Łeba z przeszkodami

Było to nasze drugie podejście do Łeby, bardzo ciekawej i mało uczęszczanej rzeki na Kaszubach
Kilka lat temu nas pokonała - był niski poziom wody i płynęliśmy tak wolno, że nie przebrnęliśmy nawet przez połowę planowanej trasy. Tym razem sprzyjały nam padające przez cały lipiec deszcze.

Nauczeni doświadczeniem rozpoczynamy spływ nie od jeziora Sianowskiego, odkąd - teoretycznie - Łeba jest już spławna, tylko kilka kilometrów niżej, w okolicach Mirachowa. Dzięki temu omijamy pierwsze 5 km rzeki, która zaraz za jeziorem nie jest przyjemna - bardzo wąska, ciągle trzeba przedzierać się przez drzewa i krzaki. Startujemy z mostu w miejscowości Strysza Buda (tuż obok jest przystanek PKS na trasie Kartuzy - Miłoszewo). Pierwszy dzień nie jest trudny. Rzeka dość wąska, niezbyt głęboka, płynie raźnie, ale nie za szybko. Nie trzeba wiele wiosłować, wystarczy tylko sterować kajakiem na licznych zakrętach. Największy kłopot sprawiają powalone lub zwisające drzewa, których tu pełno. Naszym celem jest Strzepcz, gdzie ma do nas dołączyć koleżanka. Wieś nie leży tuż nad rzeką, więc na chybił trafił wybieramy na nocleg łąkę za drewnianym mostkiem. Rano okazuje się, że wystarczy przejść mostek, by po 20 min marszu polną drogą dojść do wsi. Pod ceglanym kościołem spotykamy się z koleżanką i uzupełniamy w sklepie zapasy. Łeba płynie przez dzikie okolice, daleko od dróg, dlatego nie sprawdziłby się tu model spływu, w którym samochód dowoziłby bagaże na biwak. Cały dobytek musimy mieć ze sobą w kajakach. Od Strzepcza robi się coraz ciekawiej. W opisach Łeby często powtarza się zdanie, że 22,5 km pomiędzy Miłoszewem (tuż przed Strzepczem) a Bożympolem Małym "to jeden z najbardziej uciążliwych odcinków rzek na całym Niżu Polskim". I rzeczywiście! Chwila nieuwagi i można - w najlepszym razie - wylądować z kajakiem w krzakach na brzegu. Zza każdego kolejnego zakrętu słychać głośny szum wody, co oznacza kolejną niespodziankę - bystrze, wielkie kamienie lub przewrócone w poprzek drzewa. Robi się ciemno i przeszkody coraz bardziej dają się nam we znaki, ale wciąż nie możemy znaleźć dobrego miejsca na nocleg. Wreszcie dopływamy do małej zapory niedaleko wsi Osiek. Zostawiamy kajaki na prawnym brzegu (lewy jest niedostępny), bierzemy bagaże i - pokonawszy trzy zamknięte, przegradzające zaporę w poprzek furtki - rozbijamy namioty na piaszczystej drodze (biegnie tylko do zapory, więc ryzyko, że ktoś będzie nią jechał, jest niewielkie). Przez całą noc pada deszcz. Rano też parę razy przerywamy szykowanie śniadania, by przeczekać najsilniejsze opady w namiotach. Nigdy dotąd nie jadłem kanapek z taką ilością piasku! Nie dość że wypływamy późno, to posuwamy się powoli. Łeba sięga tu zaledwie do kostek! Od zapory, przy której spaliśmy, odchodził w bok kanał, który - jak się okazuje - zabierał niemal całą wodę do położonej niżej elektrowni. Zamiast płynąć, jedna osoba ciągnie za sobą kajak w płytkiej wodzie, a druga idzie brzegiem z wiosłami. Po ponad godzinie uciążliwego brodzenia znów płyniemy, zaczyna się najbardziej urozmaicony odcinek Łeby. Dopiero teraz odczuwamy skutki padającego od kilku dni deszczu - woda jest wysoka, a rzeka niesie kajaki naprawdę szybko. Nad większością przeszkód (kamienie, pnie) po prostu przepływamy. Niestety, tak szybki nurt sprawia, że co kilka minut grożą nam wywrotki i często musimy wyskakiwać z kajaka, żeby go ratować, gdyż błyskawicznie obraca się bokiem do nurtu i nabiera wody. Na szczęście rzeka sięga nam zwykle do kolan lub do pasa. Pod wieczór pierwsza wywrotka: silny nurt obraca bokiem jeden z kajaków i wciąga pod drzewo. Po chwili wciągamy go na brzeg i wspólnymi siłami odwracamy do góry nogami, żeby wylać wodę. Na szczęście wszystkie rzeczy udało się uratować, odpłynęła tylko mapa. Znów zaczyna padać. Na szczęście znajdujemy polankę w lesie tuż nad rzeką, na której możemy rozbić namioty. W ulewnym deszczu cudem rozpalamy ognisko i po szybkiej kolacji idziemy wcześnie spać. Przepłynęliśmy dzisiaj tylko kilka kilometrów i zaczynamy mieć wątpliwości, czy uda nam się skończyć spływ przed jeziorem Łebsko, tak jak planowaliśmy.

***

Następnego dnia mamy szczęście - zaczyna padać dopiero po tym, jak zjedliśmy śniadanie i zwinęliśmy obóz. Przed nami chyba najtrudniejszy i najciekawszy odcinek spływu. Wczorajszy pechowy kajak znów ma wywrotkę, a i do pozostałych co chwila wlewa się woda. Kajak, którym płynę z kolegą, obraca się bokiem na ukrytym pod wodą kamieniu, przechylamy się na bok, błyskawicznie nabieramy wody... Ledwo udaje nam się dotrzeć do brzegu. Podobnie jak poprzedniego dnia przemieszczamy się przez naprawdę dzikie i odludne okolice. Rzeka płynie głównie w wąwozie i przez las. Poza leśniczówką i kilkoma zaporami nie widzimy żadnych śladów obecności ludzi, nie mówiąc o innych kajakarzach - kto płynąłby w taki deszcz? Mamy za to okazję obserwować dziką przyrodę, np. podrywające się z wody do lotu czaple. Tego dnia, chociaż rzeka niesie bardzo szybko, przez ciągłe przeszkody znów przepływamy tylko kilka kilometrów. Wieczorem, naprawdę zmęczeni, rozbijamy obóz na skraju pięknej łąki, kilka kilometrów za elektrownią wodną Paraszyno. Mamy tu wspaniały widok na trzy wzgórza porośnięte lasem, który paruje po deszczu.

***

Następnego ranka świeci słońce, co jest miłą odmianą. Tuż po starcie mijamy most w Bożopolu Wielkim, gdzie kończy się najtrudniejszy odcinek Łeby. Poniżej rzeka jest rzeczywiście łatwiejsza, ale za to bardziej uciążliwa, bo trzeba znów bez ustanku przedzierać się przez wyrastające z wody lub zwisające z brzegów krzaki i gałęzie (dwie osoby tracą z tego powodu okulary). Odludne okolice kończą się - rzeka nie płynie już w wąwozie, tylko wije się na nizinie, a las ustępuje miejsca łąkom i pastwiskom. Niestety, jak często bywa w okolicach, gdzie wypasa się krowy, rzeka robi się mętna i brudna, a dno przy brzegach muliste. Nocleg planujemy w okolicach wsi Łęczyce, ale niezbyt tu ciekawie i długo nie udaje nam się znaleźć dobrego miejsca na biwak. Wreszcie decydujemy się na pastwisko za Łęczycami, przed zaznaczonym na mapie zakładem utylizacji (na szczęście nie daje się we znaki). Przed 8 rano budzi nas głośne muczenie krów. Tak to jest rozbić się na pastwisku! Szybko wyskakujemy z namiotów, ale na szczęście krowy rezygnują ze stratowania naszego obozowiska i idą paść się nieco dalej. Tego dnia przeszkody na rzece właściwie się kończą. Płyniemy dużo szybciej i wczesnym popołudniem docieramy do Lęborka, jedynego miasta na naszej trasie. Pochodzi z czasów krzyżackich (prawa miejskie zyskało w 1341 r.), a zwiedzić w nim można m.in. gotycki kościół z XV w. Niestety, do przepłynięcia została nam jeszcze połowa zaplanowanej trasy, więc zatrzymujemy się w Lęborku tylko na krótkie zakupy. Płynąc przez miasto, też nie możemy za bardzo rozglądać się na boki, bo rzeka jest ujęta w wąskie koryto i płynie dość wartko. Trzeba uważać, zwłaszcza że czekają niespodzianki - cztery kamienne progi na tyle małe, że da się przez nie przepłynąć, ale na tyle duże, żeby dostarczyć emocji. Za Lęborkiem Łeba wygląda na uregulowaną, płynie wśród pastwisk i terenów podmokłych. Wiosłujemy szybko, także dlatego, że zbliża się wieczór, a nie widać miejsca na biwak. Zmierzamy do lasu na wysokości okolic zaznaczonych jako Bagno Czarne. Niestety, bagno jest prawdziwe, a las to podmokłe olszyny. Po wspięciu się na wysoki brzeg odkrywamy, że kilka kroków dalej znajduje się zamulone starorzecze. W końcu - niemal w ciemnościach - odnajdujemy wąski pas brzegu z suchym gruntem, gdzie można rozbić namioty. To chyba nasz najbardziej odludny nocleg, dookoła mnóstwo śladów dzików.

***

Ostatni odcinek Łeby, aż do ujścia do jeziora Łebsko, to w zasadzie prosty i nudy kanał. W kilka godzin przepływamy ok. 25 km, tyle co przez pierwszych kilka dni. Wczesnym popołudniem kończymy spływ na ostatnim moście przed jeziorem, między Izbicą i Gacią. Na samo Łebsko wolno wypływać tylko za specjalnym pozwoleniem wydawanym przez dyrekcję Słowińskiego Parku Narodowego, gdyż z powodu silnego wiatru od morza na jeziorze tworzą się wysokie i niebezpieczne fale. Cały spławny odcinek Łeby od jeziora Sianowskiego do Bałtyku ma 120 km długości, my w sześć dni przy wysokiej wodzie przepłynęliśmy od Stryszej Budy do mostu w Izbicy 100 km.

Wypożyczenie kajaków - 25 zł za dzień, trzeba doliczyć transport w obie strony, http://www.navigo-kajaki.pl/splywy