List z Australii. Terenówką przez pustynię

Jeździ tędy tak mało samochodów, że kierowcy pozdrawiają się jak przyjaciele
Wyruszamy z Sydney i przez Góry Błękitne oddalamy się od cywilizacji w kierunku australijskiego Outbacku. Ziemia staje się intensywnie ceglastoczerwona, a krajobraz monotonny - busz po horyzont, droga skręca raz na kilkadziesiąt kilometrów. Pewnym urozmaiceniem są kangury, które szczególnie o świcie i o zmroku niespodziewanie wyskakują na drogę.

***

Przejeżdżamy przez górnicze Broken Hill i kierujemy się na północny zachód w stronę wielkich pustyń wypełniających środkową część kontynentu. Mamy 80 litrów wody, 40 dodatkowych litrów paliwa, kilkadziesiąt kilogramów żywności oraz kompas i dobre mapy, więc damy sobie radę.

Co kilkaset kilometrów mijamy miasteczka, na które zazwyczaj składa się stacja paliw, pub z pokojami noclegowymi i kilka domów. W okolicach Yunta łapie nas deszcz i droga z utwardzonej ziemi w oczach zmienia się w grząską maź. Z napędem na cztery koła udaje się jednak dotrzeć do miasteczka, gdzie w pubie czekają lokalne piwa Toothes Old, Victoria Bitter, Carlton Midstrength, którymi częstuje nas zadowolony z towarzystwa barman.

Po kilku dniach pomykania przez pustynie na horyzoncie pojawiają się pagórki - Flinders Ranges. Głębokie kaniony o wielokolorowych ścianach i aborygeńskie malowidła w skalnych jamach są bardzo ciekawym urozmaiceniem okolicy, ale nie wprawiają nas w zachwyt.

Jadąc po Oodnadatta Track wzdłuż nieczynnej już linii kolejowej Old Ghan (niegdyś łączyła Adelajdę z Alice Springs), docieramy do ogromnego słonego jeziora Eyre, które mając zlewisko rozmiaru 1/6 Australii, napełnia się tylko co kilka lat. Czujemy się jak nad morzem: wydmy, piaszczysta plaża, słony wiatr, brakuje tylko wody i szumu fal. Biwakowi dodają uroku płonące w ognisku kilkudziesięcioletnie podkłady kolejowe i znane wszystkim piosenki śpiewane przy akompaniamencie gitary.

Australia to najbardziej płaski kontynent świata, a ilość dróg przypadająca na liczbę mieszkańców jest tak duża, że w czasie całodziennej podróży po Outbacku można spotkać zaledwie kilka samochodów. Nic więc dziwnego, że w tych rejonach kierowcy pozdrawiają się jak przyjaciele.

***

Trudno powstrzymać zdumienie, gdy po przejechaniu kilkuset kilometrów po zupełnie płaskim terenie nagle pojawia się kształt skały Uluru, przypominający węża, który połknął słonia. Intensywność kolorów o wschodzie i zachodzie słońca jest tu niewiarygodna. Główna atrakcja kontynentu przyciągnęła mnóstwo turystów, którzy teraz ustawiają się z kieliszkami szampana w kolejce do fotografii. Szukamy więc bardziej zacisznego miejsca, obchodząc skałę dziesięciokilometrową pętlą.

W parku narodowym Finke Gorge testujemy naszą terenówkę na 80-kilometrowej trasie, której pokonanie zajmuje nam dwa dni. Samochód na niskiej skrzyni biegów sprawia wrażenie, jakby mógł przejechać przez wszystko.

W drodze do Alice Springs, zwanej stolicą Czerwonego Centrum, nocujemy w Simpsons Gap, skąd postanawiamy przebiec po buszu 23 km dzielące nas od miasta. Docieramy wyczerpani i odwodnieni, więc wieczór spędzamy w pubie z miejscowymi Aborygenami i przyjezdnymi Maorysami na pałaszowaniu ogromnych steków.

Przecinamy zwrotnik Koziorożca i pustynię Tanami, na którą wjechaliśmy tylko dzięki pisemnemu pozwoleniu, i już jesteśmy w parku narodowym Bungle Bungle. Głębokie kaniony o niemal stykających się ze sobą ścianach porośniętych tropikalną roślinnością, upał (jest środek zimy) i ogromne ilości much nadają temu miejscu specyficznego uroku.

W Fitzroy Crossing, miasteczku jak wiele innych, przed pubem siedzi grupa Aborygenów. Jeden nas zaczepia i pokazuje coś w rodzaju dużej pisanki. Tłumaczy, że to orzech baobabu i że sam wystrugał na nim wzorki. W momencie, gdy dostał od nas 20-dolarowy banknot, cała grupa pomaszerowała do pubu.

Po kilkunastu dniach spędzonych na pustyni i tygodniu w tropikach widok Oceanu Indyjskiego był tym, o czym marzyliśmy od dawna. Biwak na plaży, ryby smażone w ognisku, jogging wzdłuż wybrzeża dodają nam sił na drugą część podróży.

***

Rejon Kimberley w północno-zachodniej części Australii to najciekawsza i najbardziej malownicza część kontynentu. Mnie fascynują głównie stawy, do których schodzi się po kilkudziesięciometrowych, niemal pionowych ścianach, ze spadającymi z nich małymi wodospadami. Dzięki tym stawom łatwiej jest wytrzymać 35-stopniowe upały przy ogromnej wilgotności. W wodzie pływają z nami olbrzymie jaszczurki. Niestety, wiele miejsc spodobało się również bardzo licznym w okolicy krokodylom i dbały o to, żeby mieć wyłączność na pływanie.

Do Darwin, stolicy Terytorium Północnego, docieramy w czasie lokalnego festiwalu - możemy więc zajadać się przysmakami z Chin, Malezji, Samoa, Tajwanu, Japonii, Wietnamu, Timoru Wschodniego, Indii... Najwięcej zabawy jest z owocami morza o dziwnych kształtach i smakach. Trochę nas rozczarował występ Aborygenów stukających cały dzień w dwa kije i śpiewających coś pod nosem.

W drodze powrotnej jedziemy przez pastwiska rozmiaru polskich województw, spotykamy dzikie wielbłądy i orły żywiące się drogową padliną. Robi się coraz zimniej - trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu było zbyt gorąco, żeby zasnąć, a teraz śpimy w śpiworach, przykrywając się dwoma polarami. Na drogach coraz tłoczniej, miasteczka pojawiają się co kilkanaście kilometrów - zbliżamy się do Sydney.

W sumie przejechaliśmy ponad 13 tys. km (w tym przez pustynie ok. 6 tys.) km toyotą HiLux, wypożyczenie - ok. 2 tys. dol. kanadyjskich na 40 dni. Ropa na pustyni - ponad 2 dol. Nocowaliśmy wyłącznie w namiotach - polecam, noc na pustyni to niepowtarzalne przeżycie. http://foto.sliwa.net - strona ze zdjęciami z naszej podróży po pustyni, Wielkiej Rafie Koralowej, przylądkach Tribulation i Sydney

W sieci

http://www.ausmaps.com/category-greatdesert_tracksmaps.php

http://www.kimberleyaustralia.com

http://www.outback-australia-travel-secrets.com/kimberly_australia.html