa na kilka kilometrów ulica sklepów i hoteli, turystyczne centrum miasta. Ale jakoś w swoim chaosie człowiekowi nieprzyjazne.

Szukamy numeru 36-44, chyba najsławniejszego adresu w mieście. Turyści wybierający się do Hongkongu zastanawiają się, dlaczego kilkadziesiąt hoteli w ich przewodniku ma ten sam adres: Chungking Mansions. To znana na całym świecie mekka turystów klasy "budżet" - 5 bloków, 17 pięter, na każdym po kilka lub kilkanaście hoteli, czasem o prawie jednakowych nazwach. Razem 1980 pokoi z serii ultraklaustrofobicznej (trzeba ściągnąć plecak, żeby się obrócić), ale schludnych, z TV i klimatyzacją. Między pokojami upchnięte są prywatne mieszkania, zakłady szewskie i krawieckie, pralnie, suszarnie i śmierdzące szyby z tysiącami gołębi.

Warto zamieszkać tutaj nie tylko ze względu na cenę, ale i dla socjokulturowych obserwacji. Magazyn "Time" wyróżnił Chungking Mansions tytułem "najlepszego przykładu globalizacji w akcji". Nigeryjscy handlarze używanych komputerów, dilerzy haszyszu z Bangladeszu, hinduscy sprzedawcy starych ciuchów, tanie podróbki rolexów, tani seks, tanie jedzenie z kuchni całego świata. Codziennie przewija się przez ten kompleks 10 tys. ludzi - rocznie Chungking Mansions odwiedzają ludzie ze 120 krajów. Tutaj Wong Karwai kręcił najsłynniejsze sceny "Chungking Express", bo uważał to miejsce za miniaturę całego Hongkongu. Teraz niektórzy uznają je za miniaturę całego globu.

***

Hongkong jest jednym z najgęściej zaludnionych miast świata - ulicami centrum chodzi ponad dziesięć razy więcej osób niż np. po ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Żeby na własnej skórze doświadczyć, co znaczy "wysoka gęstość zaludnienia", wybieramy się do Mong Kok (dosł. "ruchliwy zakątek"), dzielnicy sklepowo-bazarowej, zamieszkanej głównie przez emigrantów z Chin kontynentalnych. Jest wpisana do Księgi rekordów Guinnessa jako miejsce o najwyższej gęstości zaludnienia na ziemi - 130 tys. na km kw.

Jest wieczór. Szerokie ulice zamieniają się w chodniki, ale nie do spacerowania, tylko do przeciskania się. Zatrzymywanie się i zawracanie surowo wzbronione! Trzeba pozwolić się nieść tłumowi, umiejętnie dać się wepchnąć do pożądanego sklepiku, a potem z niego wypchnąć. Żeby ulżyć przepełnionym ulicom, miasto tworzy nowe przestrzenie, których nie znamy z naszego europejskiego podwórka. Nad jedną ulicą wyrasta druga, potem następna, a nad nią jeszcze sieć przejść dla pieszych. Plac zabaw nad skrzyżowaniem, park nad dachami domów, parking pod morzem. W górę i w dół - przestrzeń miejska zagarnia kolejne poziomy. Dla przyzwyczajonych Hongkończyków to codzienność, dla przyjezdnych - wielkie aklimatyzacyjne wyzwanie. Na innym poziomie trudno nie mieć poczucia tymczasowości, nie czekać na powrót do "normalnego", podstawowego poziomu. Na szczęście tropikalna roślinność wychodząca ze wszystkich zakamarków czyni tę przestrzeń nieco bardziej przyjazną człowiekowi.

***

Jako miłośnik współczesnej architektury spędzam dużo czasu w supernowoczesnym centrum metropolii. Hongkong to ciekawy przypadek, bo nigdzie indziej na świecie na taką skalę jednocześnie z planami zabudowy przestrzennej architekci nie są zmuszeni studiować zasad feng shui. Słynny wieżowiec HSBC (The Hongkong and Shanghai Banking Corporation), zaprojektowany przez Normana Fostera (przez długi czas najdroższy budynek na świecie) w całości hołduje starym chińskim zasadom wody i wiatru. Usytuowano go w "legowisku lwa", gdzie koncentruje się cała energia góry (pobliskiego Victoria Peak) - czyli w zapewniającym pomyślność centrum miasta. Ma szeroki, otwarty widok na wodę (zapewniającą dobrobyt) - Zatokę Victorii (podobno ma gwarancje rządowe, że widok ten nigdy nie zostanie zasłonięty), u wejścia stoją dwa lwy z brązu mające zapewnić bankowi stałe zyski. Ponadto budynek wznosi się nad ziemią, na czterech kolumnach, co zapewnia swobodny przepływ wiatru i energii Qi.

Jak poważnie traktuje się w Hongkongu feng shui, przekonali się twórcy najbardziej rozpoznawalnej budowli miasta - Bank of China Tower. Jeszcze nie wbito pierwszej łopaty na budowie, a już wybuchł skandal. Projekt zawierał liczne kształty litery "x" - negatywny symbol w feng shui. Architekt musiał zmodyfikować plany. Potem budynek krytykowano za ostre krawędzie (mogą przynosić nieszczęście sąsiadom) i za to, że kształtem przypomina tasak (ostrzem zwrócony w wieżowiec HSBC). Odtąd wszyscy architekci, by odzyskać przychylność sił wiatru i ziemi i nie narażać się opinii publicznej, zgodnie przestrzegają reguł wody i wiatru. A pomyłki trzeba błyskawicznie naprawić, ostatnio np. w pośpiechu rekonstruowano bramę Disneylandu, gdy okazało się, że niewłaściwy o kilka stopni kąt nachylenia zakłóca przepływ dobrej energii.

***

Dzięki Hospitality Club poznajemy Briana, który zabiera nas do swojego mieszkania - w Hongkongu to luksus na miarę willi z basenem w Polsce. Ceny nieruchomości w przeludnionej aglomeracji są horrendalne - średnio ok. 16 tys. dol. za m kw. Nawet dobrze zarabiający tłoczą się z rodzicami w mikroskopijnych mieszkankach, nierzadko długo po "trzydziestce". Brian pracuje w dużej firmie produkującej oprawki do okularów, często podróżuje służbowo do Europy i w wieku 28 lat stać go na dwa pokoje na 27. piętrze betonowego giganta, godzinę drogi autobusem od centrum.

- Stresujące i łatwe - mówi Brian o życiu w Hongkongu.

Stresujące z powodu długiego tygodnia pracy (nierzadko w sobotę, często po godzinach, bez dodatkowej zapłaty), przeludnienia (brak przestrzeni powoduje ciągłe napięcie psychiczne) oraz niepewności o własny byt (brak państwowej kompleksowej ochrony socjalnej, co jest wynikiem kompromisu: mniejsze podatki - mniej świadczeń socjalnych). A łatwe, bo wszystko oprócz mieszkań i samochodów jest tanie (to dlatego mijamy długie kolejki do sklepu Luis Vuittona), dzięki technologicznemu zaawansowaniu żyje się wygodnie (niezwykle łatwo dostępny i tani internet i telefonia komórkowa). No i zawsze można wyskoczyć parę kilometrów za granicę do kontynentalnych Chin na szalone zakupy po śmiesznych cenach.

No i jedzenie. Podobno w Hongkongu dania wyśmienitej kuchni kantońskiej smakują jeszcze lepiej niż w samym Kantonie (Guangzhou). A już tradycyjnego kantońskiego śniadania - dim sum - z pewnością nigdzie na świecie nie zje się lepszego niż tutaj.

- Jak na dim sum, to tylko do Maxim's - orzeka Brian.

Wybierają się z nami jego mama i siostra. Uśmiechnięte kelnerki pchają przed sobą wózki obładowane parującymi bambusowymi koszami i na skinięcia pani Wong co chwila któryś ląduje na naszym stole. A w nich rozkoszne gow - pierożki z ciasta ryżowego nadziewane krewetkami har gao (najpopularniejsze i najsmaczniejsze) albo tofu, krabami, orzeszkami, grzybami, fasolą. Potem słynne Bau - bułeczki z grillowaną wołowiną. Na deser sezamowe jin deui z nadzieniem z nasion lotosu. Do wszystkiego koniecznie zielona herbata. Między kolejnymi kęsami pytamy Briana: - Jak zmienił się Hongkong po powrocie do Chin?

- Nasz powrót do Chin to jak dla Polski wstąpienie do Unii Europejskiej, czyli przede wszystkim wielki napływ gotówki - mówi Brian. - Chiny traktują Hongkong jako swą wizytówkę i dobrze o nas dbają. Pomogli naszej gospodarce w czasie wielkiego kryzysu 1997 r., potem w czasie epidemii SARS. Kiedyś mieszkańcy byłej brytyjskiej kolonii nie zgadzali się na określanie ich Chińczykami, dziś mówią tak o sobie z dumą.

To opinia Briana, tzw. przeciętnego obywatela, ale specjaliści przyglądający się tej kwestii z szerszej perspektywy, widzą sprawę inaczej. Pekin nie darzy Hongkongu miłością. Woli spokojnie i po swojemu rozwijać na jego wzór np. Szanghaj lub Kanton, niż zmagać się tutaj z patrzącymi mu na ręce siłami demokratycznymi: wolnymi mediami, opozycją, obrońcami praw człowieka, niezawisłymi sądami i przede wszystkim - ze słynnym urzędem antykorupcyjnym.

Mimo tego Pekin zdobywa coraz większy wpływ na tutejszą politykę i podejrzliwie patrzy na miejscowe władze. Jak twierdzi Henry Liu, specjalista od azjatyckiej geopolityki - wiele "sił" nadal próbuje traktować Hongkong jako opozycję dla Chin.

***

Spacerując ulicami centrum, w pewnym momencie kieruję obiektyw aparatu pionowo do góry i pstrykam. W kadr wepchnęło się pięć wysokościowców, ledwo widać skrawek nieba. Po kilku dniach w miejskiej dżungli czas odpocząć od betonu, szkła i aluminium, od ścisku i smogu. Potrzebujemy powietrza.

Ultranowoczesny Hongkong staje się coraz bardziej popularny z powodu swoich terenów zielonych, które zajmują 75 proc. jego powierzchni, o czym rzadko się wspomina, opiewając nowoczesność miasta, śledząc rekordy wysokości, zaludnienia i cen nieruchomości. Aż 40 proc. owych terenów zielonych zajmują parki i rezerwaty przyrody.

Najlepiej udać się na jedną z "zielonych wysp". Bo Hongkong to w rzeczywistości ponad 260 wysp, z których zamieszkanych jest jedynie kilka. Na każdej plaże i porośnięte lasami góry, rezerwaty dzikiej przyrody i dużo pieszych szlaków, coraz bardziej popularnych wśród entuzjastów trekkingu, najbardziej przez japońskich. Można uprawiać wędkarstwo, nurkowanie, paralotniarstwo, obserwować delfiny.

My wybieramy się na wyspę Lantau, by usiąść obok największego na świecie (z usytuowanych na wolnym powietrzu) posągu siedzącego Buddy. Położoną na szczycie najwyższego okolicznego wzniesienia małą osadę Ngong Pin odrestaurowano bez większego gustu jedynie na potrzeby turystyki. Sklepy z pamiątkami, kilka bezdusznych restauracyjek i uliczka świeżo pomalowanych "zabytkowych" domków stanowią kiczowatą infrastrukturę wokół Buddy. Sam 34-metrowy pomnik nie może nie robić wrażenia, zwłaszcza widziany z oddali, górujący nad okolicą. U stóp Buddy jest największy w Hongkongu buddyjski klasztor Po Lin. Akurat trwa modlitwa, której przysłuchujemy się kilkanaście minut niczym zahipnotyzowani. Nie mamy czasu na posiłek w prowadzonej przez mnichów i cieszącej się dużym uznaniem restauracji wegetariańskiej, bo biegniemy na autobus do wioski Tai O (na tej samej wyspie). To mała osada rybacka, w przeszłości cała osadzona na palach, teraz wciska się nieznacznie w ląd. Duży wybór suszonych ryb, pyszne gofry od ulicznego sprzedawcy i klimatyczne molo. Ale ogólnie trudno nie czuć się tu jak na safari, przechadzając się między rzędami biednych chałupek, których mieszkańcy wyraźnie na turystów nie czekają.

Zatem wracamy. Na zacisznej zielonej wyspie przyjmuje nas na pokład mały prom, by za niespełna godzinę ponownie oddać nas w ramiona tętniącego życiem, tłocznego centrum metropolii. Wychodzimy więc na brzeg i znów dajemy się ponieść tłumowi...