Migawki z Maroka. Od Al-Dżadidy do wrót Sahary

Kiedy w połowie drogi zepsuł się samochód, zapytałem kierowcę czy potrafi go naprawić. Uśmiechnął się i odpowiedział jednym słowem: - Inszallach (Jak Bóg pozwoli). W ciągu następnych tygodni miałem je usłyszeć jeszcze wiele razy...


Podróż rozpocząłem od Al-Dżadidy, naturalnego przystanku w drodze z Casablanki do Marrakeszu. 180-tysięczne miasto stłoczone nad Atlantykiem, brud, śmieci i spaliny, tandetne towary. A pośrodku tego wszystkiego istny cud - XVI-wieczne portugalskie miasto z przyległym portem. Dobrze jest zacząć zwiedzanie wcześnie rano, zgubić się w plątaninie wąskich uliczek o obco brzmiących nazwach, obserwować, jak słońce, wychylając się znad murów, zmienia barwę odrapanych ścian, które pamiętają czasy piratów. W południe warto zajrzeć do jedynej w okolicy restauracji La Portugaise i przez chwilę poczuć się jak w Paryżu (nieliczni turyści, którzy odwiedzają Al-Dżadidę - na ogół zresztą Francuzi - prędzej czy później zaglądają właśnie tutaj). Nie spodziewajmy się zbyt wiele po jedzeniu - tajine (potrawa duszona w naczyniu o tej samej nazwie) będzie smakować znacznie lepiej w Warzazat (fr. Ouarzazate) czy w Marrakeszu, ale przyjemna atmosfera i wygodne siedzenia robią swoje. Po skończonym posiłku można z lekkim sercem i niemal nienaruszonym portfelem (większość dań kosztuje nie więcej niż 40 dirhamów, 1 dirham to ok. 40 gr) podjąć na nowo zwiedzanie.

Al-Dżadidę założyli portugalscy marynarze, którzy dotarli do wybrzeży Maroka w 1502 r. Twierdza, którą wznieśli, pozostawała niezdobyta aż do 1769 r., kiedy uległa wojskom sułtana Mohammeda ben Abdellaha. W XIX w. zrekonstruowano cztery z pięciu potężnych bastionów strzegących wejść do miasta; noszą imiona mające poprawić morale obrońców i zapewnić im nadprzyrodzoną ochronę: Ducha Świętego, Anioła, św. Sebastiana i św. Antoniego. Dziś mury twierdzy pozostają tyle piękne, co zapomniane. Przy kościele Wniebowstąpienia kobiety robią pranie, wiekowe armaty rdzewieją na szczytach kamiennych wież. Ściany domów z portugalskimi nazwami ulic płowieją w promieniach południowego słońca.

Z Bastionu św. Antoniego widać dworzec autobusowy. Tu spotykają się dwa światy: stara i nowa Al-Dżadida. Tu także łatwo złapiemy grand taxi (duże taksówki, zazwyczaj stare mercedesy, beżowe lub białe), która zawiezie nas do Casablanki, a nawet do Rabatu.

***

Do Marrakeszu udałem się właśnie grand taxi. Za dwugodzinny kurs zapłaciłem niespełna 100 dirhamów, za to podróż umilało mi siedmiu (!) współpasażerów, w tym trzech na przednim siedzeniu. Kiedy w połowie drogi, gdzieś za Sidi-Bennour, zepsuł się samochód, zapytałem kierowcę, czy potrafi go naprawić. Uśmiechnął się i po chwili milczenia odpowiedział jednym słowem: - Inszallach (Jak Bóg pozwoli). W ciągu następnych tygodni miałem je usłyszeć jeszcze wiele razy...

Marrakesz to miasto rodem z baśni tysiąca i jednej nocy. Można odnieść wrażenie, że gdziekolwiek by się udać, i tak dojdzie się do centralnego placu, przy którym zbiega się większość krętych uliczek medyny (starego miasta) - Dżemaa el-Fna to perła w koronie królewskiego miasta. Bez tego miejsca Marrakesz straciłby połowę swego uroku. O zmierzchu zjawiają się na nim zaklinacze węży, sprzedawcy świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, wróżbici, muzycy, tancerze, treserzy małp... Rozkładają się kramy z jedzeniem, powietrze wypełnia dym z rusztów. Blade światła latarń potęgują wrażenie, że oto znaleźliśmy się w innym świecie. Trzeba przyznać, że miejscowi skwapliwie dbają o podtrzymywanie tego nastroju...

Hipisi, którzy ściągali do Marrakeszu w latach 60., mówią, że plac stracił już swój urok i jest niczym zabawka dla bogatych Europejczyków. Sporo w tym racji, ale Dżemaa el-Fna właściwie zawsze był miejscem "na pokaz". W dawnych czasach dokonywano tu krwawych egzekucji, a głowy przestępców wystawiano ku przestrodze na widok publiczny (stąd nazwa "zgromadzenie umarłych"; inna wersja tłumaczenia - "plac nicości", "plac unicestwionego meczetu" - nawiązuje do zniszczonej w XII w. świątyni, która stała właśnie tutaj). Później plac zamienił się w ważny ośrodek lokalnego handlu.

Warto uciec od zgiełku i przysiąść na chwilę w jednej z pobliskich restauracji (najlepiej na tarasie z widokiem na plac, np. Chez Chegrouni) i zamówić herbatę z liśćmi mięty. Marokańczycy piją ją na okrągło - nic nie ugasi lepiej pragnienia. Kelner przynosi zwykle dodatkowe 3-4 kostki cukru, ale drugie tyle pływa już w szklance, więc powstrzymajmy się od słodzenia.

Marrakesz to również bezkresny suk (ale z powodu turystów ceny znacznie wyższe niż gdzie indziej), imponujące grobowce Sadytów z XVI-XVII w., a w sercu medyny kazba, pałac królewski i meczet Księgarzy z wysokim minaretem (świetny punkt orientacyjny).

***

Essaouirę nad Atlantykiem odwiedzali m.in. Orson Welles, Cat Stevens, Jimi Hendrix. Przewodniki mówiły również o pięknym porcie, piaszczystej plaży i gościnności Gnawa, ciemnoskórych potomków dawnych niewolników sprowadzonych w XV w. przez Portugalczyków do pracy na plantacjach trzciny cukrowej (miałem się o niej szybko przekonać).

Essaouira to przede wszystkim ocean i piaszczysta plaża. Pogodny błękit wody wypełnia przestrzeń aż po horyzont, gdzie zlewa się z jasnym niebem. W porcie umorusani rybacy reperują sieci, inni wracają właśnie z połowu (ryby trafią zaraz do ulicznych sprzedawców). Stada mew gotowe są w każdej chwili wykorzystać nieuwagę ludzi i uszczknąć coś dla siebie.

Z portu do medyny jest tylko kilkadziesiąt metrów. Wystarczy minąć XVIII-wieczną Bramę Nadbrzeżną (Orson Welles uwiecznił ją w filmie "Otello"), przejść parę kroków i już traci się z oczu wodę. W tym mieście trudno jest się zgubić - nie tylko z powodu jego rozmiarów, ale i dlatego, że zostało starannie zaplanowane. Zaprojektował je w XVIII w. francuski architekt Theodore Cornut, który na polecenie sułtana Sidi Mohammeda ibn Abd Allaha rozpoczął budowę nowego miasta w miejscu średniowiecznego Mogadoru. Stąd zresztą nazwa - Essaouira znaczy "dobrze narysowana".

Czy to za sprawą dobrych pomysłów Cornuta, czy też charakteru mieszkańców Essaouira wydaje się czystsza i bardziej malownicza od innych marokańskich miasteczek. Wzdłuż brukowanych uliczek ciągną się rzędy otynkowanych na biało budynków. Warsztaty rzemieślników, otwarte na oścież niezliczone sklepiki "ze wszystkim", kawiarnie i knajpki, gdzieniegdzie galerie (w niespełna 70-tysięcznym mieście osiedliło się wielu wybitnych marokańskich malarzy i muzyków). Życie kwitnie na ulicy, ale warto wstąpić do któregoś lokalu, by - usiadłszy na stosach poduszek - zamówić danie z owoców morza czy wypić szklaneczkę herbaty.

W ciągu stuleci żyli w Essaouirze Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Żydzi, Francuzi i Gnawa. Ci ostatni wywodzą się z terytoriów dzisiejszego Sudanu i kultywują własne tradycje. Legendarny rytuał lila, podczas którego tańczą w rytm bębnów i wpadają w trans, porównywany bywa do haitańskiego wudu czy brazylijskiej makumby. Ale jest bardziej prawdopodobne, że gdzieś na obrzeżach medyny trafimy na improwizowany koncert przypominający radosną zabawę w rytmie reggae, a nie groźną ceremonię.

Już pierwszego wieczoru poznałem sympatycznego Gnawa w dredach imieniem Zacarias. Nalegał, byśmy ze znajomymi zobaczyli instrumenty, które sam robi (m.in. piękne bębny ze skóry gazeli i wielbłąda), ale kiedy zorientował się, że nie mamy ze sobą nic prócz szczerych chęci spędzenia miłego wieczoru i paru drobniaków, wyciągnął skądś parę puszek piwa, skręta i zaczął grać. Po chwili poszliśmy razem do pobliskiej restauracji na talerz langust, by wraz z jego przyjaciółmi zakończyć wieczór w piwnicy pod sklepem, słuchając na zdartych płytach Johna Coltrane'a i Boba Marleya.

***

Czas ruszyć na południe. Z Essaouiry wróciłem jeszcze raz do Marrakeszu, by stamtąd przedrzeć się przez góry Atlas w stronę pustyni. Droga do Warzazat - stolicy marokańskiego południa - położonego po drugiej stronie gór, wije się wśród ośnieżonych szczytów. Samo Warzazat nie jest zbyt ciekawe, gdyby nie fakt, że czuje się tu już gorący oddech Sahary.

Właśnie stąd - i z położonej jeszcze bardziej na południe Zagory - można zorganizować wyprawę na pustynię (jednodniowy spacer po wydmach wraz ze zwiedzaniem okolicy kosztuje ok. 200 dirhamów od osoby, za 800 spędzimy dwie noce w namiotach na pustyni, gdzie dowiezie nas rozklekotany mercedes (dalszą część drogi pokonuje się na wielbłądach lub w samochodach terenowych).

Krajobrazy tych okolic są - jak wszędzie w Maroku - wspaniałe. Surowe piękno doliny Draa przypomina nieco amerykański Wielki Kanion; pasy wyschniętej i popękanej ziemi ożywiają bujne palmowe gaje nad rzeką. Mnie najbardziej zainteresowały jednak ostatnie przed pustynią wioski i miasteczka, z Tamegroute na czele. Znajduje się tu zawija (siedziba) bractwa sufickiego Naciri. W jej skład wchodzi medresa oraz stara biblioteka koraniczna (otwarta dla zwiedzających), w której przechowywane są m.in. XII-wieczne komentarze spisane na skórze gazeli.

Warto wynająć lokalnego przewodnika i z nim przemierzyć zacienione miasteczko, w którym ponad dachami ciasno pobudowanych domostw przeciągnięto drewniane osłony przed słońcem.

Z Mhamid, gdzie w pewnym momencie kończy się asfalt, można już wyruszyć tylko na zachód lub z powrotem na północ (granica z Algierią od lat pozostaje zamknięta).

W sieci

http://www.marrakech-cityguide.com

http://www.essaouira.com

http://www.morocco.com