Weekend w Brukseli. Gniazdko dla smakoszy

Eurokraci narzekają, że jest taka mała i prowincjonalna, że nic się tu nie dzieje. I uciekają - do Paryża czy Londynu. Bruksela w weekendy pustoszeje. A przecież to na weekend miejsce idealne. Dla miłośników sztuki, przyrody, mody, dobrej kuchni i... komiksów
Historyczna stolica Brabancji razem z przedmieściami liczy sobie zaledwie milion mieszkańców, nie ma więc może rozmachu Paryża ani wielokulturowej barwności Londynu, ale ma swój elegancki styl. I choć wydaje się mieszczańska i stateczna, potrafi zaskoczyć. Na przykład muzeum motoryzacji Autoworld, w którym zebrano najsłynniejsze w historii samochody, w tym limuzyny, którymi jeździli prezydenci Roosevelt i Kennedy, król Belgii Baudouin i królowa Fabiola. I wszystkie na chodzie!

Albo modą - wciąż w cieniu wybiegów Paryża i Mediolanu - ale silną wielowiekową tradycją sukiennictwa, oryginalną i doskonałej jakości.

No i dobrą kuchnią, w której mieszczański i robotniczy stół przykryto wykwintnym francuskim obrusem. Czyli mniej górnolotnie: miejscowa kuchnia z sukcesem zaadaptowała wpływy wielkiej kuchni sąsiada.

Moje pierwsze skojarzenie na temat tego miasta wiąże się z kolorami. Bruksela jest pastelowa, gołębie szarości dominują na tak tu często zachmurzonym niebie, spływają z fasad budynków. To także ulubione kolory belgijskich projektantów mody. W wyrafinowanych brukselskich butikach z dzianiną na wieszakach wiszą szarości, przymglone błękity, ewentualnie zabielone róże. To musi być wpływ klimatu - Brel śpiewał, że nie sposób tu zobaczyć, gdzie niebo zlewa się z ziemią. Chyba że po prostu szarość jest teraz modna...

***

Serce Brukseli bije na Grand Place, umeblowanym z przepychem salonie mieszczańskiego Dolnego Miasta. Koronkowego wykwintu późnogotyckiego ratusza i manierystycznego Le Maison du Roi, dawnej rezydencji królów hiszpańskich, pozazdrościły mieszczańskie kamieniczki. Ale niektóre z nich malowniczo pochylają się ze starości, niczym przygarbione rezydentki przy dumnej królewskiej siedzibie. W lata parzyste na wiosnę na Grand Place układa się wzorzysty dywan z kwiatów, który jest wizytówką i chlubą miasta.

Dwa kroki od rynku można wpaść na małe co nieco do dwóch niezwykłych lokali. Pierwszy, bardzo znany, to A la Morte Subite przy rue Montagne-aux-Herbes Potageres 7. Swoją dość szokującą nazwę wziął od gry hazardowej, w którą grywali tu pracownicy Narodowego Banku Belgii. O tym, który przegrał, mówiło sięmorte subite, czyli natychmiastowa śmierć. Tak nazywa się też serwowane tu piwo, winny lambic i musujące gueuze. Wnętrze - oryginalne z 1928 r., z długimi stołami, przy których na ławach zasiadają zgodnie obok siebie znajomi i nieznajomi, żeby morte subite w pękatych kieliszkach zagryzać białymi serami o wyrazistym smaku.

Mój ulubiony, trochę zapomniany dziś lokal to Le Cirio, przy rue de la Bourse 18. Pod koniec XIX w. do jednoczących się Włoch dotarła rewolucja przemysłowa. Piemoncki król konserw pomidorowych, pan Cirio, otworzył wtedy w najważniejszych miastach Europy eleganckie bistra. Ostało się tylko to brukselskie, w którym wszystko jest takie samo jak sto lat temu. Oryginalne całkowicie, bo wygląda na to, że nigdy nie odnawiane. Jeden z portali internetowych nazwał Le Cirio "klejnotem brukselskiej archeologii bistralnej". Wnętrze rzeczywiście zapiera dech barowym przepychem: smukłe kolumny, wymyślne boazerie, reklamy piwa malowane na blasze, migotliwe kandelabry. A kelnerzy też są wiekowi i dostojni, z odpowiednim do tego miejsca namaszczeniem kładą przed klientem talerz z soczystym rostbefem na zimno.

***

Najbardziej paryskie miejsce w Brukseli to place Grand i Petit Sablon, czyli salon arystokratycznego Górnego Miasta otoczony barokowym kamieniczkami, z pięknym gotyckim kościołem Notre-Dame du Sablon (XIV w.), wokół którego rozkładają swoje stoiska handlarze antyków. Mieszczą się tu legendarne sklepy z czekoladkami: Wittamer (założony w 1910 r.), Pierre Marcolini i Godiva.

Bruksela to przecież królestwo czekolady i ojczyzna pralinek. W 1912 r. Jean Neuhaus wpadł na pomysł, że czekoladę można nadziewać jak cukierki. U Wittamera największą delicją są pralinki z nadzieniem na bazie creme fraiche, czyli świeżej śmietany. Są wyjątkowo cenne, bo ulotne - zachowują świeżość tylko jeden dzień. Za ten luksus trzeba trochę zapłacić - małe pudełko kosztuje ok. 10 euro, a duże kilkadziesiąt.

W manufakturze Planete Chocolat (rue du Lombard 27), można zamówić pokaz robienia czekolady i pralinek. To bardzo proste i trudne zarazem. Masa czekoladowa musi mieć odpowiednią temperaturę - nie mniej ani nie więcej niż 31,1-32,7 stopni Celsjusza (gorzka), żeby nie była zbyt gęsta ani zbyt płynna. Nakłada się ją do specjalnej formy przypominającej pojemnik na kostki lodu, a potem jednym zgrabnym gestem odwraca i wytrząsa nadmiar czekolady. Gdy masa w formie zastygnie w lodówce, nadziewa się ją i znów przykrywa warstwą czekolady, która będzie tworzyć denko.

***

Bruksela to rzeczywiście gniazdko dla smakoszy, ale też miasto sztuk wszelakich. Okolice pałacu królewskiego - monumentalnego budynku z końca XVIII w., z historyzującą fasadą z roku 1900 - to wielkie skupisko muzeów. W królewskich Muzeach Sztuk Pięknych wystawiana jest wspaniała kolekcja flamandzka z najsłynniejszymi obrazami Hieronima Boscha i Pietera Breugla Starszego. Tego ostatniego niewielki "Upadek Ikara", opisywany przez Iwaszkiewicza i Kaczmarskiego, to jeden z pierwszych pejzaży namalowanych po północnej stronie Alp. "Pług rozgryza grudy bure / Karnie dźwiga brzemię wół / Szumne drzewa rosną w górę / Szumne rzeki płyną w dół / Tłustą ziemią oracz kroczy / Płytki w niej odciska ślad / Całym światem jego oczu / Ociężały wołu zad / Odurzone nieba skalą / Morze marszczy się beztrosko / Z migotliwą tańczy falą / Białe piórko z kroplą wosku" - tak pisał Jacek Kaczmarski. Na tym polega geniusz Breugla - namalował dramatyczną scenę zupełnie inaczej. Bukoliczny pejzaż, pochłonięty swą pracą oracz na pierwszym planie. Uważne oko dopiero po chwili spostrzeże we wzburzonych morskich falach "białe piórko z kroplą wosku", ślad po skrzydłach tonącego Ikara.

Drugi słynny obraz-ikona w królewskich muzeach to "Śmierć Marata" Jacques'a-Louisa Davida. Ascetyczny (połowę zajmuje tło), dramatyczny, choć przedstawia martwe ciało, heroiczny, mimo że okoliczności zbrodni są tak banalne (zasztyletowany w wannie!). Na tych przeciwieństwach David zbudował dzieło sztuki.

Zbiory są tak olbrzymie, że jeden dzień to na nie za mało. A tylko tutaj można zobaczyć tak bogatą kolekcję obrazów wybitnych belgijskich artystów, jak Ensor, Delvaux czy Magritte.

Po drugiej stronie Place Royal, przy którym mieszczą się królewskie muzea, uwagę przyciąga wyjątkowy budynek, smukły i "drobnokościsty". To dlatego, że kryje w sobie - a właściwie wcale go nie ukrywa, tylko dumnie eksponuje w fasadzie i cienkich kolumnach wspierających stropy - żeliwny szkielet. Dzisiaj mieści muzeum instrumentów muzycznych. To były dom towarowy, wybitny przykład art nouveau, prądu, który uwielbiał wykorzystywać nowoczesne i oryginalne materiały. W Brukseli, która na początku XX w., dzięki boomowi gospodarczemu związanemu z eksploatacją afrykańskich kolonii, zaczęła się gwałtownie modernizować i rozbudowywać, ten kierunek jest obecny w szczególnie pięknych przykładach. Victor Horta, architekt, który stworzył oblicze brukselskiej secesji, lubił oddawać w architekturze giętkość roślinnych łodyg, łagodząc piony i poziomy ich delikatną linią. Dlatego art nouveau w tym mieście jest antygeometryczne, kwieciste i kobiece.

***

Miasto szczyci się szczególnie swoim Muzeum Komiksu (Belgian Centre for Comic Strip Art, rue des Sables 20), przechowującym 4 tys. oryginalnych rysunków. Światowym centrum bandes desinées stało się dzięki Tin Tinowi, bohaterowi rysunkowych opowieści rodowitego brukselczyka Hergé, prekursora nowoczesnego komiksu.

Jest jeszcze Atomium, czyli model cząsteczki żelaza powiększony 150 000 000 000 razy. Zbudowano go z okazji wystawy światowej 1958 r., a dziś - o dziwo - po przeprowadzonej z pietyzmem rewaloryzacji zarabia na siebie jako atrakcja turystyczna. W najwyższym "atomie" mieści się całkiem dobra restauracja self-service, są też atrakcje dla najmłodszych i wystawa fotograficzna poświęcona budowie Atomium. W środku można się poczuć jak bohater serialu "Star Trek - kosmicznie, ale z myszką, a la lata 50.

Nieopodal stoi jeszcze jedna atrakcja, dla odmiany zmniejszona - park Mini Europa z modelami słynnych budowli z wszystkich krajów Unii Europejskiej, w skali 1:25. Niedawno dołączyły do nich nowe państwa UE - Polska przysłała gdański Dwór Artusa, fontannę Neptuna i pomnik stoczniowców. Trochę to wygląda skromnie na tle francuskich zamków nad Loarą czy Tower of London, nie mówiąc o gotyckiej katedrze z Santiago de Compostela, ale może ekspozycja jeszcze się rozwinie.

***

Nadchodzi wieczór, czas na drinka. Piwo. Dziesiątki gatunków: lokalnych, zakonnych, z minibrowarów. W dzisiejszych czasach, gdy cenimy sobie produkty związane z regionem, w modzie są brukselskie piwa powstałe dzięki naturalnej fermentacji. Tylko w rejonie Brukseli występują bowiem bakterie Brettnomyces odpowiedzialne za lambic, gueuze, faro i kriek. Najdelikatniejsze musujące gueuze przez znawców porównywane są do szampanów, co jest może lekką przesadą, ale tylko lekką. Ulubionym miejscem wieczornych spotkań mieszkańców jest dzielnica Saint Géry-Dansaert. Wokół dawnych hal targowych wyrosły knajpki i knajpeczki ze stolikami na świeżym powietrzu, życie buzuje tu do późna w nocy.

Czas na mule, też najchętniej popijane kuflem piwa i zagryzane frytkami. Najsłynniejszym i najbardziej rozreklamowanym lokalem jest otwarty w 1893 r. Chez Leon. To ogromna restauracja, która najwyraźniej połykała po kolei sąsiednie lokale, rozrastając się przez lata wszerz i w górę. Specjalizuje się we fritures, czyli "smażeninach", ale szczerze mówiąc, smażone mule w panierce z sosem tatarskim to rzecz dla bardziej wytrzymałych żołądków, no i niebywale kaloryczna. Na pewno lżejszy - i moim zdaniem smaczniejszy - będzie garnek muli w białym winie albo w sosie własnym podbitym ostrym aromatem selera naciowego. Tym, którzy owoce morza obchodzą z daleka i z nieufnością, Leon proponuje inne tradycyjne belgijskie potrawy, jak królik duszony w wiśniowym kriek albo stoemp - purée z ziemniaków i innych warzyw z dodatkami.

***

A co kupować w Brukseli? Na pewno ubrania, bo są oryginalne i doskonałej jakości. Mnie zachwycił jeden ze sklepów z ciuchami vintage, marzenie każdej ciotki-klotki. Kwieciste sukienki z lat 70., z czasów, kiedy jeszcze chodziło się do krawca, a nie do sieciowych sklepów, koronkowe torebki jak pralinki, parasolki malowane w chmurki. Za 50 euro można zostać właścicielką sukni-cudu.

Oczywiście warto kupować też pralinki, ale te ze świeżą śmietanką to dopiero na lotnisku, tuż przed wylotem, i zaraz po powrocie poczęstować nimi rodzinę. Inne, klasyczne, mogą poczekać na okazję.

To nic, że eurokraci czują się znudzeni Brukselą. Turystom miasto ofiaruje wiele przyjemności i jeszcze więcej niespodzianek.