Wielkie manewry białowieskie

Resort ochrony środowiska jest gotów zapłacić grubo ponad 100 mln zł, byle tylko gminy graniczące z Białowieskim Parkiem Narodowym zgodziły się na jego poszerzenie. Ale większość miejscowych nie chce o tym słyszeć. Nieliczni zwolennicy większego Parku siedzą cicho w obawie przed czerwonym kurem


Mikołaj Pawilcz jest wójtem Narewki od wielu lat. Na tyle długo, że wiele w swojej gminie widział. Ale to, co minister środowiska Maciej Nowicki zaproponował w sprawie wytyczenia nowych granic Białowieskiego Parku Narodowego, zaskoczyło nawet Pawilcza.

No bo jak to, Park będzie teraz zajmował pół jego gminy? A co z rolnikami, co z ich polami? Co z działkami pod inwestycje?

Dziś Narewka ledwie graniczy z Parkiem. Ot, koniuszek BPN-u wchodzi na teren gminy od południowego wschodu. Gdyby Park rozszerzyć tak, jak proponuje minister, to granica BPN wdarłaby się głęboko w gminę, przecinając Narewkę prawie na pół, od wschodu do zachodu.

- Dla rolników to katastrofa - mówi Pawilcz. - Owszem, nie ma formalnego zakazu, żeby w otulinie parku, w pasie biegnącym wzdłuż nowej granicy, rolnicy uprawiali ziemię, ale prawda jest taka, że tej ziemi nie da się uprawiać, bo w otulinie pojawi się zakaz odstrzału zwierząt i one szybko zniszczą uprawy - tłumaczy wójt, stukając na mapie w osady Mikłaszewo, Olchówka, Guszczewina i Janowo.

To nie jedyny powód do niepokoju wójta Pawilcza. Zastanawia się, co się stanie, gdy z Narewki zniknie nadleśnictwo. - Moja gmina co roku dostaje 140 tys. zł z podatku leśnego. Roczny budżet gminy to 10, może 11 mln zł. Nawet więc taka suma jest nie do pogardzenia. I teraz miałbym to stracić? Tak samo jak inwestorów? Ja już miałem u siebie jednego, który zrezygnował z inwestycji, bo boi się utrudnień związanych z Parkiem - denerwuje się.

Nie on jeden. Nadzieja Łuksza z Narewki nawet nie chce słyszeć o poszerzeniu Parku. - Już teraz, chociaż Park jest daleko, z tą całą ochroną przyrody tylko problemy. Nie dalej jak rok temu Rosjanie chcieli u nas postawić wielką bazę paliwową, tuż obok tej istniejącej od lat w Plancie. Od razu podniósł się wrzask, że Puszcza Białowieska, że park narodowy, choć do granicy Parku jest 15 km. I Rosjanie się wycofali. A pracy tu brakuje - zżyma się Łuksza.

Ona sama jest na rolniczej emeryturze. Widzi, czym brak dostępu do lasu skończył się dla jej rodziny. Kiedyś trzy czwarte jej członków pracowało w Lasach Państwowych jako robotnicy leśni. Od kilku lat tej pracy u Łukszów nie wykonuje już nikt. - Poza tym po co to chronić? To i bez ochrony się rozrasta. Kiedy byłam młoda, dokoła Świnorojów [wieś tuż obok Narewki] były same pola uprawne i łąki. A dzisiaj las podchodzi tam pod domy. I to pomimo tego, że przecież wciąż się go wycina. Każdy by chciał mebli czy podłogi z białowieskiego drewna.

Pół puszczy do Parku

Plan ministra środowiska faktycznie jest radykalny: powierzchnia Białowieskiego Parku Narodowego ma zostać powiększona z obecnych 10,5 tys. ha do ok. 33 tys. ha. - Dzięki temu Park obejmowałby niemal połowę całego obszaru Puszczy Białowieskiej. Tylko w ten sposób - przekonuje minister Maciej Nowicki - puszcza wpisana na Listę Skarbów Światowego Dziedzictwa UNESCO otrzymałaby należytą ochronę.

To już kolejna próba powiększenia obszaru BPN. Poprzednie nie udawały się, bo torpedowała je miejscowa ludność. Wiedząc o tym, Nowicki postanowił zaoferować gminom... pieniądze. W zamian za zgodę na poszerzenie granic Parku gminy Hajnówka-wieś, Białowieża (2700 mieszkańców) i Narewka (4000) dostałyby z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska ponad 100 mln zł - do wydania w cztery lata. Z perspektywy Warszawy taka kwota może się wydawać niewielka, ale dla niespełna trzytysięcznej Białowieży to pieniądze wręcz astronomiczne. Gminy mogłyby za nie pobudować kanalizację i oczyszczalnie ścieków. Mogłyby też obudować termoizolacją i kolektorami słonecznymi domy komunalne. Do każdej dotacji od NFOŚ gmina musiałaby z własnego budżetu dołożyć jedynie 15 proc.

A pieniądze z NFOŚ to nie wszystko - przypomina resort. EkoFundusz dołoży 8 mln zł na budowę zakładu segregacji odpadów w Hajnówce. Dodatkowe 1,5 mln zł dołoży resort środowiska, żeby wynająć ekspertów, którzy pomogą gminie przygotować niezbędną dokumentację projektów inwestycyjnych.

Ministerstwo Środowiska kusi mieszkańców także innymi przyszłymi zyskami. - Podniesiona zostanie atrakcyjność turystyczna i inwestycyjna gmin. Docelowo wzrosną dochody miejscowej ludności w wyniku stworzenia nowych miejsc pracy i podatków od inwestycji.

Większy Park to więcej turystów, i to skoncentrowanych nie tylko jak dotąd w miejscowości Białowieża, ale także odwiedzających Narewkę, nocujących w Hajnówce itp. - To jest największa i najbardziej ambitna próba powiększenia parku narodowego w całym kraju w ostatnich dekadach - podkreśla ministerstwo.

Obcych u siebie nie chcę

Ale mieszkańcy w te obietnice chyba nie wierzą. A bez ich zgody Parku poszerzyć nie można.

- Obiecać to wszystko można - ironizuje Jan Gwaj, przewodniczący Rady Gminy w Białowieży. - Nikt nam nigdy nie przedstawił dowodów, że poszerzenie granic parku spowoduje zwiększenie ruchu turystycznego - dodaje.

Zresztą wielu mieszkańców w ogóle nie jest zainteresowanych "turystami z Warszawy". - Ja tam obcych w swoim domu nie chcę - złości się Łuksza.

- Ludzie tutaj boją się, że jak już Park zostanie rozszerzony, to nic im nie będzie wolno zrobić. Im słowa "park narodowy" kojarzą się z rezerwatem, do którego nie będą mieli wstępu. Mój sąsiad już mówi, że grzyby to on chyba będzie wędką łowił, bo nie będzie mógł wejść do lasu. Ja wiem, że tak nie będzie, ale miejscowym nikt tego nie wytłumaczył - podkreśla Gwaj.

W rzeczywistości nie wszystkie części poszerzonego Parku będą miały charakter ścisłych rezerwatów. Miejscowi będą mogli do nich wchodzić i - jak zapewniają resortowi urzędnicy - zbierać runo leśne. Tak jak to robią dziś.

Oczywiście nie grzyby są najważniejsze. To, co mieszkańcom naprawdę spędza sen z powiek, to drewno... którego w okolicach puszczy zawsze brakuje. W zimie cała okolica grzeje się, paląc w kominkach i kuchniach drewnem kupionym od miejscowego nadleśnictwa. Drewno pochodzi z miejscowych wyrębów, którymi gospodarują miejscowi leśnicy. Metr sześcienny dobrej jakości drewna liściastego kosztuje 105 zł. Z transportem (na małą odległość) i pocięciem - 140 zł. To już wydaje się im drogo, ale miejscowi zaciskają zęby i kupują. Co jednak stanie się po poszerzeniu BPN? Białowieżanie i mieszkańcy Narewki są pewni, że kiedy Białowieski Park Narodowy się rozrośnie (a nadleśnictwo zniknie), skończy się dostęp do lokalnego drewna. Będą skazani na dużo gorsze drewno iglaste z daleko położonych wyrębów. - A jak drewno będzie dalej, to od razu stanie się droższe - mówi Gwaj.

Resort i sam minister środowiska przekonują, że zagwarantują dostęp do drewna, wyznaczając nowe miejsca wyrębu i sprzedaży. Ale znów - to tylko słowa. A jeśli w zimie okaże się, że drewna jednak nie ma? - Może będziemy je z Warszawy dowozić?! - pyta retorycznie Gwaj.

Podobnie myśli pani Nina z Olchówki. Prosi, żeby nie podawać jej nazwiska, bo - jak mówi - "nie należy się rzucać władzy w oczy". - Dostaliśmy list od ministra. Że jak Park poszerzą, to będzie można zbierać grzyby i nie zabraknie nam opału. Ale papier wiele zniesie. A co my zrobimy, jak rok czy dwa po poszerzeniu wszystkiego zakażą? - pyta. Dobrze pamięta, że już raz władze centralne mieszkańców regionu wykiwały.

Chodzi o głośną w okolicy sprawę "Kontraktu dla Puszczy" z 1998 r. Rządowy "Kontrakt", wymyślony przez ówczesnego ministra ochrony środowiska Jana Szyszkę (związanego wtedy z Porozumieniem Centrum), opisywał działania, jakie miały pomóc lokalnej społeczności po poszerzeniu parku narodowego 13 lat temu. W ramach "Kontraktu" okoliczne gminy dostały prawie 15 mln zł. Po dwóch latach "Kontrakt" zawieszono. Bez słowa wyjaśnienia.

- Mieliśmy dostać góry złota, a dostaliśmy szkołę w Narewce i trochę wodociągów. Teraz ma być 100 milionów. A co jak się minister rozmyśli? Albo zmieni? - mówi pani Nina. - Choć teraz Park daleko i jest mały, to na opał czy ogrodzenia i tak brakuje. Zamiast sprzedać nam, Lasy Państwowe wolą hurtowych odbiorców. Całą zeszłą zimę paliłam w piecu świerkiem, który zupełnie się do tego nie nadaje. Liściastego drewna w nadleśnictwie dla mnie zabrakło.

Litania pretensji i obaw mieszkańców jest znacznie dłuższa. Miejscowi boją się, że powiększenie granic Parku zamrozi remonty lokalnych, już istniejących dróg i przekreśli plany budowy nowych. Irytuje ich także to, że olbrzymie pieniądze z NFOŚ, którymi mami ich resort środowiska, tak naprawdę do nich nie trafią. Bo można je wydać tylko na inwestycje gminne. Na ocieplenie gminnych domów, na gminną oczyszczalnię ścieków... Gwaj i sąsiedzi bezpośrednio na tym nie skorzystają.

- Zdaliśmy sobie sprawę, że to jest problem. Ale chyba można wymyślić taki program pomocowy, który będzie co prawda zarządzany przez gminę, ale dotacje będzie mógł dawać także prywatnym osobom - mówi Janusz Zaleski, wiceminister środowiska i główny konserwator przyrody.

Może argument bezpośrednich dotacji przeważy szalę i przekona mieszkańców? Oficjalnie negocjacje ministerstwa z lokalnymi samorządami trwają. Teraz białowieskie gminy wyłaniają negocjatorów, którzy mają spróbować dojść do porozumienia z ekspertami rządowymi w sprawie ostatecznego przebiegu granic poszerzonego Parku. Być może kilka korekt wystarczy, żeby opór gmin jednak trochę zmiękł.

Resort bardzo by chciał, żeby negocjacje skończyły się zimą. Im wcześniej przed wyborami samorządowymi (jesień 2010 r.), tym lepiej.

Ministerstwo Środowiska ma zresztą dodatkowy argument "gospodarczy", który powinien przekonać mieszkańców. Resort przypomina, że trzy istniejące w okolicach puszczy nadleśnictwa nie mają ekonomicznej racji bytu. Tworzą tzw. Leśny Kompleks Promocyjny "Puszcza Białowieska", który od blisko dziesięciu lat przynosi tylko straty, bo koszty jego działania są wyższe niż dochody z wycinki. W najgorszym roku stracił sześć milionów, przeciętnie koło dwóch-trzech. Leśnicy tłumaczą, że straty to nie ich wina. Mówią, że wynikają z rosnącej liczby rezerwatów przyrody, które są wyłączone z normalnej hodowli. Tak czy inaczej straty ponoszone przez białowieskie nadleśnictwa Lasy Państwowe muszą pokrywać z zysków innych nadleśnictw.

Strach przed czerwonym kurem

Urzędnicy Ministerstwa Środowiska wiedzą, że to, jak im się uda załatwić sprawę poszerzenia parku narodowego w Białowieży, wyznaczy standard obowiązujący w kraju na kilka kolejnych dekad.

Rządowa strategia ochrony przyrody zakłada, że w Polsce powinny powstać trzy nowe parki narodowe: Turnicki, Jurajski i Mazurski. - Nie jest wykluczone, że tamtejsze gminy będą żądać za zgodę co najmniej tyle samo, ile mają otrzymać gminy białowieskie - przestrzega Janusz Zaleski, wiceminister środowiska i główny konserwator przyrody.

I to właśnie dlatego rządowi urzędnicy tak bardzo boją się eskalacji żądań finansowych Białowieży, Narewki i Hajnówki. - Bo ja nie wiem, na ile państwo polskie będzie w stanie finansować potrzeby innych społeczności, przy okazji innych parków - przyznaje Zaleski.

Rachunek jest prosty: jeśli grubo ponad 100 mln zł trzeba wydać na rozszerzenie Białowieskiego Parku Narodowego o 20 tys. hektarów, to ile mogłoby kosztować stworzenie od nowa Parku o obszarze 32 tys. hektarów? W miejscu, gdzie lobby turystyczno-przemysłowe jest sto razy silniejsze niż w Białowieży? Resortowi eksperci mają ciarki na plecach, gdy o tym myślą. - Ochrona przyrody i rozwój regionu muszą oczywiście kosztować, ale cena, jaką się za to płaci, powinna być wyważona - podkreśla Zaleski.

Ci nieliczni mieszkańcy okolic Białowieży, którzy opowiadają się za rozszerzeniem, żyją tymczasem w strachu. Przed sąsiadami. Tak jak pan Jan, który prosi, żeby nie podawać nie tylko nazwiska, ale nawet nazwy wsi, w której mieszka. Boi się czerwonego kura - tak w puszczy mówią na pożar. Już przy poszerzeniu parku w 1996 r. przeciwnicy tej operacji straszyli: poszerzcie, a czerwony kur zatańczy. No i zatańczył. Do dziś nie ustalono przyczyn pożaru hotelu Głuszec i położonej opodal wsi Masiewo leśnej stacji naukowej. Park, zamiast dostać budynek, dostał osmalone fundamenty.

Pan Jan nie chce, żeby czerwony kur odwiedził jego gospodarstwo. Ale nie zgadza się ze swoimi sąsiadami, którzy sprzeciwiają się poszerzeniu Parku. - A pewnie, że tu każdy tęskni za komuną. Bo wtedy to Lasy Państwowe były jak PGR. Do jednej siekiery pięciu pracowników; ten nosi, tamten ostrzy, ów macha, a dwaj są w rezerwie. Tyle że te czasy to się skończyły już kilkanaście lat temu. Do naszych nie chce to jakoś dotrzeć. Każdy, kto ma oczy, widzi, że praca w lesie nie ma przyszłości. Jest jej mało, jest ciężka i źle płatna. Ale dziadki wciąż wierzą, że będzie tak jak kiedyś - mało roboty, ale dla każdego. Do tego darmowe deputaty drewna. Komuna normalnie - spluwa z niechęcią.

Jest przekonany, że inne miejscowości skorzystają po rozszerzeniu BPN, gdy będą tuż przy Parku, tak jak dziś Białowieża. - Owszem, najwięcej na przyjezdnych zarabiają tam wielkie hotele zatrudniające ludzi z zewnątrz, ale dla miejscowych też pracy nie brakuje. Co drugi dom to jak nie kwatery, to przewodnik, bryczka albo wypożyczalnia rowerów - mówi.

Kłopot Ministerstwa Środowiska polega na tym, że pan Jan w swoich poglądach jest osamotniony. Negocjacje trwają.