Metropolie świata. San Francisco

San Francisco trzeba poczuć, trzeba zrozumieć to miasto machinę, miasto opanowanego chaosu, które pokochałam od pierwszego wejrzenia
Siedzimy na peronie w Belmont. Pierwszy raz w życiu czuję taki przedziwny upał - zabójcze gorąco, przeplatane lodowatymi smagnięciami wiatru. Zrezygnowałam z noszenia soczewek, bo piasek pod szkłem nie dawał mi spokoju. Nie poprawiam już włosów na dworze, noszę japonki, rybaczki, zwykłe T-shirty i co minutę zdejmuję bądź zakładam wełniany golf. Już Mark Twain powiedział: "The coldest winter I have ever spent was a summer in San Francisco" (Najzimniejszą zimę przeżyłem latem w SF).

***

Mój znajomy Jose mówi, że zróżnicowana aura to charakterystyczna cecha San Francisco. Oni na tutejszą pogodę mówią capricho (hiszp. kaprys). Oceaniczny klimat sprawia, że w mieście jest dużo chłodniej niż w pozostałej części Kalifornii. Temperatury latem wahają się między 17 a 25 st. C, jest więcej pochmurnych dni niż w głębi lądu, często, szczególnie w dzielnicach nadbrzeżnych, utrzymują się gęste mgły. Jose jest nauczycielem geografii z Meksyku, przyjechał do Belmont 15 lat temu do rodziny i został, teraz sprząta w hotelach. - Wiesz, Morena (z hiszp. brunetka, tak nazywają mnie wszyscy Meksykanie w okolicy), pieniędzy starcza mi na godne życie. Tęsknię tylko do pracy w szkole. Ale tu jest spokojniej niż w Meksyku. W Belmont jest najlepiej na świecie.

Belmont leży 30 minut na południe od San Francisco. Przez niektórych nazywane dzielnicą pracy, przez innych miasteczkiem bogaczy. W Belmont jest tak, jak mówi Jose - spokojnie do bólu. Nie ma napadów, kradzieży, meneli, ćpunów i jakkolwiek określanej biedoty. To ekskluzywna sypialnia Doliny Krzemowej, w której mają siedziby m.in.: Oracle, Yahoo, NASA, Nikon, Intel, Apple, eBay, Google. Belmont ocieka dolarami. Nigdzie indziej na świecie nie istnieje tak rygorystyczny zakaz palenia papierosów - jeśli komuś zawieje smrodliwy dym, palacza czeka olbrzymia kara pieniężna. Tutaj trawnik musi mieć 2 cm wysokości, a chodnik przed domem musi być czysty. Tylko w Belmont wczesnym świtem można zobaczyć kolibry spijające nektar z wielkich czerwonych kwiatów rosnących pod każdym domem. W Belmont kierowca ma obowiązek zatrzymać samochód przed pasami, nawet jeśli pieszy tylko sobie stoi. W Belmont nie wolno siadać przy zielonej linii na peronie, bo ona jest dla tych, po których konduktor musi wyjść i pomóc im wsiąść do pociągu. W Belmont możesz wyjść z pubu pijany i prowadzić samochód, ale jeśli spowodujesz wypadek, to nigdy już nie zobaczysz prawa jazdy i pełnego portfela.

***

Jest leniwa niedziela, a my wsiadamy do Caltraina (Kalifornia Train) - samo wspięcie się po schodach na pierwsze piętro i zajęcie miejsca zajmuje całą długą minutę. Jedziemy do centrum. Wesolutki maszynista krzyczy w megafon: "Hello everybody! Have you got your ticket?" (Witam wszystkich! Czy masz swój bilet?). Na kolorowych wyświetlaczach w wagonach co chwila pojawia się napis: "Keep your eyes open" (Miej oczy otwarte) bądź: "Don't do it. You are not lonely" (Nie rób tego. Nie jesteś samotny). Chodzi oczywiście o samobójców i o tych, którzy w ostatniej chwili mogą im pomóc.

Jak się okazuje, San Francisco jest miastem samobójców. Statystyki podają, że w Stanach samobójstwo popełnia się co 18 minut, a wydawać się może, że w tym mieście problem w ogóle nie istnieje. To temat tabu, spowodowany wielkimi awanturami pomiędzy SFSP (San Francisco Suicide Prevention, organizacja pomaga tym, którzy nie dają sobie rady z życiem) a przeciwnikami zabudowania barierek na Golden Gate. O samobójstwach w San Francisco się nie mówi, chociaż prawie co tydzień z mostu skacze jedna osoba. Mówi się natomiast o problemie z barierkami na Golden Gate, który stał się mekką samobójców. Debaty trwają już siedemnaście lat! Jak się później dowiedziałam, skok z sąsiadującego z GG Bay Bridge jest haniebnym zakończeniem życia, a skok z GG - przejawem romantyzmu duszy. Ludzie, którzy pragną zakończyć swoje życie skokiem z Golden Gate, mają swoje blogi internetowe, na których porównywane są obydwa mosty, wypisywane ich zalety i wady. Sam Golden Gate mną nie wstrząsnął. Bardziej ruszyła mnie cena za jeden przejazd (4 dol.) oraz imponująca liczba turystów i radiowozów z napisem: "Golden Gate Patrol".

Kiedy maszynista krzyczy: "It's Francisco Station! Be careful and have a nice day! (Stacja San Francisco! Bądź ostrożny i dobrego dnia!), naszym oczom ukazuje się główna stacja w centrum, która - o dziwo! - wielkością przypomina PKP w Szczecinie, a może jest nawet mniejsza. Witają nas wielkie, powiewające na wietrze amerykańskie flagi i tłum żebraków. Po wyjściu ze stacji wpadamy w oko cyklonu, bo przed chwilą skończył się mecz Giantsów, w dodatku był to mecz familijny, więc wchodzimy w tłum tysiąca dzieci w pomarańczowych koszulkach, rozwrzeszczanych rodziców w pomarańczowych dresach - wszyscy jedzą pomarańczowe hot dogi. Podchodzi jakiś mężczyzna i pyta o markę i model mojego aparatu fotograficznego. W początkowym odruchu chcę uciekać, ale Jose stuka się w czoło: - Be nice. - mówi. - Welcome to San Francisco. Więc tłumaczę mężczyźnie w pomarańczowym dresie Giantsów, co to za model i za ile. Uśmiecha się i pyta: - Where do you come from? - Z Polski - odpowiadam. - Dżizas! - krzyczy i woła żonę z synem. Chrząkam zakłopotana i pytam, czy na pewno wiedzą, gdzie jest Polska? - Of course - odpowiada żona - Southern Norway (południowa Norwegia). I zadowoleni odchodzą, wesoło machając na pożegnanie.

***

Trochę zirytowani ruszamy przed siebie. Idąc przez miasto, myślę o tym, że trudno będzie zamienić San Francisco w słowa. Trudno będzie odtworzyć na kartkach papieru obrazy, które zapadają tak mocno w pamięci, że nie dają się opisać w paru zdaniach. San Francisco trzeba poczuć, trzeba zrozumieć to miasto machinę, miasto opanowanego chaosu, które można pokochać od pierwszego wejrzenia. I niekoniecznie musi być to spojrzenie na Murzyna tańczącego breakdance na Market Street lub na 17-metrową limuzynę, z której wystaje jasnowłosa piękność z pudelkiem. W moim przypadku miłość narodziła się w okolicach MoMA (Museum of Modern Arts), na trawnikach Yerba Buena Garden. Niesamowita aura otoczenia sprawia, że nieznajomi różnych narodowości po prostu zaczynają ze sobą rozmawiać. Yerba Buena Garden to wielkie, tarasowato ułożone trawniki, z których spływa wodospad im. Marcina Lutra. Dookoła puby, restauracje i centrum artystyczne, w którym można obejrzeć m.in. najnowsze filmy, spektakle teatralne czy dzieła sztuki. Ale najbardziej fascynujące jest chyba znalezienie się na samym środku trawnika, niedaleko sceny koncertowej. Wbrew pozorom, właśnie z tego miejsca najlepiej oglądać San Francisco. Wystarczy mocno zadrzeć głowę i patrzeć.

MoMA zelektryzowało mnie tylko z zewnątrz. Budynek zaprojektowany przez Szwajcara Maria Botta jest tym, co określa się jako Real Modern Art. - to kwintesencja modernizmu. Niestety, środek nie jest zachwycający. Po prawie trzygodzinnym staniu w kolejce zobaczyliśmy stertę koszul i spodni dżinsowych niedaleko obrazu van Gogha oraz niziutkie Meksykanki kustoszki, które usilnie próbowały wyprosić mnie z muzeum, w którym (nieświadoma grzechu) robiłam zdjęcia górze szmat zatytułowanych "Modern Art of SF".

Pod MoMA kupujemy cheeseburgery i ruszamy w stronę Market Street, osi San Francisco, z największym centrum handlowym i gigantycznym centrum Levi's Jeans. Mamy sześć godzin do powrotnego pociągu i bardzo długi plan dnia.

Wsiadamy więc do Cable Car (bilet całodzienny 15 dol.), czyli CC - tramwaj linowy, charakterystyczny środek komunikacji w centrum San Francisco. Pierwsze takie linie tramwajowe powstały w 1873 r., zastępując transport konny. Obecnie funkcjonują trzy o długości 16 km. Jednak ten unikatowy system komunikacji, oparty na starych tramwajach ciągniętych przez linę umieszczoną pod powierzchnią ulicy, staje się męczącą rozrywką, kiedy trafiamy na wycieczkę z Japonii, która zagłusza nawet nasze myśli. Wysiadamy niedaleko Levi'sa, przez co dalsza wycieczka robi się trochę niewygodna, bo targamy wielkie siaty z zakupami (za dżinsy zapłaciłam 12 dol., za trzy koszule -10, a za pięć T-shirtów - 7). Po wyjściu ze sklepu udajemy się w stronę China Town, fotografując właściwie wszystko: gigantyczne billboardy, ludzi, wystawy, samochody i ulicę Lecha Wałęsy. Po drodze w małym sklepiku na Union Square - historycznym centrum miasta - kupuję najnowszego iPoda shuffle, kolor blue (50 dol.).

Docieramy do Chin. Totalny szok. Nie widać Amerykanów ani turystów. Na ulicach setki straganów, z których zerkają na mnie oczy ośmiornic i krewetek. Na wietrze łopoczą tęczowe kimona i prawdziwe drewniane japonki (120-300 dol.). Nie wytrzymuję i kupuję chociaż zieloną herbatę (15 dol.). Tłum gęstnieje, jest tak gorąco, że zaczynam się bać. Przedzieramy się do dzielnicy obok, która okazuje się Little Italy - wbrew pozorom jest tam o wiele spokojniej. Na skwerze, pod kościołem Piotra i Pawła, pozwalamy sobie na włoskie hamburgery i frytki, wszystko zapite oryginalną coca-colą (karmel plus woda z kranu). Kalorie i tak stracimy, wspinając się na Lombard Street, najbardziej krętą ulicę na świecie. Widok z góry jest piorunujący - wszystko we mgle! No tak, mogliśmy się tego spodziewać - San Francisco leży na 48 wzgórzach, z których część ma wysokie, strome stoki i czasami widoczność pozostawia wiele do życzenia.

***

Łapiemy Cable Car i w zapadającym już zmierzchu jedziemy na Pier 39. To nabrzeże rybackie jest chyba tak samo ważne jak Golden Gate. Dochodzimy do Pomostu Lwów, z którego można prawie dotknąć lwa morskiego. Te wielkie, wspaniałe zwierzęta mają tu swoją oazę. Są ich setki, a ich rozmowy przypominające klaksony samochodowe słychać z bardzo daleka. Na deptaku kupujemy gigantyczne różowe waty cukrowe i wycieczkę do Alcatraz na przyszły tydzień. Po ciemku już ruszamy w stronę Caltraina. W San Francisco zmrok zapada bardzo szybko. Budzi się noc, która jest tak samo aktywna jak dzień. Mijamy ludzi ubranych wieczorowo, na ulicach pojawiają się limuzyny, jedna dłuższa od drugiej. Nastolatki piją piwo na skwerach, czuć zapach opium i marihuany. Patrole policyjne najwyraźniej przyjmują zasadę "bez agresji". Jest bardzo głośno, ale spokojnie. Około Transamerica Pyramid, 260-metrowego wieżowca (48 pięter) w kształcie ostrosłupa z 1972 r. (sylwetka tej najwyższej konstrukcji w SF sprawia, że do otaczających budynek ulic dociera więcej światła i świeżego powietrza, bo w "skrzydłach" wyrastających jakby z wierzchołka znajdują się szyby wind) otrzymujemy bardzo atrakcyjne oferty pracy, za które serdecznie dziękujemy i bierzemy nogi w troki. Wskakujemy do autobusu jadącego w stronę głównego dworca, a chwilę później żałujemy, że nie pojechaliśmy metrem. Trafiamy na pana, który usilnie przekonuje nas, że jest Jezusem i że potrzebuje kasy na papierosy. - To Jezus pali? - pytam. - Żeby pani wiedziała, ile! - odpowiada kierowca i zaśmiewa się w głos.

Droga powrotna do Belmont mija nam nadzwyczaj spokojnie. Czytam o 18 kwietnia 1906 r., kiedy to trwające niespełna minutę silne trzęsienie ziemi oraz szalejące przez trzy dni pożary zniszczyły doszczętnie San Francisco i spowodowały śmierć wielu ludzi (według szacunków - od 700 do 3 tys. osób). Miasto odbudowano w ciągu dziewięciu lat w nowym planie urbanistycznym. Teraz w całej aglomeracji - Bay Area - mieszka około 7 mln ludzi, w tym ok. pół miliona Polaków, którzy tworzą bardzo silny ośrodek polonijny na 22nd Street.

***

Późnym wieczorem razem z przyjaciółmi z osiedla (Kate i Scott z Bostonu, Peter z Edynburga, Jim z Los Angeles, Jose z Meksyku, Steven miejscowy oraz troje Polaków, w tym ja) spotykamy się w pubie, by przedyskutować sprawę wyboru nowego rządu w Polsce, o którym się mówi nawet w CNN. To jednak schodzi na drugi plan, kiedy głośno stwierdzam, że od jedzenia w Stanach przytyłam już 7,5 kg. Ku wielkiej zgrozie Kate, oznajmiam, że nie mają pojęcia o jedzeniu, nie wspominając o gotowaniu dobrych rzeczy. W odpowiedzi słyszę, że prócz dobrej "kibasy", nikt w towarzystwie nie jadł nic dobrego, co byłoby z Polski. Łukasz bardzo się tym przejął i zaczął opowiadać o smakołykach "Made in Poland": flakach, pierogach, uszkach, śledziach i o jego osobistym przysmaku - bigosie. Towarzystwo słuchało z zaciekawieniem, a Kate poprosiła nawet o przepis.

Kiedy odwiedziłam ją następnego dnia, na klatce schodowej bloku, gdzie mieszkają bostończycy, poczułam przedziwny smród jakby spalonej opony samochodowej oblanej sokiem z kiszonych ogórków. Przy drzwiach mieszkania Kate smród osiągnął apogeum. Drzwi otworzyła moja rozpromieniona koleżanka, z radosnym okrzykiem: "Wchodź, właśnie szykuję polski obiad, zaraz ci nałożę!". Zmartwiałam. Kate usadziła mnie przy stole przed talerzem z ugotowaną kapustą pekińską, pieczarkami i salami (logiczne składniki bigosu: kiełbasa, kapusta i grzyby). Widząc moją niewyraźną minę, zapytała, czy już nie lubię "bidżysu". - Lubię - odpowiedziałam. - Ale ugotować bigos potrafi tylko Polak. Polak, moja droga, przepis na bigos ma w sercu. Całkiem jak swoją Ojczyznę.

Zobacz też w serwisie Kolumber.pl

HUmmerem po HAmeryce!

Takie parki narodowe to tylko w USA

Griswoldowie Wschodniego Wybrzeża

Śladami rodziny Kennedych