Filipiny. Wielki Piątek na wyspie Luzon

Z daleka widać trzy drewniane krzyże ogrodzone pasem podwójnej metalowej siatki i chronione przez kilkudziesięciu ochroniarzy. Po południu pojawiają się ochotnicy do ukrzyżowania. Po godz. 13 środkowy krzyż zostaje opuszczony i - wśród okrzyków wiwatującego tłumu - rozpoczyna się przybijanie pierwszego męczennika.
Zobacz ukrzyżowania na Filipinach

Filipiny to jedyny kraj Dalekiego Wschodu, gdzie dominującym wyznaniem jest chrześcijaństwo (w znacznym stopniu to spuścizna po monarchii hiszpańskiej panującej tam od 1542 do 1898 r.). Na tym archipelagu liczącym 7 tys. wysp i wysepek Wielki Tydzień obchodzi się w sposób szczególny. To, co widziałem na wyspie Luzon, w północnej część archipelagu, pozostanie na długo w mej pamięci.

***

Po 16 godzinach lotu z dwoma przesiadkami w Londynie i Hongkongu ląduję na lotnisku w Manili. Jest północ rozpoczynająca Wielki Piątek. Mimo późnej godziny temperatura nie spada poniżej 30 stopni C. W wielu miejscach widać stacje Drogi Krzyżowej z tlącymi się świecami pokutnymi, ale najważniejsze obchody odbędą się w odległej o godzinę drogi prowincji Pampanga, której stolicą jest niewielkie przemysłowe miasteczko San Fernando.

Na szczęście z dworca Victory Liner regularnie od godz. 3 nad ranem jeżdżą tam autobusy, więc już o 4 jestem na miejscu. O noclegu nie ma mowy - w Wielki Piątek nikt tu nie pracuje, a dwa miejscowe hoteliki są nieczynne. Muszę doczekać świtu przy ulicznym stoliku. Próbę drzemki przerywa pianie koguta (to narodowy ptak Filipin obecny w każdym domu). Jak senna mara pojawia się przede mną miły Filipińczyk z filiżanką gorącej przesłodzonej kawy. Krótka wymiana zdań i już wiem, że centralne uroczystości odbędą się po południu na wzgórzu za miastem.

Zdążę więc jeszcze wpaść do pobliskiego Angeles (miasteczko ma niewiele wspólnego ze swoją anielską nazwą, słynie z bogatego zaplecza nocnych klubów i domów publicznych). Jadąc lokalnym autobusem typu Jeepney, widzę pierwsze grupy biczowników. Młodzi chłopcy mają gołe torsy, głowy zakryte chustami i zwieńczone koroną z liści palmowych. Idą ulicami raz za razem smagając ciało pejczem. Jeszcze rzut oka na targ i trzeba wracać do San Fernando.

***

Tu atmosfera się zagęszcza. Procesje z wszystkich stron miasteczka kierują się na dziedziniec przed katedrą. Poza biczownikami idą w nich pokutnicy (także kobiety) w długich purpurowych szatach, z krzyżami w dłoniach. Ulicami przechodzi orszak inscenizujący drogę krzyżową: za strażą przednią złożoną z rzymskich żołnierzy podąża Chrystus dźwigający krzyż i odbierający cięgi od oprawców.

Pokutnicy, którzy docierają przed główną bramę świątyni, spływają krwią. Padają na kolana, modlą się i leżą krzyżem, podczas gdy mistrz ceremonii ostukuje ich - od stóp do ramion - bambusowym kijem. Ma to oczyścić ich ciała ze złych duchów. Zwyczaj ten jest tak popularny, że przed południem na dziedzińcu przy kościele tworzą się kolejki chętnych do złożenia tej pokutnej ofiary.

Druga część obchodów ma miejsce na wzgórzu za miastem symbolizującym biblijną Golgotę. Ciągną tam tłumy. Już samo stanie w tropikalnym ukropie jest dużym poświęceniem, jeśli ktoś zasłabnie, nie ma co liczyć na pomoc medyczną.

Z daleka widać trzy drewniane krzyże ogrodzone pasem podwójnej metalowej siatki i chronione przed napierającymi ludźmi przez kilkudziesięciu ochroniarzy (na szczęście są przekupni i można dostać się w samo centrum wydarzeń). Po południu pojawiają się ochotnicy do ukrzyżowania, niektórzy biorą udział w ceremonii po raz kolejny; są wywiady i pozowanie do zdjęć. Po godz. 13 środkowy krzyż zostaje opuszczony i - wśród okrzyków wiwatującego tłumu - rozpoczyna się przybijanie pierwszego męczennika. Jego rozpostarte ramiona przywiązuje się do krzyża białymi wstęgami, a wnętrze dłoni przebija miedzianym gwoździem. Stopy są oparte na specjalnej podstawie i również przybite gwoździem. Krzyż jest podnoszony do pionu, a jeden z rzymskich legionistów przytrzymuje męczennika drewnianą halabardą. Na jego twarzy pojawia się grymas cierpienia. Tłum wiwatuje. Za chwilę to samo stanie się z dwoma pozostałymi krzyżami. Uroczystość osiąga swój kulminacyjny punkt, a metalowa siatka w wielu miejscach nie wytrzymuje naporu ludzi. Po pięciu minutach krzyże zostają opuszczone. Chętnych do ukrzyżowania jest więcej i będzie ono powtórzone jeszcze kilka razy, ale ten nastrój już się nie powtórzy. Publiczność powoli się rozchodzi, wszyscy są spragnieni odrobiny cienia. Podobne ceremonie, choć o mniejszej randze, odbywają się jeszcze w paru miejscach w okolicy oraz w innych miastach i miasteczkach Luzonu, mimo iż Kościół katolicki odcina się od tych praktyk.

***

Wieczorem wyruszam do Prowincji Górskiej w paśmie Kordyliery Centralnej - krainy ryżowych tarasów i wiszących na skałach trumien. Te niezwykle piękne pola ryżowe w 1995 r. wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dotarcie tam wymaga sporego poświęcenia - z Manili jedzie się rozklekotanym Jeepneyem niemal dwa dni, z kilkoma przesiadkami, po wyboistych górskich drogach.

Zbaczam kilkadziesiąt kilometrów, by odwiedzić Sagadę, górską osadę położoną na wysokości 1500 m n.p.m. Mieszkańcy tych okolic, wywodzący się w prostej linii z plemienia Igorot, kultywują zwyczaje przodków. Niektórzy wciąż noszą ręcznie tkane ubrania z dominantą czerwieni i charakterystyczne czapki z kogucimi piórami. Na skalistych zboczach klifowej doliny Echo Valley można dostrzec wiszące trumny. Bywa, że także i dziś tak się tu chowa zmarłych - by ich dusza mogła łatwiej trafić do nieba (ale dominują pogrzeby tradycyjne).

Trekking w Echo Valley to ciekawa przygoda. Brak znakowanych szlaków wymaga dobrej orientacji w terenie, wcześniej czy później trzeba się przebijać przez dziewicze zarośla na stromych zboczach. Gdy zgubiłem szlak, z opresji wyratował mnie ranny bawół, który spadł do rzeki z urwiska - zrozumiałem, że gdzieś wyżej w tym miejscu musi być pastwisko i ludzie. Wiedziałem już, którędy się wspinać...

Szukającym mocniejszych wrażeń polecam przejście nurtem podziemnej rzeki, która wpada w skalistą jamę długości ok. 300 m i wypływa po drugiej stronie doliny. Raczej trudno zabłądzić, ale trzeba uważać na nietoperze, których odchody pokrywają drogę i mogą działać jak przysłowiowa "skórka z banana". Można też udać się do jaskini Big Cave na kilkugodzinną wycieczkę po labiryncie jam i tuneli, który kryje spektakularne formacje skalne i jeziorka. Konieczna zapasowa zmiana bielizny (miejscami trzeba zanurzyć się w krystalicznej wodzie po szyję) i dobra latarka. A najlepiej wziąć przewodnika - samotne zwiedzanie jest bardzo ryzykowne. Świat jest mały! Big Cave zwiedzam z dwójką Polaków z Cieszyna, których w te strony przywiodła chęć przygód. I ja też - wciąż głodny nowych wrażeń - wyruszam na południe, na wyspę Mindanao...

Kurs miejski Jeepneyem - 8 peso/osoba; przewodnik po jaskini Big Cave w Sagadzie - 300 za grupę do 5 osób; nocleg u rodziny w Manili - 280 za dwuosobowy pokoik. 1 dol. = 41,5 peso filipińskiego (PHP)

Nie ma jak Jeepney

Wertepy na Filipinach najczęściej pokonuje się Jeepneyem. To nieco zmodyfikowany model amerykańskiego Jeepa, których sporo tu zostało z czasów amerykańskiej okupacji podczas II wojny światowej. Jeepney może zabrać ponad 30 osób, ma też sporo miejsca na dachu. Fabryka tych kultowych pojazdów, Sarao Jeepney Factory, znajduje się w Las Pinas pod Manilą. Cała produkcja odbywa się ręcznie - cięcie blachy, spawanie ram, szycie siedzeń, malowanie itd. Silniki i skrzynie pochodzą zazwyczaj z demobilu i są tylko poddawane regeneracji. Według opinii kierowców auta przejeżdżają nawet 500 tys. km (co niełatwo zweryfikować, bo nie mają liczników).

Walki kogutów

W Pasay na przedmieściach Manili regularnie odbywają się walki kogutów. Codziennie od 14 w dzielnicy Sabunban fanatycy tego sportu gromadzą się przy arenie i obstawiają faworytów (wstęp - 70 peso) najniższa stawka w zakładach - 500). Walka trwa bardzo krótko - 15-30 sekund. Ptaki są bardzo agresywne, atakują z taką premedytacją, że obstawianie zwycięzcy jest raczej loterią. Wychowywanie kogutów do walki stało się narodowym sportem Filipińczyków - są one specjalnie karmione, myte, czesane i trenowane. Nic jest więc dziwnego, że najczęstszym porannym odgłosem jest pianie koguta (już przed 4 rano).