Pożar rezerwatu w Kenii. Nosorożce i milion flamingów

W ostatni weekend pożar strawił jeden z najsłynniejszych rezerwatów w Kenii - Park Narodowy Nakuru
Pożar wybuchł w czwartek w południe na farmie Soysambu należącej do Thomasa V Lorda Delamere, jednego z ostatnich białych osadników w Kenii. Ogień rozprzestrzenił się prawdopodobnie przez przypadek podczas palenia śmieci.

***

W płomieniach stanęło niemal 1,5 tys. ha pastwisk. Silny wiatr, typowy dla trwającej od stycznia do końca marca pory suchej, ułatwił żywiołowi przedarcie się do pobliskiego rezerwatu. W kilka godzin w zgliszcza zamieniła się jedna trzecia z 19 tys. ha powierzchni Parku Narodowego "Nakuru". Kiedy w piątek z drugiej strony rezerwatu pojawił się kolejny pożar, sytuacja stała się krytyczna.

Do walki z żywiołem przystąpili niezwłocznie strażnicy z Kenya Wildlife Services, żołnierze i pracownicy farmy. Dołączyło do nich kilkuset mieszkańców miasta Nakuru, na którego obrzeżach znajduje się rezerwat. Ich jedyną bronią w walce z ogniem były gałęzie, którymi mniej lub bardziej skutecznie tłumili płomienie pełzające po trawie. - Kiedy wiatr porwał ogień, nie dało się go już zatrzymać. To był straszny widok. Ogień wymknął się spod kontroli - mówiła brytyjskiemu dziennikowi "Telegraph" Lady Ann Delamere.

Mniejsze pożary nie są w porze suchej niczym niezwykłym, dlatego władze parku od lat zabiegały o zakup przynajmniej dwóch wozów strażackich. Prośby nie zdążono spełnić, a jedyny wóz strażacki w mieście został spalony w styczniu podczas zamieszek. Półmilionowe Nakuru stało się wtedy główną areną kenijskich czystek etnicznych po tym, jak opozycja zakwestionowała wynik wyborów prezydenckich.

***

Park narodowy wokół alkalicznego jeziora Nakuru ustanowiono w 1968 r. Miał chronić przede wszystkim ponad milion flamingów mniejszych i 400 innych gatunków, w tym ptaki wędrowne przybywające z Europy. O jeziorze mówi się często jako o "największym spektaklu ornitologicznym na ziemi". Okolice jeziora są bardzo różnorodne - od sawanny i busz przez mokradła, lasy akacjowe, po skały i wzgórza porośnięte wilczomleczem. Park jest objęty konwencją ramsarską chroniącą cenne obszary wodno-błotne. Od początku pełnił ważną funkcję ekologiczną. Przesiedlano tu zwierzęta ze zniszczonych terenów, w tym z rezerwatów dotkniętych pożarami. W ten sposób w 1977 r. uratowano m.in. stado rzadkich żyraf Rothschilda.

Nakuru stało się w latach 80. pierwszym na świecie rezerwatem dla nosorożców ustanowionym na terenie należącym do państwa, a nie na prywatnym gruncie. Wcześniej kłusownicy wytępili w całej Kenii ponad 20 tys. nosorożców, pozostawiając przy życiu zaledwie 400. Od 20 lat program ochrony nosorożców w parku rozwija się pomyślnie. Nakuru zostało uwzględnione w niedawnej kampanii Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów dotyczącej nosorożców, w której brały udział także polskie ogrody zoologiczne. Jednym z jej celów było szkolenie strażników z Nakuru i wyposażenie ich w niezbędny sprzęt do ochrony zwierząt. Obecnie nad jeziorem żyje ok. 20 nosorożców czarnych i tyle samo południowych nosorożców białych przesiedlonych z RPA.

Przyroda nad jeziorem Nakuru będzie potrzebowała co najmniej kilku lat na regenerację po pożarze, a tysiące roślinożernych zwierząt, od antylop przez bawoły po nosorożce, nie znajdą tu pożywienia. Niektóre z nich mają jednak szansę na nowy dom. W połowie ubiegłego roku zarząd parków narodowych rozpoczął pod okiem organizacji międzynarodowych przesiedlanie 2 tys. zwierząt do malowniczego Parku Narodowego Meru. Tutaj, na powierzchni 1,5 mln ha, mają się znaleźć zwierzęta z trzech innych parków, w tym znad Nakuru. To właśnie tutaj, w Meru, Joy i George Adamsonowie pół wieku temu opiekowali się porzuconą lwicą Elzą. Teraz strażnicy parku nie tylko mogą się zaopiekować częścią zwierząt z Nakuru. Meru może się stać nową perłą w koronie kenijskiej turystyki, dopóki obecna perła - park z milionem flamingów - nie odzyska dawnej świetności.