Jacek Wan, przewodniczący Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Polsce, dziennikarz japońskiej telewizji NNN

Serce zostało w Uji, małej historycznej miejscowości niedaleko Kioto w Japonii, która słynie z wybornych zielonych herbat
Zachowała swój dawny charakter i próżno szukać tu nowoczesnych budynków, zgiełkliwych centrów handlowych czy innych śladów cywilizacji wdzierającej się wszędzie bezlitośnie. Mało jest takich miejsc w Japonii, gdzie można posmakować spokoju życia na prowincji pełnej pamiątek historii. Miasteczko skupione wokół znanego kompleksu świątynnego Byodoin jest jednym wielkim skansenem, w którym pieczołowicie pielęgnuje się zabytki niedawnej świetności. Tutejszą specjalnością jest najlepsza w kraju matcha - sproszkowana herbata używana w ceremonii parzenia herbaty. Uprawiana na miejscowych plantacjach bardzo się różni od innych zielonych herbat powszechnie pitych w Japonii. Ten specjalny gatunek nosi nazwę tencha i charakteryzuje się niewiarygodną łagodnością smaku. Na każdym kroku ujrzymy tu sklepy sprzedające wszelakie herbaciane produkty - od sypkich, elegancko konfekcjonowanych herbat zwanych od nazwy miasta ujicha po słodycze, a wśród nich galaretki, ciasteczka no i lody z zielonej herbaty. Zapach zarówno zielonej, jak i świeżo palonej herbaty hojicha towarzyszy nam wszędzie. Charakterystyczny jest również dźwięk młynków do herbaty dochodzący z wielu herbaciarni wytwarzających matchę. Na atmosferę miasteczka składa się wiele wrażeń zmysłowych tworzących jego wyjątkowy i przyjazny wizerunek. Tam pierwszy raz w życiu zrozumiałem, na czym polega sławna w świecie opinia o związku japońskiej duszy z naturą. Pewnego dnia byłem świadkiem rozmowy dwóch sklepikarek podziwiających pięknie czerwieniejący jesienny klon. Jedna z nich z rozmarzeniem powiedziała: "To jest tak piękne, że chciałoby się założyć kimono.". Powiedzenie to świetnie oddaje japońską potrzebę harmonii z przyrodą.

Dojechałem tam...

W czasie podróży wakacyjnej samochodem po Japonii postanowiłem skrócić drogę i omijając wielkie miasta, wybrałem trasę przez góry oznaczoną kolorem czerwonym (droga państwowa, dobrze utrzymana). Okazało się, że to serpentyna prowadząca graniami skalnymi, gdzie nie docierają żadne samochody, a powierzchnię asfaltu pokrywają tysiące węży szukających resztek ciepła. Kiedy z drżącym sercem po pięciu godzinach zdołałem szczęśliwie skończyć ten objazd, zapaliłem papierosa - po dwuletniej przerwie! Potem dopiero dowiedziałem się, że jest to sławna trasa wyścigów specjalnych samochodów terenowych i nikt przy zdrowych zmysłach nie wybiera się tam autem osobowym.

Niezapomniany dzień zdarzył się w...

Kantonie, na półmetku jednej z moich podróży po Chinach. Był sierpień 1997 r., kilka miesięcy po przyłączeniu Hongkongu do macierzy. Nocnym promem przypłynąłem tam właśnie z Hongkongu. Na granicy funkcjonariusz zawrócił mnie, twierdząc, że moja wiza jest nieważna. Okazało się, że jest to podróż zagraniczna, a przynajmniej tak interpretują to Chińczycy. Zaproponowano mi powrót nocnym promem do Hongkongu, a tam pobyt trzydniowy, ponieważ był to piątek, i - po uzyskaniu wizy w konsulacie chińskim - kontynuację podróży. Perspektywa była przerażająca, bowiem moja wyprawa była już dokładnie zaplanowana, a bilety wykupione. Żeby rzecz skrócić, powiem tylko, że po 12 godzinach niewiarygodnie trudnych pertraktacji udało mi się (przy znacznej pomocy polskiego konsula w Kantonie) przekonać bezdusznych urzędników i dostałem ręcznie wypisaną 24-godzinną wizę. Rzecz była tak niecodzienna i granicząca z cudem, że sam konsul zrobił kopię tej wizy, by pokazać ją w innych placówkach. Jak się okazuje, nawet w Chinach wiara czyni cuda...

Najlepsze wakacje spędziłem...

na tajskiej wysepce Ko Samui, z dala od cywilizacji. Wspaniała przyroda, świetna kuchnia i przede wszystkim uroczy, pogodni ludzie.

W Polsce lubię...

wyprawy jachtem po Wielkich Jeziorach Mazurskich. Po kilku dniach rejsu bezkresne widoki jezior, zmagania z wiatrem i pogodą, wspólnota i przyjaźń załogi sprawiają, że można całkowicie oderwać się od rzeczywistości. I nawet telefon komórkowy staje się zbędny.

Niebo w gębie poczułem...

w świątyni buddyjskiej w Kioto, gdzie miałem wielkie szczęście spróbować pełnego zestawu potraw zwanych shojin ryori. Przyrządza się je wyłącznie z warzyw i choć nie używa się przypraw, mają głęboki i wyraźny, wyrafinowany smak. Dopełnieniem uczty był komentarz mnicha, który opowiadał o tym, jak się przygotowuje każdą potrawę, umieszczając je także w kontekście historycznym.

Na wyprawę zawsze zabieram...

kamerę lub aparat fotograficzny. Ostatnio, niestety, również laptop.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Albanii.

Wkrótce będę w drodze do...

Japonii - kolejny wyjazd z ekipą filmową. Celem jest film o Bronisławie Piłsudskim i jego żyjącym wnuku, który w wieku 30 lat dowiedział się, że jest potomkiem sławnego Polaka.

Wymarzony cel podróży...

Ameryka Południowa - mimo wielu prób nie udało mi się jeszcze tam trafić.

Skomentuj:
Jacek Wan, przewodniczący Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Polsce, dziennikarz japońskiej telewizji NNN
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX