Podróże po Indiach - Madras. Rikszarz dociska gaz

Temperatura przez cały rok rzadko spada poniżej 30 stopni, a wilgotność powietrza jest porażająca
Bądźmy szczerzy - to nie jest najatrakcyjniejsze miasto Indii. Ale jest to największy port lotniczy południowo-zachodniej części kraju i każdy, kto zamierza zwiedzić ten rejon, z pewnością wyląduje na Anna Chennai International Airport i spędzi kilka dni w ogromnej, siedmiomilionowej stolicy stanu Tamil Nadu. I nie powinien się nudzić.

***

Chennai (do 1997 r. Madras) jest gorące, zatłoczone, głośne i przez znaczną część roku spowite gęstym smogiem. Nie ma kosmopolitycznego sznytu Bombaju, czy historycznego dziedzictwa Delhi. Jest to jednak fascynujący przykład typowego indyjskiego miasta z całym jego niepojętym dla przeciętnego Europejczyka chaosem, rozgardiaszem i nieustanną, całodobową wibracją. To także miasto z długą tradycją intelektualną i artystyczną, z licznymi religijnymi, parareligijnymi i duchowymi ośrodkami i szkołami. To największy ośrodek tamilskiej kinematografii - Kollywoodu (konkurencja dla Bollywoodu). Głęboko konserwatywne miasto z nieskończenie długą, szeroką plażą, z fantastyczną (jedna z najostrzejszych na świecie) kuchnią, barwnymi bazarami, tłumami nieobecnych duchem, półnagich świętych mężów śpiących na chodnikach. Miasto pięknych świątyń, gór śmieci, wszędobylskich żebraków i rozsadzającego skronie hipnotyzującego indyjskiego popu.

Prawie 400 lat temu kupcy z Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej założyli tu małą osadę służącą im jako port przeładunkowy ryb, przypraw i tkanin wysyłanych do Anglii. Kilkanaście lat po założeniu faktorii Anglicy zbudowali w pobliżu istniejący do dziś Fort św. Jerzego, mający strzec portu przed piratami. W XVIII i XIX w. o gwałtownie rozrastające się miasto ścierały się armie Francji i Anglii, ostatecznie pozostawiając Madras w rękach Brytyjczyków, którzy uczynili go jednym z najważniejszych ośrodków swego imperium na terenie Indii. Po wyzwoleniu spod okupacji brytyjskiej Madras prężnie rozwijał się gospodarczo. Dziś to największy - obok Kalkuty - ośrodek handlowo-przemysłowy w zachodnich Indiach.

***

To miasto niskich domów przypomina niektóre miasta afrykańskie - nie ma centrum. Duże i małe dzielnice tłoczą się bezładnie wzdłuż Zatoki Bengalskiej. W jednych stoją rzędy eleganckich willi, jakby żywcem przeniesionych z Londynu, a w innych - kilometry zrujnowanych, pokrytych brudem kamienic i naprędce skleconych bud. W błocie i śmieciach ludzie żyją tu w warunkach urągających człowieczeństwu. Tych drugich dzielnic jest zdecydowanie więcej.

Triplicane i Egmore to dwa rejony, w których możemy liczyć na szeroki wybór niedrogich hoteli i restauracji. Jest bardzo głośno przez całą dobę, więc nie protestujmy, jeżeli dostaniemy pokój z oknem na podwórko albo bez okna, za to z wielkim, buczącym klimatyzatorem. Codzienność w Madrasie wymęczy nas tak, że cisza ciemnego, chłodnego pokoju będzie błogosławieństwem. Zarezerwujmy więc taki pokój i zostawmy w nim swoje rzeczy. Potem wystarczy tylko wyjść przed hotel i machnąć dłonią na motorikszę. Jest ich tutaj mnóstwo, jak w każdym indyjskim mieście. Żółto-czarne trójkołowce, dziwaczne połączenie skutera i samochodu, rozwijają prędkość ponad 100 km na godzinę. Kierowcy rzadko używają hamulca, za to specjalnie dla nas rozkręcą na cały regulator tranzystorek umieszczony na tablicy rozdzielczej pełnej sztucznych kwiatów, mrugających lampek i obrazków świętych i cudotwórców wszystkich religii Indii. Jeżeli to wasza pierwsza jazda, będziecie się bać. Rozpaczliwe krzyki i klepanie rikszarza po plecach nic nie da. Odwróci się, uśmiechnie szeroko, ukazując usta pełne krwistoczerwonego betelu i... dociśnie gaz. Za jego plecami jest metalowa rama. Złapcie się jej, zaprzyjcie stopami o podłogę i starajcie się nie wypaść na zakrętach - pojazd nie ma drzwi. Mimo potu zalewającego oczy rozglądajcie się dookoła. Widoki są niezwykłe, a przy takiej prędkości to jest jak film...

***

Mijamy pogrzeb. Zmarły musiał chyba być kimś znacznym, bo wokół ułożonego na karawanie wśród świeżych kwiatów ciała ekstatycznie tańczy i śpiewa tłum. Niektórzy żałobnicy grają na wielkich bębnach, inni dmuchają w długie, złote trąbki i w coś, co przypomina flety. Wychudzeni, prawie nadzy pątnicy o błyszczącej skórze tańczą przed karawanem. Przez intensywny odór sfermentowanej zgnilizny buchający z rynsztoków przebija słodki, duszący dym z kadzideł rozmieszczonych wokół ciała. Mężczyźni nagle przestają grać i zaczynają strzelać z petard. Setki niekończących się wybuchów, świstów wystrzelających w niebo kolorowych rac i rakiet, zimnych ogni i słupów dymnych. Rikszarz zwalnia, zgrabnie omija orszak, wypada na prostą i wciska gaz do dechy, krzycząc coś do telefonu komórkowego.

Wszędzie kolorowe billboardy - indyjskie miasta toną w reklamach. Na ulicach śpiący pod ścianami żebracy, gromady żebraków, całe rodziny żebraków. Niektórzy już wstali i myją się w wielkich plastikowych miskach rozebrani do naga. Nikogo to nie dziwi, nikt nie zwraca na to uwagi. Niektórzy trzymają na postronkach małe małpki. Kiedy śpią, one żebrzą za nich. Widok wyciągniętych w proszącym geście chudych, kosmatych łapek jest szokujący.

Ludzie, kury i wychudzone psy uciekają spod kół pędzącej motorikszy. Mijają nas kuriozalne samochody sklecone z przerdzewiałej blachy i drutu, a także najnowsze, luksusowe modele wszystkich światowych marek. Święte krowy dostojnie i leniwie przechadzają się ulicami. Wolno przeżuwają jedzenie, przekonane o swojej prastarej nietykalności.

Wszędzie stragany sprzedające dosłownie wszystko - od ananasów po telewizory. Każdy postój motorikszy na światłach (rzadko się je respektuje) to spotkanie z żebrakami - dobrze jest mieć specjalną kieszeń przeznaczoną na drobne dla proszących ludzi.

Pełno świątyń hinduistycznych (prawie na każdej ulicy), wielkich i małych, pokrytych tysiącami jaskrawokolorowych, kamiennych bytów. Przed niektórymi przestępują z nogi na nogę słonie. Wchodzący kładą w trąbę słonia monetę, a ten w podzięce składa na ich czołach pocałunek. Następnie oddaje monetę stojącemu obok mężczyźnie, który obdarowuje zwierzę owocem. Pomiędzy świątyniami pełno internetowych kafejek, księgarń i eleganckich salonów znanych firm z całego świata. I setki knajp. Niektóre to zwykłe, buchające dymem garkuchnie, inne - eleganckie restauracje reklamujące kuchnię "radżów i sułtanów".

***

Kiedy wygramolimy się z motorikszy i zapłacimy uśmiechniętemu od ucha do ucha kierowcy (cenę za kurs zawsze ustalamy na początku), na nieco sztywnych nogach udajmy się do Fortu św. Jerzego w dzielnicy George Town. Fort nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale w tutejszym muzeum warto obejrzeć piękną kolekcję brytyjskich i francuskich militariów.

Niedaleko stoi drugi ciekawy budynek w George Town - sąd najwyższy. Czerwony, monumentalny, przytłaczający swym ogromem, stanowi niezwykle ciekawą mieszanką stylu wiktoriańskiego i indyjskiego. Zbudowany pod koniec XIX w. jest podobno (obok londyńskiego) największym budynkiem sądu na świecie. Przejdźmy się jego długimi korytarzami pełnymi prawników w ciemnych togach i tłoczących się wszędzie petentów zagubionych w niekończącym się labiryncie korytarzy i zaułków przywołujących atmosferę mrocznych kafkowskich powieści. Potem wypijmy zimny napój w pięknym ogrodzie otaczającym sąd (nie ma ani jednej ławki), wyjdźmy na szalejącą ulicę i machnijmy na kolejną rikszę.

Złapmy się mocno metalowej rury i każmy się zawieźć do Egmore, do Pantheon Complex, gdzie mieści się największe muzeum Madrasu. Indusi płacą za wstęp 20 rupii, my 250, czyli ok. 17 zł (za 250 rupii można kupić dwie pary spodni lub dwie koszule albo zjeść pięć dużych obiadów). Muzeum posiada bardzo ciekawą kolekcję rzeźb i sztuki sakralnej z wielu epok oraz fascynujący zbiór szkieletów pradawnych zwierząt i wypchanych ptaków z całych Indii. W oddzielnym budynku - pokaźny zbiór sztuki z epoki Czolów, m.in. piękna figura Ardhanariśwary (inkarnacja boga Sziwy i Parwati w jednej osobie) i tańczący czteroramienny Sziwa Nataradża stąpający po demonie.

Na pewno warto odwiedzić muzeum Swami Vivekanandy - Wielkiego Wędrującego, ucznia Ramakriszny, chyba najbardziej znanego propagatora filozofii indyjskiej (przede wszystkim jogi i wedanty) na Zachodzie. W budynku, w którym na przełomie XIX i XX w. żył i nauczał, zobaczymy kolekcję jego zdjęć i przedmiotów życia codziennego, a także dzieła współczesnej sztuki hinduskiej.

***

Po trudach zwiedzania dobrze jest odpocząć w jakimś cichym parku. Z tym niestety krucho - nieliczne parki Madrasu są zaśmiecone i zaniedbane. Ale warto odwiedzić piękny ogród na obrzeżach metropolii oferujący rzecz zupełnie wyjątkową w indyjskim mieście - ciszę, spokój, atmosferę kontemplacji. To ogrody Towarzystwa Teozoficznego - rozległy kompleks przepięknej, zadbanej zieleni, pełen starych i rzadkich gatunków roślin, tropikalnych krzewów i kwiatów. To naprawdę najlepsze miejsce w Madrasie na odpoczynek. Trzeba tylko wyraźnie powiedzieć rikszarzowi, gdzie chcemy dotrzeć. Bywa, że nie wiedzą, jak jechać, ale aby nie stracić atrakcyjnego klienta, robią dobrą minę do złej gry i jadą przed siebie, udając, że znają drogę. Jeżeli się nie spieszymy, ma to nawet dobre strony - za niewielką opłatą można zobaczyć kawał miasta. A w Madrasie lepiej się nie spieszyć: temperatura przez cały rok rzadko spada poniżej 30 stopni, wilgotność powietrza jest wprost porażająca. Trzeba zawsze mieć ze sobą coś do picia i regularnie uzupełniać zapas wody w organizmie.

Towarzystwo założone w 1875 r. przez rosyjską spirytualistkę Helenę Pietrowną Bławacką i amerykańskiego okultystę Henry'ego Olcotta krzewiło (i krzewi) dosyć hermetyczne idee teozoficzne i spirytualistyczne w Indiach i w kilku innych krajach. Bławacka twierdziła, że podczas kilkuletniego pobytu w Tybecie nawiązała bezpośredni kontakt z przebywającymi tam mistrzami. W swoich pracach pisała, że dostała od nich klucz do rozwiązania wszystkich zagadnień świata oraz różne inne cudowne przymioty, przede wszystkim zdolność zjawiania się duchowo w miejscach bardzo nawet odległych od tego, w którym w danej chwili znajduje się jej ciało. Książki spirytualistki są do nabycia w bibliotece Adyar (na terenie parku), a posąg jej ciała (tak właśnie!) zdobi główną salę największego budynku towarzystwa.

Warto zwiedzić ten okazały gmach. Panuje w nim kojący chłód marmurów i alabastru, którymi wyłożono sale poświęcone wszystkim religiom świata. Znajdziemy tu kamienne popiersia m.in. Sokratesa, Arystotelesa, Swedenborga. Ciało Heleny Bławackiej zastygło w kamiennym pomniku, ale jej nieśmiertelny duch krąży po parku, przesiadując często pod imponującym, ponad 400-letnim figowcem bengalskim (symbol siły, żywotności i wielkości hinduskiej rodziny), podobno największym na świecie.

W ogrodach towarzystwa odpoczniemy na ławce pod cienistymi palmami, obserwując przechadzające się dostojnie pawie i słuchając śpiewu tropikalnych ptaków. Dosyć zaskakujące są tabliczki z nazwami wszystkich krajów świata przy alejkach, mające zapewne podkreślać internacjonalizm Towarzystwa Teozoficznego. Jest i tabliczka z napisem "Poland".

***

Motoriksza wiezie nas tym razem w okolice dzielnic Triplicane i Egmore, gdzie znajdują się najlepsze i najtańsze lokale. Często zamiast talerza dostaniemy szeroki liść bananowca, a na nim biryani - kolorowy ryż z warzywami, soczewicą i dziesiątkami drobnych nasionek i ziół, których pochodzenia nie sposób odgadnąć. Do ryżu w miseczce gęsty sos, prawie zawsze warzywny (kuchnia stanu Tamil Nadu jest przede wszystkim wegetariańska). Czuć kardamon, smażoną cebulę, kolendrę, turmerik i całą gamę nieznanych nam przypraw i aromatów Indii. Wszystko ostre. Bardzo ostre. Potwornie ostre. Zamówmy od razu wodę, ale tylko butelkowaną! Dostaniemy też z pewnością dużo chapati, phulka, roti albo parantha - indyjski chleb, ciepły i chrupiący. I po jednej dosa - rodzaj naleśnika z kruchego ciasta wypełnionego pikantną, warzywną masą, z małą miseczką chutneyu, zazwyczaj z mango. Do tego kilka małych idli (kluski z mąki ryżowej). A na zakąskę tacę z małymi miseczkami pełnymi sosów i smażonych warzyw, trochę dalu (gęsta pasta z soczewicy lub grochu) i może jeszcze jedno nieduże pauruti (placek z ostrym serem). Cała paleta barw i odcieni paruje i pachnie ostrością. Lepimy palcami kulę z ryżu i zanurzamy w gęstym sosie, rozglądając się dookoła. Starajmy się usiąść blisko ulicy (knajpy często nie mają frontowej ściany), żeby widzieć, co dzieje się na zewnątrz i wewnątrz restauracji. Na zewnątrz jak zwykle hałas i feeria kolorów, uśmiechnięci ludzie pozdrawiają nas serdecznie. Wewnątrz, nad głową kasjera, obok mrugającego choinkowymi lampkami posągu boga Sziwy groźny napis po angielsku i tamilsku: "To jest prywatne miejsce, a więc proszę: nie palić, nie jeść mięsa, nie jeść jajek, nie pić alkoholu, żadnego jedzenia i picia na kredyt, nie pluć na podłogę, nie czesać się, nie rozmawiać z kelnerem, nie przynosić swojego jedzenia, nie trzymać nóg na stole, nie dyskutować z właścicielem, nie siedzieć za długo".

Nie siedzimy więc za długo. Wypijamy jeszcze sok ze świeżego mango (bez lodu, bo robi się go z wody z kranu), potem filiżankę herbaty z mlekiem. Na koniec gorąca masa bananowa z lodami i słodka kulka w jeszcze słodszym syropie, i już płacimy (nie więcej niż 6-7 zł za dwie osoby). Wychodzimy, machamy na motorikszę i znowu pędzimy przez Madras.

***

Każmy się zawieźć na południe, do świątyni Kapaliśwarar, pięknego kompleksu sakralnego w kolorach tęczy zbudowanego w stylu drawidyjskim. Za niewygórowaną opłatą (targujmy się!) oprowadzą nas po niej mnisi w pomarańczowych szatach. Świątynie hinduskie zadziwiają i szokują Europejczyków ezoteryczną i często seksualną tematyką tysięcy rzeźb i płaskorzeźb: ludzie ptaki, ludzie drzewa, drzewa owocujące ludzkimi głowami, głowy pięknych kobiet ozdobione świńskimi ryjami, świnie z głowami tygrysów, słoni, małp, węży, smoków, duchów, demonów...

Zastygłe w kamieniu, pomalowane kiczowatymi kolorami twarze dziwnych, humanoidalnych istot. Twarze - to za mało powiedziane. To są inne istoty. Po prostu niesamowite wymieszanie bytów.

Do większości świątyń wchodzimy bez butów, zostawiając je w specjalnej szatni. Najlepiej chodzić na bosaka, szczególnie w porze deszczowej, kiedy dziedzińce świątynne pokrywa gruba warstwa błota (widziałem grupę Europejczyków, którzy zwiedzali jedną ze świątyń w skarpetkach nasączonych błotem i mułem, zapewne licząc, że ochronią stopy przed brudem, widok był komiczny, a efekt odwrotny).

Obok Kapaliśwarar Temple stoi XVI-wieczna katedra św. Tomasza Apostoła, piękna neogotycka budowla słynąca z tego, że podobno są tu relikwie jednego z apostołów. Warto ją odwiedzić - jej chłód i spokój jest kojący. Potem można udać się na pobliską Marina Beach - bezkresną, szeroką, zaśmieconą plażę, na której nie można się co prawda opalać (w Madrasie publicznie rozbierają się tylko święci i pątnicy), ale na licznych straganach można kupić piękne muszle, kiczowate pamiątki i znakomite ryby prosto z grilla. Można także postrzelać z wiatrówki i wygrać odpustowe zabawki, zrobić sobie zdjęcie z kartonową postacią z panteonu gwiazd Bollywoodu i Kollywoodu, z papierowym tygrysem lub na tle kartonowego wnętrza luksusowego apartamentu.

Potem pozostaje już tylko zamówić u ulicznego wyciskacza soków szklankę soku z mango lub z ananasa i usiąść na gorącym piasku, kontemplując zachód słońca i szumiący ocean. Może właśnie wtedy, tak jak do mnie, podejdzie do was uśmiechnięty chłopczyk z zieloną papugą w klatce. Szepcąc coś tajemniczym, przyciszonym głosem, wskaże na ptaka, po czym błyskawicznym ruchem rozwinie w dłoni wachlarz kart. Papuga wyskoczy z klatki i usiądzie wam na ręku, skrzecząc przymilnie, i dziobem wręczy wam kartę. Papuga, tak jak i chłopczyk, mówi tylko po tamilsku.

Warto wiedzieć

•  Najmniej pada między styczniem a kwietniem, temperatura ok. 27-30 stopni

•  Półroczna wiza - 184 zł (należy przedstawić ksero biletu), Ambasada Republiki Indyjskiej, Warszawa, ul. Reytana 15, tel. 022 849 58 00, 022 849 62 57, www.indianembassy.pl

•  Bilet powrotny z Warszawy - 2,5-3 tys. zł, w promocji - ok. 2 tys.; na lotnisku można opłacić czekającą już taksówkę - ok. 15-20 zł (kurs do Egmore lub Triplicane)

•  Waluta - rupia indyjska. 1 zł = 15,6 rupii

•  Trzeba koniecznie zabezpieczyć się przed malarią i zaszczepić na kilka tropikalnych chorób, zabrać repelenty przeciwko moskitom i leki na choroby żołądkowe. Konsultacje: Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna, Warszawa, ul. Żelazna 79, tel. 022 620 90 01 (planujmy szczepienia z wyprzedzeniem, bywają bardzo długie kolejki)

•  Apteki w Madrasie są dobrze zaopatrzone, większość leków kupimy bez recepty. Szpitale o wysokim standardzie: Apollo Hospital (niedaleko Anna Salai) i St. Isabel's Hospital w dzielnicy Mylapore

•  Ceny. Dwójka z klimatyzacją i z łazienką w dobrym hotelu - 30-40 zł; najlepszy hotel w mieście - Sheraton - ok. 600 zł za dwójkę. Transport publiczny jest tani - kurs motorikszą z jednego krańca miasta na drugi - 8-10 zł. Posiłek w ulicznej knajpce - 6-7 zł za 2 osoby, w eleganckiej restauracji - 30 zł (nie wolno pić wody innej niż butelkowana!). Wynajęcie auta na lotnisku albo w droższym hotelu - 120-150 zł/dzień; bezpieczniej i taniej jest wynająć taksówkę na cały dzień - ok. 50 zł

W sieci

www.chennaibest.com

www.chennaionline.com

www.tamilnadutourism.org