Aleksandra Dzik, alpinistka i skialpinistka*

Serce zostało w Pamirze, a dokładnie na Piku Somoni (7495 m n.p.m., za czasów ZSRR Pik Komunizma), na który nie udało mi się wejść latem 2007 r.
Kilka dni wcześniej wraz z uczestnikami polskiej wyprawy "2 x 7000 - Pamir Expedition 2007" zdobyłam Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.). Bliskie są mi także Tatry i Alpy, ale zazwyczaj największy sentyment czuje się do gór, które nie przyszły łatwo. Na Somoni doszliśmy z kolegą do wysokości 6995 m, skąd musieliśmy zawrócić ze względu na trudne warunki. Planujemy jednak wyrównać porachunki z tym szczytem. Moje serce zostało w tamtym rejonie także ze względu na jego mieszkańców i tempo życia. Choć w Tadżykistanie widać biedę, dzieci nie chodzą do szkoły, a kobiety są dyskryminowane, Europejczycy uświadamiają sobie, że nie są pępkiem świata i ich styl życia nie jest jedynym obowiązującym.

Dojechałam tam...

Z Warszawy do Duszanbe, z przesiadką w Stambule, dolecieliśmy Turkish Airlines, które mają sporo połączeń w tamte rejony. Warto je zarekomendować alpinistom zabierającym na wyprawy dużo sprzętu - limity bagażu nie są restrykcyjne i korzystniejsze niż w Aerofłocie, gdzie trzeba płacić za każdy dodatkowy kilogram. Aby dotrzeć ze stolicy Tadżykistanu do bazy Moskwina w górach, jest się skazanym na usługi agencji Asia Travel, która ma monopol na transport helikopterem. Opłaca się wykupić cały pakiet: odbiór z lotniska, nocleg w Duszanbe, transport samochodem na lądowisko helikopterów i potem droga powietrzna do bazy (w 2007 r. 920 euro od osoby, w 2008 r. już 1000). Rezerwację załatwia się z wyprzedzeniem przez Internet, płaci się gotówką na miejscu.

Niezapomniany dzień...

to 9 sierpnia 2007 r. - zdobycie Piku Korżeniewskiej. Od ostatniego obozu na 6400 m n.p.m. szliśmy 4,5 godziny. Grań nie była trudna, ale dość monotonna. Wszyscy członkowie wyprawy osiągnęli wierzchołek. Na szczycie nie czułam euforii, cieszyło mnie głównie to, że następnego dnia w bazie wezmę prysznic, zrobię pranie i zjem coś innego niż żywność liofilizowaną.

Niebo w gębie poczułam w...

Pamiętam trzy takie zdarzenia, wszystkie związane z górami i z jedzeniem. W Alpach, po trzech tygodniach jedzenia chlebków konserwowych i purée ziemniaczanego z paczki, zabrał nas do restauracji Szwajcar, z którym wracaliśmy do domu autostopem. Kupił nam kanapki z pysznym szwajcarskim serem i kawę - smak czuję do dzisiaj. Drugi raz na Piku Lenina, gdy nie mieliśmy już żadnego porządnego jedzenia, Hiszpanie, którzy wycofali się z akcji, pozwolili nam skorzystać z depozytu w obozie drugim - mieli pyszne ciasto chałwowe... Z kolei, gdy zeszliśmy z Somoni, zaprosili nas na obiad Rosjanie z bazy. Mimo że jestem wegetarianką, wtedy jadłam ze smakiem wszystko...

Na wyprawę zawsze zabieram...

Jestem minimalistką i nie wożę ze sobą żadnych sentymentalnych pamiątek. Staram się brać tylko to, co niezbędne, jednocześnie będąc przygotowaną na wszystko. Jadąc na zawody, zawsze zabieram cztery agrafki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy organizator zapomni o nich przy rozdawaniu numerów startowych, które trzeba przypiąć do ubrania.

Mój ulubiony hotel...

to namiot! Czasem w nim brzydko pachnie, ale jest wygodny, skutecznie chroni przed deszczem i śniegiem. Cywilizowane noclegi nie bardzo toleruję, choć jak jestem w mieście, to raczej nie śpię w krzakach. To, co najbardziej mi odpowiada, to samowystarczalność.

Nigdy nie pojadę do...

Na pewno nie chciałabym wypoczywać w jakimś kurorcie w hotelu pięciogwiazdkowym. Nie cierpię siedzenia na plaży w palącym słońcu. Zdecydowanie wolę góry i na zwiedzanie innych rejonów zostaje mi niewiele czasu.

Najlepsze wakacje spędziłam w...

Każdy kolejny wyjazd jest dla mnie tym najlepszym.

*Mistrzyni Polski i zdobywczyni Pucharu Polski w narciarstwie wysokogórskim w 2007 r. Należy do Klubu Skialpinistycznego "Kandahar" i SKPB Katowice. Największe osiągnięcia górskie to Pik Niepodległości (dawniej Pik Lenina, 7134 m n.p.m.) - 2006 r., i Pik Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.) - 2007 r.