Mirosław P. Jabłoński, pisarz SF, tłumacz, podróżnik

Serce zostało w... Nowym Jorku. Manhattan jest niczym świat w pigułce, i to nie tylko ze względu na mieszczącą się tam siedzibę ONZ, ale głównie za sprawą zwykłych ludzi
Pakistańskich, malajskich i filipińskich taksówkarzy, arabskich sprzedawców ulicznych, hinduskich hotelarzy, polskich i meksykańskich robotników, japońskich przedsiębiorców, chińskich restauratorów i właścicieli pralni, rosyjskich mafiosów, włoskich właścicieli pizzerii, latynoskich sprzątaczek, irlandzkich policjantów (w końcu wszyscy Amerykanie, poza rodowitymi Indianami, są skądś). Na wyspie ujętej między dwie rzeki i Atlantyk znajdziemy knajpki i kluby Greenwich Village, doki Chelsea, wzniesione przez Rockefellera w Fort Tryon Park muzeum sztuki średniowiecznej The Cloisters, "truskawkowe pola" Central Parku, ekskluzywne sklepy Piątej Alei, ubogie salki modlitewne Harlemu

Niezapomniane chwile...

przeżyłem w 2001 r. u stóp pałacu Ishak Pasha Saraj, popularnej atrakcji turystycznej we wschodniej Turcji. Urządziliśmy tam urodzinową imprezę jednej z uczestniczek wyprawy. Wieczorem ponad 30 osób rozłożyło się na tarasie leżącej powyżej kempingu restauracji, z trunkami i turystycznymi "frykasami". Właściciele zgodzili się na to niechętnie, zdecydowanie woleli nas widzieć w środku jako klientów. Ale po godzinie otworzyły się szklane drzwi i... obsługa zachęciła nas uprzejmymi gestami, byśmy weszli do środka. A tam stoły nakryte białymi obrusami, na nich zakąski i gorące dania, piwo i raki. Po chwili zjawił się trzyosobowy męski zespół grający kurdyjskie melodie. Gospodarze zaczęli tańczyć narodowe tańce, zapraszając nas do korowodu. W rewanżu zaśpiewaliśmy po polsku. Wtem jeden z kelnerów wpadł ze stosem fajansowych talerzy i potłukł je ciosami karate, jeden po drugim, w rytm muzyki. Do rana tańczyliśmy na trzeszczących skorupach (oczywiście za to przyjęcie musieliśmy potem zapłacić).

Najlepsze wakacje spędziłem...

w 1992 r. we Włoszech i na Sycylii, na czterotygodniowym studenckim trampingu. Podróżowaliśmy w 40 osób autokarem, nocując na plażach, stacjach benzynowych i poboczach dróg, a nawet w rzymskim parku pod pomnikiem Anity Garibaldi i na via Apia w pobliżu willi Bertolucciego (na kempingu ani razu). Jak to przeżyły dziewczyny - do dziś nie wiem...

Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie...

to rafa koralowa u wybrzeży wyspy Coco. Z Kuby prowadzi tam 27-kilometrowa grobla (usypana wbrew zastrzeżeniom ekologów z polecenia Fidela Castro). Naszym hotelem była cudowna plaża, z której rano popłynąłem katamaranem na kolejną wysepkę. Za 3 dol. wypożyczyłem maskę, rurkę i płetwy - zestaw zwany w żargonie nurków "ABC" - i dostałem pozwolenie na wejście do wody (miałem tylko uważać, by nie uszkodzić rafy). Kiedy zanurzyłem głowę - oniemiałem! Znalazłem się w cudownym świecie pełnym liściastych koralowców, ukwiałów i ryb. A woda jak kryształ, widoczność na 30-40 m. Po chwili dostrzegłem na dnie szczątki statku. Gdy zacząłem go opływać, wokół zaczęły się gromadzić kolorowe ryby, wprost ocierały się o mnie. Wynurzyłem się dla złapania oddechu i raz jeszcze zanurkowałem, zauważywszy spory okaz mózgowca (półkulisty koralowiec o pobrużdżonej powierzchni). Znowu otoczyły mnie ryby - i choć starałem się je płoszyć, nie odpływały. Następnym razem podpłynąłem do wielkiego fioletowego "liścia" o ażurowej konstrukcji. Tu towarzyszyły mi płaskie ryby wielkości talerzy w żółto-czarne pasy. Dojrzałem tam również największą w życiu rozgwiazdę - miała ponad pół metra średnicy.

W Polsce lubię...

miejsca, do których mam stosunek sentymentalny - Zakopane, bo tam się urodziłem, i Kraków, bo tam mieszkam od czasów liceum.

Niebo w gębie poczułem na...

chorwackiej wyspie Hvar. Gospodarze domu, w którym mieszkaliśmy, zaprosili nas na smażono-duszone ośmiorniczki podlane domowym winem. Nigdy więcej nie udało mi się poczuć podobnego smaku!

Mój ulubiony hotel...

Nie lubię hoteli, to dla mnie symbol skomercjalizowanej turystyki. Jednak po trzech tygodniach trampingu po RPA, Zimbabwe, Botswanie i Namibii chętnie zostawiliśmy w lukach ciężarówki zapiaszczone namioty i skorzystaliśmy z gościnności czterogwiazdkowego Nest Hotel. Było to w bawarskim z wyglądu miasteczku Lüderitz w Namibii. Niewielki balkonik naszego pokoju niemal wisiał nad zatoką Atlantyku!

Nigdy więcej nie powrócę do...

Delle w Utah. Cała miejscowość to stacja benzynowa, toaleta i sklepik, m.in. z najbardziej tłustymi i słonymi hot-dogami na świecie. Kiedy tam się zatrzymałem, nad Delle nadciągnęły ciężkie burzowe chmury i okolica zaczęła przypominać apokaliptyczny Armageddon, miejsce ostatecznej walki Dobra ze Złem.

Wkrótce będę w drodze do...

Egiptu.

Podróżuję zawsze z...

paszportem.

Wymarzony cel podróży...

to Antypody - Australia, Oceania, Tasmania i Nowa Zelandia.