Wakacje na wyspie. Zakochać się w Thassos

Życie toczy się tutaj nie tylko w sezonie i nie tylko dla turystów. Kobiety rozwieszają pranie, dzieci biegną do szkoły, a rybacy siedzą w tawernie przy porcie dyskutując nad talerzami sardynek i taramasalaty
Gdyby nie nasza 10-miesięczna córka, pewnie nigdy nie pojechalibyśmy na Thassos. Kiedy w biurze podróży wertowaliśmy opasły katalog "Lato 2007", wyrwała jedną z kartek i z entuzjazmem wsadziła ją sobie do buzi. Na wymiętym i obślinionym zdjęciu była ładna, długa, piaszczysta plaża, w tle porośnięte bujną zielenią wzgórza. - To Thassos. Dla rodzin z dziećmi idealne miejsce! Cicho, spokojnie, mało turystów, przepiękne plaże.

- Minusy? - No... mogą się państwo nudzić.

Zdecydowaliśmy się bez wahania. Wśród znajomych tylko jedna para dotarła na tę najbardziej na północ wysuniętą grecką wyspę. Potwierdzili opinię pani z biura: - Pięknie, bardzo zielono. Ale tam nic nie ma! Wyspę można objechać samochodem w jeden dzień, a co będziecie robić potem? - Nic! - rozmarzyliśmy się.

***

Dotrzeć na wyspę nie jest łatwo, ale ku naszemu zaskoczeniu wszystko poszło nader sprawnie. Pobudka w środku nocy, dwugodzinny lot czarterem i ok. 7 rano wylądowaliśmy na malutkim lotnisku w Kavali. Stamtąd autobus przewiózł nas w 15 minut na prom, na którym powitała nas plotka, że George Bush senior właśnie zacumował swój jacht u wybrzeży Thassos. Okazało się, że co roku spędza tu wakacje, ponieważ w pobliżu ma podobno swoje platformy wiertnicze. - So, you know, it's nothing new - dodał, ziewając, barman na promie, dzięki czemu od razu poczuliśmy się jak na wakacjach.

Po półgodzinnym rejsie wpłynęliśmy do Limenas, głównego portu i stolicy wyspy (inna nazwa to Thassos). Brzmi dumnie, ale to małe, ciche miasteczko o niskiej zabudowie. I jak wszystkie "większe" miasta Thassos, np. Limenaria czy Potos, można je zejść wszerz i wzdłuż w pół godziny. Architektura nie jest tak ładna jak na Cykladach, więc amatorzy białych domków i błękitnych okiennic mogą się rozczarować. Ale fakt, że rozwój turystyki nabrał tempa dopiero pięć lat temu, to największy atut wyspy.

Jest tu po prostu swojsko. I chociaż zaczęły pojawiać się już knajpki, jakich pełno jest na Costa del Sol, Wyspach Kanaryjskich czy Cykladach, to życie toczy się nie tylko w sezonie i nie tylko dla turystów. Kobiety rozwieszają pranie, dzieci biegną do szkoły, a rybacy siedzą w tawernie przy porcie (nadal jest to raczej porcik) i godzinami dyskutują nad talerzami sardynek i taramasalaty. Jedyny spory kompleks turystyczny, Macryammos, leży kilka kilometrów od stolicy. Małe bungalowy wtopione w krajobraz układają się piętrami na zalesionym wzgórzu, a elegancka plaża ze sportowymi atrakcjami, barem i kortami tenisowymi jest otwarta dla wszystkich (wstęp 3 euro).

To prawda, że czas płynie tutaj wolniej. Początek czerwca to jeszcze nie sezon, plaże są puste. W Limenarii w porze sjesty głównymi ulicami przechadzają się senne koty i kilkoro turystów. Z pewnością nie jest to raj dla tych, którzy marzą o bogatym życiu nocnym. Kilka bannerów, które wiszą wzdłuż głównej drogi, zapowiada otwarcie dyskotek 1 lipca. Potwierdza to właścicielka tawerny niedaleko naszego hotelu. W tawernie jest miejsce dla mniej więcej stu gości. W porze lunchu oprócz naszego zajęte są jeszcze dwa stoliki. Właścicielka obsługuje nas sama, czasem pomagają jej dwie młodsze córki. W lipcu i sierpniu zatrudnia dodatkowo trzy osoby, a pod koniec września zamyka interes aż do maja. Zimą razem z mężem, tak jak większość mieszkańców, jedzie w góry zbierać oliwki, z których wytłacza przepyszną oliwę. Ale to nie znaczy, że poza sezonem nie pozostaje nic innego, jak leżeć na plaży, kontemplować bajeczne widoki i pływać. Atrakcji, które skutecznie zaburzają nieco ospały rytm, jest naprawdę mnóstwo.

***

Można wynająć górski rower (8 euro dziennie, 50/tydzień) i objechać wyspę dla sportu. Można wędrować górskimi ścieżkami, które prowadzą do malowniczych historycznych wiosek zbudowanych z kamienia, np. do Theologos (dawna stolica wyspy), Kastro albo Maries. Wąskie brukowane uliczki, sklepiki, wiekowe kapliczki, wodospady - wszystko z widokiem na lazurowe morze. W Theologos czeka Thassos Riding Club i lekcje jazdy konnej, a także kilka pieszych wycieczek po tutejszych szlakach.

Zjeżdżając z Theologos i kierując się na północ, można zatrzymać się w monastyrze Michała Archanioła z XII w., przyklejonym do skały wiszącej nad urwiskiem. Część klasztoru zamieszkana przez mniszki jest zamknięta dla zwiedzających, ale warto obejrzeć przepiękną kaplicę z najcenniejszą relikwią na wyspie - gwoździem z krzyża Chrystusa, i podziwiać zachwycające widoki. Kilka zakrętów dalej znajduje się Aliki, wioska na półwyspie z ruinami starożytnej świątyni, na których zbudowano dwie chrześcijańskie bazyliki, i z dawną kopalnią marmuru z VI w. Sama wioska to kilka kamiennych domów, brukowana uliczka i trzy skromne tawerny nad zatoką. Parę kilometrów dalej niewielki drogowskaz wskazuje Paradise Beach - rzeczywiście jest to rajska plaża, ale nie na pierwszy rzut oka. Strome zejście (ok. 500 m) od głównej drogi prowadzi na piaszczystą plażę z bambusowymi parasolami i knajpką. Raj zaczyna się dopiero po wejściu do wody. Wystarczy odpłynąć kilka metrów od brzegu, a potem się odwrócić... Nad Paradise Beach wyrasta ogromna, porośnięta lasem góra, która przypomina podrównikowe tropiki. Woda jest turkusowa, a dno złociste. Czy trzeba czegoś więcej?

Można jeszcze skoczyć do Panagii, kilka kilometrów za Paradise Beach, w której czas płynie jeszcze wolniej niż w nadmorskich miasteczkach. Przy malutkim rynku stoją białe domy pokryte szarą dachówką, na balkonach kwitną cyklameny. Warto przejść się kilkoma krętymi uliczkami, zajrzeć do największego kościoła na wyspie, w którym znajduje się szarfa Ryszarda Lwie Serce, a na koniec skosztować tutejszych specjałów - miodu piniowego i kandyzowanych owoców.

W sąsiedzkiej Potamii trzeba koniecznie zobaczyć Muzeum Polygnotosa Vagisa, artysty rzeźbiarza i malarza, który urodził się na Thassos w 1892 r., a później wyemigrował do Nowego Jorku i tam tworzył. Kolekcję swych dzieł przekazał w spadku mieszkańcom Thassos.

Od mieszkańców dowiadujemy się, że sporo ludzi stąd wyjeżdża: do Salonik, Aten, USA. W poszukiwaniu pracy, lepszego życia, szybszego tempa. Ale są tacy, którzy przyjeżdżają na Thassos, bo się zakochali. Kristina, Niemka, właścicielka tawerny przy plaży - w Greku Tripiti, którego poślubiła 20 lat temu; Jeff, Anglik - w lasach, które otaczają Theologos; Lana, palestyńska lekarka - w mieszkańcach.

My też się zakochaliśmy. I dlatego tu wracamy. We wrześniu, na zamknięcie sezonu, kiedy po burzliwych dwóch miesiącach Thassos znowu złapie swój normalny rytm i można w spokoju trochę się "ponudzić".

Najlepiej polecieć do Salonik, stamtąd autobusem do Kavali i tutaj wsiąść na prom do Limenas