Książka

Jadąc z przyjaciółmi w Deltę Dunaju, zatrzymaliśmy się na nocleg w radzieckiej wówczas Mołdawii. Zboczyliśmy z pilnie strzeżonej przed innostrancami trasy kiszniowskiej i poprosiliśmy o pozwolenie rozbicia namiotu w ogrodzie gościnnych mieszkańców Besarabii
Trafiliśmy na zaręczyny córki gospodarzy - na tarasie domostwa kończono właśnie oficjalną część tego tradycyjnego obyczaju. Wszystkich (również i nas) zaproszono do ogromnego stołu. Głównym daniem był wielki tort z kukurydzianej kaszy, przed chwilą wyjęty z pieca - dymił i apetycznie pachniał. Gdy nieco ostygł, pani domu pokroiła go naciągniętą oburącz natłuszczoną dratwą, a jej córka rozdawała wszystkim klinowate kawały intensywnie żółtej masy. Łamaliśmy to dziwne ciasto palcami i maczaliśmy w rzadkim sosie podanym w kilku głębszych spodeczkach. Mamałyga jest tradycyjną potrawą mołdawskiej kuchni (kiedyś kojarzono ją z ubóstwem), a Mołdawian zaczęto nawet nazywać mamałygami. Dziś, podobnie jak nasz bigos, jest nadal popularna, lecz wzbogacana czasem wykwintnymi dodatkami. Pasuje do niej gulasz, twarożek na ostro, tarta bryndza lub skwarki. Można ją jeść z grzybami, dżemem i sosami podawanymi do spaghetti czy włoskich past. Wtedy jedliśmy ją z drobno pokrojonym i uduszonym wędzonym boczkiem oraz bardzo gęstą kwaśną śmietaną. Sama mamałyga była dość mdła, natomiast sos piekielnie pikantny. Roztarte ząbki czosnku zalewa się płynem z kiszonych ogórków i dodaje duszoną na oleju słonecznikowym ostrą cebulkę. Jakby tego było mało, niektórzy biesiadnicy wzmacniali całość adżyką - przyprawą zawierającą w sobie wszystkie ogniste smaki, jakie rodzi ziemia od Chalkidiki po Kaukaz. Nasi gospodarze nazywali ten sos sałamachą.

Na pożegnanie obdarowaliśmy gospodarzy polskimi perfumami, kilkoma paczkami kawy inki, a także przepisem na bigos. Oni dali nam na drogę wiaderko świeżych owoców, bukłak kwasu chlebowego i... książkę kucharską "Dom i siemia". Przez całe lata korzystaliśmy z niej, pichcąc ukraińskie, mołdawskie, żydowskie i ormiańskie dania. Niedawno natrafiłem w niej na recepturę sporządzania sosu, który przypomniał mi chwile spędzone przy stole gościnnych Mołdawian. Po rumuńsku sos nazywa się mużdiej, a sałamacha to prawdopodobnie jego ukraiński lub rosyjski odpowiednik.