Dolomity: Sella Ronda

Sella Ronda to dla wielu narciarzy magiczne słowa. Co roku tysiące osób decyduje się, aby jeden dzień swego zimowego urlopu poświęcić na tę prawie 40-km pętlę pokonywaną metodą kombinacji wyciągów i zjazdów wokół majestatycznej grupy skał należącej do słynnych Dolomitów
Wybierasz się na narty? Sprawdź serwis: narty.gazeta.pl

Tak naprawdę trasy nie są specjalnie trudne, ale to, że aby je pokonać, trzeba mieć trochę kondycji. Wyjeździć się "do syta" jest raczej trudno, bo - zwłaszcza w sezonie - sporo czasu traci się na stanie w kolejkach do wyciągów, no i wjazdy nimi pod górę. Trudno mówić też o turystycznych celach tego typu wyprawy - na typowe zwiedzanie po prostu nie ma czasu. Za to, o ile trafimy na dobrą pogodę, mamy zagwarantowane piękne widoki. Zbyt długo zachwycać się jednak nimi nie można, musimy bowiem pilnować czasu - jeśli nie zdążymy zamknąć 40-km pętli - trzeba będzie zjechać do najbliższego miasteczka i zamiast na nartach ostatni odcinek pokonać taksówką - co słono kosztuje. Tych, których to spotyka, musi być sporo, skoro w strategicznych miejscach taksówkarze już czekają.

Dolomity

Dolomity to góry niezwykłe. Ich główny łańcuch rozciągnięty w północnych Włoszech na długości ok. 80 km jest zupełnie inny niż klasyczne Alpy, choćby w sąsiedniej Austrii. To, co go wyróżnia, to przede wszystkim bogactwo form związane z odmiennością geologiczną. "Dolomity" to jednak nie tylko masyw, ale także budulec, który go tworzy, a konkretnie rodzaj skały osadowej. Nazwa minerału upamiętnia jego odkrywcę - Francuza Deodata de Dolomieu, który geologii nauczył się... w więzieniu. Trafił tam jako zawodowy żołnierz za udział w pojedynku i zabicie przeciwnika. Pewnie zostałby skazany na karę śmierci, gdyby nie młody wiek. I tak to w roku 1769, gdy miał zaledwie 19 lat, zdolny rozrabiaka odkrył, że dostarczona mu próbka skał różni się od zwykłych skał wapiennych i stanowi związek wapnia oraz magnezu. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim Dolomieu przesłał wyniki swoich prac do jednego z genewskich naukowców Nicolasa de Saussure'a. Był on synem cieszącego się wówczas ogromnym autorytetem Horacego Benedykta de Saussure'a, który oprócz nauki miał jeszcze jedną pasję - alpinizm; uznawano go wówczas za pierwszego zdobywcę Mont Blanc. Skromny Dolomieu zaproponował, by odkrytą przez niego skałę nazwać "saussurit", ale pan Saussure był odmiennego zdania, twierdząc, że powinno zostać "dolomit".

Narciarska karuzela

Charakterystyczną cechą Dolomitów jest to, iż góry te nie tworzą typowych łańcuchów, ale mają formę jakby gniazd, grup oddzielonych głębokimi dolinami. Jedną z tego typu grup jest kolosalna Gruppo Sella, w której kulminacja osiąga 3152 metrów n.p.m. Kolory skał tworzących niby-baszty i iglice zmieniają się w zależności od światła i pogody - najładniejsze są zwykle o zachodzie słońca.

Sella Ronda to nazwa nadana jeszcze przez Ladinów, rdzenną tutejszą ludność, która już w zamierzchłych czasach wokół masywu Sella wytyczyła szlaki łączące osady. Temu, kogo interesuje historia i kultura ladińska (do tej pory niektórzy tutejsi mieszkańcy używają ladińskiego dialektu), polecam muzeum etnograficzne w Vigo di Fassa.

Cztery przełęcze

Sella Ronda to chyba jedyne na świecie miejsce, gdzie przez cały dzień jeździ się wokół tej samej skały. Taka narciarska karuzela: góra - dół, góra - dół, zgodnie z ruchem wskazówek zegara lub w przeciwnym. W sumie mamy do pokonania cztery przełęcze, czyli Passo Sella, Passo Gardena, Passo Campolongo i Passo Pordoi, z których zjeżdżamy do czterech dolin: Val Gardena, Val di Fassa, Val di Alta Badia i Val di Livinallongo. Pokonanie trasy przeciętnemu narciarzowi zajmuje ok. sześciu godzin - oczywiście, o ile nie ma zbytnich kolejek do wyciągów. Dlatego też ostrzega się, że nie jest dobrym pomysłem startowanie na Sella Rondę np. po dwóch dniach kiepskiej pogody - jeśli nie lubimy jeździć w tłoku, lepiej poczekać.

W przypadku objazdu Gruppo Sella zgodnie z ruchem wskazówek zegara (trasa oznaczone zielonymi strzałkami) na wyciągach spędzimy w sumie 125 minut (nie licząc czasu w kolejkach), przy czym pokonamy wyciągami dystans 15,705 km, zaś na nartach - 22,950 km, co w sumie daje nam ogólną długość pętli 38 km 655 m. Przy odwrotnym wariancie, czyli odwrotnie do wskazówek zegara (znaki pomarańczowe), jazda na wyciągach zajmie nam minimum sto minut, w ciągu których wyciągami pokonamy 13,518 km, a na nartach 23 100 km; razem 36 km 618 m.

Ski-pass Dolomiti Superski

Oczywiście, musimy mieć odpowiedni ski-pass. W każdej z miejscowości leżącej na szlaku Sella Rondy możemy kupić ski-pass na daną dolinę. Ale jeśli będziemy chcieli przejechać do sąsiedniej - nie będzie on już przydatny. Jedynym właściwym rozwiązaniem jest zakupienie ski-passu zwanego Dolomiti Superski, ważnego zresztą nie tylko wokół Sella Rondy, ale w ponad 50 centrach narciarskich, na 1220 km tras i 460 wyciągach. To w sumie największy obszar narciarski świata objęty jednym ski-passem.

Wyprawa na Sella Rondę

Ogólnie radzi się, że by na Sella Rondę startować w miarę możliwości jak najwcześniej (wyciągi ruszają już o 8.30), a na pewno nie później niż o 10. Zaczynać można z którejś z czterech głównych miejscowości, do których dojechać można samochodem. My wybieramy Canazei, przy dolnej stacji kolejki zostawiamy samochód i wpinamy się w narty. Jest piękna pogoda, błękitne niebo, wahamy się więc, czy nie odciążyć nieco naszych plecaków. Gogle? Dodatkowy sweter? Kusi mnie, by z nich zrezygnować, ale ostatecznie zabieram wszystko. Jak się okaże - na całe szczęście.

Wjeżdżamy kolejką linową na tzw. Belvedere - widoki obłędne. Z jednej strony - słynna Gruppo Sella, z drugiej - masyw Marmolady - najwyższego szczytu Dolomitów (3342 m n.p.m.). - Belissimo! (Pięknie!) - zachwycają się stojący obok mnie Włosi.

Za pierwszą przełęczą - kolejny przystanek widokowy. Podziwiamy sięgające ok. 3 tys. m wysokości szczyty, z których każdy ma dwie nazwy - włoską i niemiecką. To znak że już wyjechaliśmy z regionu Trentino i jesteśmy w tzw. Południowym Tyrolu. Szczyt Sasso Lungo zwany jest tu też Langkofel, zaś Sasso Piatto ma niemieckojęzyczne miano Plattkofel. Dwujęzyczność jest tu jak najbardziej zgodna z prawem, co wynika z burzliwej historii tych terenów. Normalne jest, że napisy są tu bilingwalne, dzieci w szkołach, niezależnie od pochodzenia, uczą się i włoskiego, i niemieckiego, podobnie jest w sklepach i urzędach. W każdym razie z użyciem angielskiego mogą być tu problemy.

Słynna Saslong

Pierwsze zjazdy i lekkie rozczarowanie - takie łatwe? Są miejsca, gdzie trzeba odpychać się kijkami, a nawet takie, w których konieczne jest podejście. Ale to dopiero rozgrzewka. W okolicach Val Gardena nasz kolega - Włoch Livio Gabrielli- daje nam w kość - prowadzi nas słynną Saslong, czarną trasą, na której rozgrywane są zawody Pucharu Świata (mniej wprawni narciarze mogą wybrać łatwiejszy wariant). Livio zatrzymuje się w połowie pucharowego stoku, na którym rozgrywany jest normalnie bieg zjazdowy. W jednym miejscu jest coś w rodzaju skoczni - po wybiciu leci się w powietrzu, wypadając na kolejny próg, ale nie wszyscy stosują taką technikę. Popis dał ponoć zawodnik Senegalu - tam gdzie inni bili czasowe rekordy, goniąc "na krechę", Afrykańczyk spokojnie zjeżdżał nieśpiesznym slalomem.

Na dole trasy, przy tablicy wyników, Livio opowiada kolejną historię. Tym razem o księciu (narciarzu z książęcego rodu), który ze względu na kiepskie wyniki w eliminacjach zjeżdżał jako ostatni. Kibice zdążyli się już rozejść, pozostały jedynie młodziutkie fanki księcia, może nie tyle znawczynie sportu, ale raczej będące pod wrażeniem jego urody i fortuny.

Nastawieni wyłącznie na narty nie mamy czasu na program turystyczny. Szkoda, bo przypomina się, iż w Selva Val Gardena - mieścinie, w której właśnie się znaleźliśmy przejazdem - jest kościół z ciekawym ołtarzem w stylu gotyku płomienistego.

Tymczasem psuje się pogoda. Masyw Gruppo Sella widać już tylko czasami. Pokonujemy kolejną przełęcz, zmieniamy wyciągi. Większość z nich to nowoczesne krzesełka, czasem gondole, choć były też wagoniki kolei linowych, a nawet jedna kolejka zębata podobna do tej, jaka jeździ na Gubałówkę. Tu i ówdzie zdarzy się jednak orczyk albo nawet powolny talerzyk. W Corvara, jednym z głównych na trasie Sella Ronda miasteczek, musimy przejść przez drogę - jedyne miejsce na całej Sella Ronda, w którym zdejmujemy narty. Szkoda, że nie możemy zostać tu dłużej - wokół Corvary jest kilka wodospadów, które po zamarznięciu są wykorzystywane do wspinaczki (tzw. ice climbing).

To już rejon Alta Badia. Tutaj także jest stok "pucharowy" - czarna Gran Risa. My natomiast odbijamy nieco w bok od głównej trasy. Livio pokazuje nam miejsca idealne do tzw. off-piste skiing, czyli jazdy poza trasami, w tym zasypaną śniegiem szczelinę w skale. Trudno nam uwierzyć, że da się nią zjechać. W okolicach Sella Rondy jest tzw. Księżycowa Dolina, kusząca bardzo wytrawnych narciarzy, bo przewężenia nie przekraczają w niej 2 m.

Przerwa na posiłek

Zdążyliśmy już zgłodnieć, więc robimy sobie przerwę w rifiugi (schronisko) z tarasem, z którego są ponoć przepiękne widoki. Ponoć, bo jest już taka mgła, że możemy tylko uwierzyć na słowo. Na pocieszenie objadamy się zupą selerową - dawny przysmak trydenckich biskupów, na drugie zamawiamy przepyszne strangolapreti, czyli zielone kluseczki ze szpinaku - to typowa dla Trentino potrawa regionalna, dopełniamy jeszcze - zgodnie z włoskim zwyczajem - małą filiżanką mocnej kawy espresso i w drogę.

Zakończenie Sella Rondy

Kierunek Arabba - miejsce słynące z tras raczej trudnych (czerwone i czarne). Nogi mam już coraz słabsze, a tu niespodziewanie pojawiają się muldy. Na ostatniej, czwartej przełęczy jesteśmy ok. 15.30. To już niemal na styk - we wszystkich informatorach uprzedza się, że jeśli do ostatniej z czterech przełęczy nie dotrze się przed 15.30, oznacza to problem z powrotem na nartach do miejsca startu. Wieje, robi się zimno - cóż, w górach pogoda potrafi zmieniać się błyskawicznie. Czy te góry się nie skończą? - zastanawiam się, jadąc w zacinającym śniegu nieco na oślep. Na szczęście w tym momencie Livio oznajmia: to już ostatni stok. Czerwoną trasą zjeżdżamy do Canazei. Czas na zasłużone apres ski - zakończenie Sella Rondy uczciliśmy w jednym z tutejszych pubów dobrym, lokalnym winem. Przy drugiej lampce zastanawiamy się, czy nie wrócić na Sella Rondę, tym razem aby spróbować zaliczyć ją... nocą.