Wyprawa nie dla każdego. Syberia - wędrując w Skale

Mieć najwyższe partie Skały na wyłączność - to było wspaniałe uczucie!
Z daleka strzeliste, postrzępione ściany Kodaru wyglądały jak tolkienowski Mordor. Potężny ural z hukiem przebijał się środkiem Sakukanu, zanurzony w rzece na dwa metry, aż po pakę. Napędzany na trzy osie i ważący prawie 5 t olbrzym chwiał się pod silnymi uderzeniami nurtu, ale twardo parł do przodu, taranując wszystkie przeszkody, pokonując trzydziestostopniowe podjazdy, przecząc prawom grawitacji. Woda ochlapywała nas niemiłosiernie, a z góry bombardowały gałęzie urwane przez urala. Dziesiątka studentów z Klubu Turystycznego Ekonomistów TRAMP właśnie rozpoczęła wakacje.

***

Znajdowaliśmy się 1000 km i 20 godz. podróży pociągiem na wschód od Bajkału. Dzień wcześniej, po pięciu dobach w pociągu, dotarliśmy z Moskwy do Nowej Czary leżącej na Bajkalsko-Amurskiej Magistrali (BAM), imponującego dzieła inżynieryjnego lat 80. Na swojej trasie, szczególnie na odcinkach za Siewierobajkalskiem, pociąg przedziera się przez dzikie góry, wysokie przełęcze, podmokłą tajgę i tunele (najdłuższy, Siewieromujski, ma 15 km).

Pasażerowie w wagonie są atrakcją samą w sobie - dosiadają się myśliwi, drwale i rybacy. Nawet najważniejsze stacje są malutkie, a jedną z nich jest Nowa Czara, 5-tysięczna stolica administracyjna regionu, położona głęboko w tajdze. Życie skończyło się tu po zakończeniu budowy BAM-u - od 1984 r. dwie trzecie ludności miasta wyemigrowało. Wśród paskudnych bloków straszą niedokończone budowle, w tym (niedoszły) największy dom towarowy na Syberii. W nowej części Czary jest jeden zagrzybiony hotelik; w starej, gdzie przeważa typowo syberyjskie budownictwo drewniane, nocleg pod dachem można znaleźć tylko w chacie w bazie leśników.

W języku rdzennej ludności - Ewenków - "kodar" znaczy "skała". Miejscowi ostrzegali nas, że łatwo w górach nie będzie. Nawet przy ładnej pogodzie poważną przeszkodą są rwące rzeki, w których ginie kilkoro turystów rocznie. Tamtego lipca tygodniowe gwałtowne ulewy spowodowały ogłoszenie stanu alarmowego. Mieszkańcy Czary posiadają potężne ziły, urale, a nawet amfibie, ale nikt nie chciał podjąć się przewiezienia nas w góry. Dopiero syberyjscy strażacy dali nam numer do swojego kolegi. Wkrótce przydreptał w gumiakach kierowca Daniłow i od razu przystąpił do konkretów. - Dzisiaj nie mamy szans przejechać, gruzawik utknie w rzece - oznajmił. - Ale jutro spróbujemy.

Z Czary do ujścia doliny Średniego Sakukanu jest w linii prostej tylko 30 km, ale droga prowadzi przez bagna, wymaga przekroczenia kilku rzek i po dużych opadach jest trudna do pokonania. Dobrze wiedział o tym nasz kierowca, który okazał się twardym negocjatorem - zażądał 6 tys. rubli (500 zł) za transport w jedną stronę. Cena wydawała się przesadzona, jednak z każdym kilometrem jazdy przez gigantyczne podmokłe bajoro, jakim jest Kotlina Czarzańska przekonywaliśmy się, że ubiliśmy dobry interes. Ural z trudem pokonał trasę, ale w zaledwie 4 godz. - koło południa rozpoczęliśmy marsz w górę doliny.

***

W tajdze zyskaliśmy masę nowych towarzyszy - komarów. Jadąc na Syberię, spodziewaliśmy się ich w dużych ilościach, ale to, co zastaliśmy, przerosło nasze najczarniejsze wizje. W mokrej tajdze wygłodzone komary są wszędzie, poruszają się chmurkami i są całkowicie odporne na polskie repelenty. Wysysają krew w każdych warunkach - nie przeszkadza im ani ulewny deszcz, ani porywisty wiatr, a po dopadnięciu ofiary potrafią przebić się nawet przez gruby polar!

Nie należy zdejmować kurtki z membraną ani moskitiery. Pewne wytchnienie dają rosyjskie repelenty o wysokim stężeniu substancji deet. Na bolesne ukąszenia pomaga regularne zażywanie wapna (do trzech razy dziennie) działającego antyalergicznie.

Wędrówka w górę doliny wśród komarów i w deszczu szła nam początkowo opornie. Ogarnął nas jednak wstyd, kiedy w dziczy na ścieżce wyprzedziło nas dwoje młodych Rosjan, bez moskitier, z ciężkimi ładunkami na plecach. Wyraźnie się śpieszyli.

- Cześć, co tu robicie, dokąd idziecie? - zapytaliśmy.

- Na nocleg w górę rzeki, do chaty, pogadamy wieczorem - odkrzyknęli, ale nie zwolnili.

- Dlaczego tak pędzicie?

- Jak szybko idziemy, to komary nie nadążają!

Wieczorem, po kilkunastu kilometrach marszu i przekroczeniu niezliczonych strumieni, zobaczyliśmy po drugiej stronie rzeki chatę. Czekała nas ostatnia tego dnia przeprawa przez rwący, lodowaty Sakukan na zachodni brzeg. Podczas dobrej pogody w tym miejscu jest bród, ale po deszczach prąd był silny i wymagał założenia asekuracji dla lżejszych członków wyprawy. Niestety, mimo dobrego przygotowania jedna osoba dostała hipotermii (przechłodzenie organizmu). Błyskawicznie ją przebraliśmy, otuliliśmy śpiworem i folią NRC, potem energiczny masaż ciała i podawana małymi łykami gorąca herbata (lub ciepła woda z aspiryną). Na szczęście mieliśmy już doświadczenie z poprzednich wakacji na Kaukazie, a do opalanej kozą chaty były dwa kroki.

W ciasnej chatce myśliwskiej dym gryzł w oczy, za to do środka nie leciały komary. Razem z nami chatkę zajmowało kilkanaście osób z ekspedycji naukowej Uniwersytetu Irkuckiego i jednej z moskiewskich uczelni. Kiedy wieczorem siedzieliśmy przy świecach i rozgrzewającym barszczu, wyjaśnili nam, dlaczego nisko położone lodowce Kodaru są dla nich tak fascynujące.

Choć globalne ocieplenie dotarło i na głęboką Syberię, w Kodarze obszary pokryte lodem bardzo wolno się zmniejszają. Lód tam jest tak zimny, że nawet kiedy lodowiec z wierzchu topnieje, woda ponownie błyskawicznie zamarza. Tajemnicą długowieczności tych lodowców jest zasilanie ich tam, gdzie normalny lodowiec cierpi najbardziej - najbliżej dna doliny. W Kodarze woda w rzekach jest wiecznie zimna, a przy zetknięciu z lodem zamarza, więc lodowiec nie jest budowany od góry, ale głównie od dołu! Ekspedycja glacjologów miała udokumentować niezwykłe zmiany zachodzące na pobliskim lodowcu Azarowa. Ale i zwykły turysta zachwyci się pięknem przezroczystych lodowych bloków zalegających w korytach dolin.

***

Następnego poranka udaliśmy się na wycieczkę do jednej z bocznych dolin odchodzących od Średniego Sakukanu, gdzie znajdują się pozostałości stalinowskiego łagru. Z zachodniego brzegu rzeki musieliśmy się cofnąć kilka kilometrów w dół doliny, do ruin mostu, a następnie wspiąć się stromą ścieżką na 1900 m. Wyczerpani dotarliśmy do jednego z najstraszniejszych miejsc w Rosji. Marmurowy Wąwóz, a w zasadzie kocioł, z trzech stron otaczają wysokie, postrzępione ściany skalne. W latach 50. mieścił się tam obóz Gułagu, w którym wydobywano uran. Do sztolni, leżących 400 m nad budynkami, codziennie pokonywało trasę 500 więźniów. Praca przy promieniotwórczym uranie, wysoko w górach, w trwającej dziewięć miesięcy zimie była mordercza. Z tego piekła próbowało ucieczki 80 osób. Nikt nie przeżył. Nic dziwnego. Nawet jeśli więzień cudem nie został trafiony na odkrytej strzelnicy u wrót kotła, czekała go wędrówka w niebezpieczne, strzeliste góry. Najkrótsza, ale najbardziej strzeżona droga przez Kotlinę Czarzańską na wschód do najbliższego (wówczas) miasta Czita wiodła przez ponad 600 km nieprzebytej tajgi. Przetrwały drewniane chaty więźniów, można się natknąć na druty kolczaste, porzucone młoty i piły. Gdyby nie pokrywająca je rdza, wydawałoby się, że ludzie dopiero co odeszli od pracy. Na wschód od chat, u naturalnych wrót wąwozu, widać ruiny wież strażniczych.

Trzeciego dnia pożegnaliśmy się z glacjologami, pierwszymi i ostatnimi ludźmi spotkanymi w Kodarze.

- Przełęcz Bałtycka jest tak łatwa, że nawet niemowlak na nią wejdzie - rzucili na odchodne.

Wprawdzie Przełęcz Bałtycka (2600 m n.p.m.) nie wymaga użycia sprzętu, ale niemowlak rosyjski musi mieć nie lada krzepę, żeby przedrzeć się najpierw przez krzaczaste, strome zbocze, potem przejść długą dolinę, wdrapać się kilkaset metrów po morenach lodowcowych, a na koniec pokonać nieskończenie długie rumowisko, pełne chwiejących się dwumetrowych głazów.

Gdy po całym dniu marszu stanęliśmy na przełęczy, zjedliśmy kabanosy przywiezione z Polski, podziwiając pobliski Pik BAM (3072 m n.p.m.), najwyższy szczyt Kodaru i całych Gór Stanowych. Był to najwyższy punkt, jaki osiągnęliśmy w tych górach.

Zejście z przełęczy na południe okazało się bardzo proste. Długim, osypującym się żwirowym zboczem zjechaliśmy miękko do stawów na wysokości 2300 m n.p.m., gdzie rozbiliśmy obóz. Nocowaliśmy w księżycowym krajobrazie tundry, z pięknymi widokami na pobliskie szczyty i - co najważniejsze - bez komarów! Była to pierwsza noc pod namiotem i dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że słońce zachodzi tu koło północy. Strefa czasowa Kodaru (+9 godzin, czas tokijski) nijak się ma do czasu słonecznego. W efekcie kładliśmy się spać w środku nocy, a zbieraliśmy do wyjścia o poranku, czyli ok. godz. 11.

***

Czwartego dnia wyprawy postanowiliśmy przedrzeć się w dół, do doliny Górnego Sakukanu. Ruszywszy z pięknych stawów pod Przełęczą Bałtycką, przez pierwsze godziny musieliśmy wyznaczać sobie trasę przez niestabilne i strome skalne rumowiska. Chwila nieuwagi w takim terenie to gwarantowane złamanie albo skręcenie nogi, a tak daleko od cywilizacji może to być bardzo niebezpieczne. Wyczerpani z ulgą osiągnęliśmy strumień Birokan, niedaleko od jego ujścia ze stawów pod pikiem BAM. Szeroka dolina jest w tym miejscu urocza. Otaczają ją wysokie ściany, turkusowe jeziora migoczą w słońcu, a w wielu miejscach zalega śnieg. Mieć najwyższe partie Skały na wyłączność - to było wspaniałe uczucie!

Kiedy ponownie dotarliśmy w strefę komarów, do doliny Górnego Sakukanu, Kodar przestał być dla nas łaskawy. Zaczęło padać, a przed nami było 40 km marszu przez tajgę do stacji Sakukan. Wędrując przez dwa dni wzdłuż znikającej ścieżki w gęstym, pięknym lesie, natknęliśmy się w tajdze na opuszczone obozowiska Ewenków. Mimo piękna okolicy, dawało nam się we znaki zmęczenie psychiczne spowodowane ciągłym deszczem i nawałnicami komarów. Dlatego z ulgą przekroczyliśmy po raz ostatni potężny Sakukan w miejscu, gdzie rzeka rozdziela się na cztery koryta.

Ostatnim wyzwaniem było przedarcie się od rzeki do Bajkalsko-Amurskiej Magistrali, na przełaj przez tajgę. Początkowo los nam sprzyjał. Po przekroczeniu kilku bagnisk natknęliśmy się na niezaznaczoną na mapach polną drogę, która w dwie godziny wyprowadziła nas na 1701. kilometr BAM-u. Po rozejściu się w dwie przeciwne strony świata udało nam się znaleźć 1701. słupek kilometrowy przy torach, co pozwoliło nam określić naszą pozycję i odnaleźć przystanek Sakukan na 1699. kilometrze.

Planowaliśmy czekać w Sakukanie do następnego ranka, do przyjazdu jedynej zatrzymującej się tam elektriczki. Okazało się jednak, że położona na bagnach stacja jest opuszczona i nie ma możliwości nabrania tam pitnej wody. Zadzwoniliśmy do znajomego Rosjanina (na szczęście był zasięg), który wysłał po nas ciężarówkę.

Po szalonej jeździe w deszczu wzdłuż magistrali, przemarznięci i przemoknięci do suchej nitki dotarliśmy do dworca w Nowej Czarze. Tym samym zamknęliśmy po ośmiu dniach kodarską pętlę. Z radością powitaliśmy betonowe budynki, które wcześniej wydawały się nam smutne i bezbarwne. Po przebraniu się i wypiciu piwa pod sklepem zasnęliśmy na podłodze poczekalni w oczekiwaniu na nocny pociąg do Siewierobajkalska.

PS Dziękujemy za pomoc firmie Sportland z Gdyni

Strona wyprawy: www.buka.livenet.pl/voyage/2008_kodar.php

Warto wiedzieć

•  Wiza. Turystyczna do Rosji - 151 zł, do jej wyrobienia niezbędny jest voucher - 100 zł (u pośredników). Podróż pociągiem z Polski wymaga wizy tranzytowej przez Białoruś - jednokrotna 10 euro, dwukrotna 15, można ją dostać tylko po okazaniu biletów i wizy rosyjskiej.

•  Dojazd. Pociągiem: z Warszawy do Nowej Czary z przesiadkami w Terespolu, Brześciu i Moskwie - podróż trwa 6 dni, bilety 500 zł; z Moskwy (z dworca Kazańskiego) - 3470 rubli. Samolotem i pociągiem: z Warszawy do Irkucka (przez Moskwę), potem awionetką do Niżnieangarska (nad Bajkałem); ostatni odcinek do Nowej Czary (15 godz. jazdy) pociągiem po BAM-ie.

•  Waluta. W obu częściach Czary nie ma możliwości wymiany waluty, trzeba mieć ruble; aktualny kurs: 1 zł = ok. 10 rubli.

•  Bezpieczeństwo. Kodar jest praktycznie niezamieszkany, w razie przypadkowego spotkania warto mieć w zanadrzu paczkę papierosów. Największe zagrożenie niesie ze sobą przekraczanie rzek, dlatego należy koniecznie zabrać linę do asekuracji. W tajdze łatwo o spotkanie z niedźwiedziem, więc żywność lepiej wieszać na drzewach, w oddaleniu od namiotów. Przyda się GPS ze współrzędnymi stacji kolejowych.

•  Komunikacja. Marszrutka Nowa Czara - Stara Czara (15 km) - 40 rubli. Ciężarówka (Ural) Czara - dolina Średniego Sakukanu - 6 tys. rubli. Ciężarówka (Ził) stacja Sakukan - Nowa Czara - 1000 rubli.

•  Nocleg w bazie leśników w Czarze - 50 rubli od osoby.

•  Wyżywienie. W prowiant trzeba koniecznie zaopatrzyć się w Polsce. Najbliższy Kodarowi dobrze zaopatrzony sklep znajduje się nad Bajkałem, w Czarze można liczyć co najwyżej na podstawowe produkty.

•  Przed wyjściem w góry należy zarejestrować się na milicji w Nowej Czarze), a w urzędzie obwodu w Starej Czarze zgłosić planowaną długość i trasę marszu. O zejściu z gór też trzeba poinformować urząd, jeśli tego nie zrobimy, mogą być zainicjowane poszukiwania.

•  Przewodniki i mapy. Nie ma przewodnika po Kodarze, jedyne mapy dostępne na stronie: http://www.raad.tartu.ee/~jaan/Kaardid/Kodar%20variandid - korzystaliśmy z arkuszy O-50-116 (Sallikit) i O-50-117 (Czara).