Portugalia. Costa do Algarve - skok nad Atlantyk

Algarve to kilometry złotych plaż z pocztówkowo błękitnym niebem i oceanem. W tym niezwykłym regionie tradycje portugalskie wymieszały się z mauretańskimi
Dla Maurów, którzy panowali tu od VII do XIII w., były to zachodnie ziemie podbitych przez nich terytoriów. Nazwa Algarve pochodzi wprost od arabskiego al Gharb, co znaczy właśnie Zachód. A dla Portugalczyków to południowy region kraju, zjednoczony z Portugalią w 1249 r. przez króla Alfonsa III (1210-79).

Maurowie to muzułmańscy Arabowie i Berberowie przybyli na półwysep Iberyjski z północnej Afryki, z terenów dzisiejszej Algierii i Maroka. Najdłużej utrzymali się właśnie w Algarve. Dlatego w tym regionie napotkamy najwięcej ich śladów - w urbanistyce i architekturze (bielone domy z filigranowymi kominami, kręte zaułki), obyczajach, nazwach. To również oni sprowadzili do Portugalii m.in. pomarańcze i migdałowce.

***

Lądujemy w stolicy Algarve, 60-tysięcznym Faro. Ciepło, wiatr lekko kołysze pióropuszami palm na ulicach. Port lotniczy zbudowany w połowie lat 60. pęka w szwach, ale sprawnie przyjmuje samoloty z całej Europy. Większość turystów nawet nie rzuca okiem na miasto, tylko pędzi do busów, byle szybciej znaleźć się nad samym Atlantykiem. Ale nasz portugalski przewodnik Ricardo pochodzi z Faro i nie myśli odpuścić nam zwiedzania rodzinnego miasta. Ma rację. Faro chlubi się piękną starówką otoczoną potężnymi obronnymi murami (od czasów średniowiecza wielokrotnie je burzono i restaurowano).

Przekraczamy XIX-wieczną bramę miejską z figurą św. Tomasza i zmierzamy na plac katedralny. Stoi przy nim również pałac biskupi, seminarium, ratusz i wspaniały poklasztorny budynek z XVI w. z renesansowymi arkadami. Obecnie mieści się w nim Muzeum Archeologiczne (wstęp 2 euro) z bogatymi zbiorami rzymskich wykopalisk. Są tu marmurowe płyty nagrobne, rzeźby, kolumny, w tle słychać odgłosy dobiegające z obozowiska rzymskich legionów. Najwspanialszym eksponatem jest ogromna - 9x3 m - mozaika z III w. z głową Neptuna obramowaną ornamentami i symbolicznymi postaciami czterech wiatrów (odkopano ją w 1976 r. w pobliżu miejskiego dworca). Rzymianie podbili Algarve na przełomie II i III wieku n.e. i założyli Faro, które wówczas nazywało się Ossonoba.

Wracamy do katedry Najświętszej Marii Panny, patronki miasta. Z zewnątrz jej biała geometryczna bryła otoczona kaplicami budzi respekt. Majestatu dodaje jej surowa gotycka kamienna dzwonnica, która jako jedyna pamięta początki budowy katedry w XIII w. Wnętrze przyprawia o zawrót głowy XVII-XVIII-wiecznym barokowym przepychem. Główny ołtarz, zwieńczony obrazem przedstawiającym koronację Matki Boskiej, lśni złotym blaskiem. Na bocznych, mieniących się kolorowymi marmurami, tłoczą się pulchne rzeźbione aniołki. Fragmenty ścian pokrywają niebieskie płytki azulejos. A barokowe organy mają czerwoną, stylizowaną na chińską, drewnianą obudowę. Oszołomieni wspinamy się po krętych schodach na dzwonnicę. Roztacza się stąd fantastyczna panorama starego miasta i portowej zatoki.

W ogrodowym murze okalającym katedrę odkrywamy jeszcze osobliwą kaplicę - mozaikę ornamentów tworzą w niej autentyczne ludzkie czaszki przeniesione tu ze starego cmentarza (w innym miejscu, przy kościele karmelitów leżącym już poza murami obronnymi, zobaczymy kaplicę, której ściany i sufit wyłożono gęsto czaszkami i kośćmi ponad 1200 mnichów).

***

Jedziemy nad brzeg oceanu. Do podmiejskiej plaży mamy z Faro zaledwie 7 km, ale omijamy ją i kierujemy się na wschód. Pierwszy przystanek w rybackim porcie Olhao (8 km za Faro). Jego mieszkańcy żyją z połowów co najmniej od XIV w. Olhao długo nie mogło się doczekać praw miejskich Otrzymało je dopiero na początku XIX w., gdy wsławiło się udziałem w walce z okupującymi kraj wojskami napoleońskimi. Dziś liczy 40 tys. mieszkańców.

Zaglądamy do dwóch hal targowych, które każdego ranka przyciągają klientelę z całej okolicy i szukających lokalnych klimatów turystów. W jednej na ladach piętrzą się stosy świeżo złowionych ryb - od sardynek do wielkich morskich potworów. W drugiej stragany uginają się pod bajecznie kolorowymi warzywami i owocami.

Czerwona cegła hal kontrastuje z bielą domów ścieśnionych przy wąskich uliczkach. Każdy skrawek powierzchni się liczy, dlatego mieszkańcy na dachach budują zwykle tarasy.

Turyści wpadają do Olhao na krótko, więc zachowało urok autentyku. Spacerujemy, wypatrując ciekawych azulejos. Są wszędzie - nie tylko na reprezentacyjnych fasadach, ale i na ławkach na portowym skwerze. Na nich ornamenty, wizerunki dawnych mieszkańców, a nawet całe historie. Na przykład o tym, jak dzielni tutejsi rybacy popłynęli dwa wieki temu do Rio de Janeiro, by powiadomić przebywającego na emigracji króla o zwycięstwie nad wojskami napoleońskimi.

Ruszamy dalej i po 50 km docieramy pod granicę z Hiszpanią. Na całym wybrzeżu Algarve wzdłuż plaży ciągnie się - niestety - kilometrowy sznur wielkich hotelowych blokowisk. Pocieszam się, że wprost z balkonu hotelu będę kontemplować wschody i zachody słońca nad Atlantykiem. Plaże przed sezonem i po nim są na szczęście umiarkowanie zatłoczone. Na płaskim wschodnim wybrzeżu można wędrować nimi godzinami. W tej części Algarve jasnozłoty piasek i białe muszelki przypominają te nadbałtyckie, temperatura wody też jest zbliżona. Tyle że Atlantyk zdumiewa przejrzystością. Ciepłe powietrze łagodzi kłujący chłód oceanu, na którym burzą się białe fale.

***

Nie należymy do tych, którzy leżą plackiem na plaży. Próbujemy więc turystycznych atrakcji na całym wybrzeżu i tropimy ślady przeszłości Algarve.

Zaczynamy od twierdzy Castro Marim (wstęp wolny), z której widać Hiszpanię. Ma kształt czworoboku. Potężne mury wyrastają ze wzgórza otoczonego słonymi bagnami. Zewnętrzne, portugalskie pochodzą z XIII w. W 1242 r. Portugalczycy pod wodzą wybitnego wodza Paio Peresa Correii odbili twierdzę z rąk Maurów, którzy po tej klęsce wkrótce poddali się na całym południowym wybrzeżu Atlantyku (ostateczny triumf chrześcijan przypieczętowało wspomniane już zdobycie Faro siedem lat później). W Castro Marim pozostały po nich tylko wewnętrzne, częściowo zrekonstruowane, fortyfikacje; zamek, który otaczały, nie przetrwał.

Przywrócona Portugalii twierdza była strategicznym punktem strzegącym południowo-wschodniej granicy. W XV w. powierzona została Zakonowi Chrystusa, na czele którego stał wielki odkrywca zamorskich terytoriów Henryk Żeglarz (1394-1460). Legenda mówi, że w Castro Marim modlił się o pomyślność swych pionierskich wypraw wzdłuż brzegów Afryki, które przyniosły odkrycie Madery i Azorów. U stóp twierdzy przycupnęło sielskie miasteczko pełne drzewek pomarańczy i domów o mauretańskiej architekturze z charakterystycznymi ażurowymi kominami na dachach.

Kilkanaście kilometrów dalej na południe leży Villa Real de Santo Antonio - port u ujścia granicznej rzeki Guardiany. 18-tysięczne miasto imponuje okazałymi XVIII-wiecznymi kamienicami i regularną szachownicą ulic. Stanowi doskonały przykład racjonalnej, oświeceniowej urbanistyki. Centralnym punktem jest plac imienia markiza Pombala wybrukowany czarno-białą kostką. Stoi tu obelisk sławiący rządy króla Józefa I i Pombala (1699-1782), słynnego polityka i ministra, który podniósł z ruin Lizbonę po wielkim trzęsieniu ziemi w 1755 r. i przyczynił się do rozwoju gospodarczego Portugalii. Villa Real de Santo Antonio markiz zbudował w tym samym czasie w niespełna dwa lata. To jakby replika lizbońskiej dzielnicy Baixa (Dolnego Miasta) w miniaturze. Tyle że w mieście nad Guardianą życie toczy się znacznie wolniej. Zaglądam do kościoła z rokokową figurką św. Antoniego, patrona miasta, otaczaną szczególną czcią. A potem odwiedzam jeszcze muzeum (wstęp bezpłatny) w odnowionej dawnej hali targowej z kolekcją ludowych instrumentów z całego świata.

***

Kolejne miasto wybrzeża, 35-tysięczna Tavira, wydaje się żyć na uboczu ważnych spraw. Ma jednak za sobą wielką historię, a przy tym zachwyca urodą. Ciągnie się malowniczo wzdłuż obydwu brzegów rzeki Gilao przeciętej kilkoma mostami, z których najstarszy pamięta czasy rzymskie. Za panowania Maurów od VIII do XIII w. Tavira była obronną twierdzą. Po zdobyciu jej przez chrześcijan w 1242 r. przeżywała okres prosperity jako miasto położone na handlowym szlaku między Faro i Castro Marim oraz port, z którego w złotych czasach wielkich odkryć geograficznych (XV- XVI w.) wyruszały wyprawy do Afryki. Niestety, z czasem rzeka się zamuliła i port podupadł.

Z czasów świetności zachowały się aż 32 wspaniałe kościoły i wiele innych zabytków. Na lewym brzegu rzeki górują nad miastem średniowieczne mury obronne (pozostałości po zburzonym zamku), lśni bielą klasycystyczny Kościół Matki Boskiej Zamkowej odbudowany po wielkim trzęsieniu ziemi w XVIII w. W tym kościele spoczywa narodowy bohater Paio Peres Correia i jego siedmiu rycerzy, których podstępnie zamordowali Maurowie, łamiąc pokojowy rozejm. Correia w odwecie przypuścił na nich szturm, co - jak wiemy - zakończyło się ich klęską.

Z murów roztacza się widok na całe miasto, a właściwie jego charakterystyczne, czterospadowe dachy.

Ruch kołowy w Tavirze jest znikomy, a odległości znaczne, więc fundujemy sobie romantyczny przejazd dorożką (45-minutowy kurs - 20 euro). I podążamy stępa na prawy brzeg rzeki, do XVIII-wiecznego barokowo-rokokowego kościoła karmelitów...

***

Po południu jedziemy do Benamor Golf niedaleko Taviry. Nigdy wcześniej nie grałam w golfa, ale w Algarve nie sposób nie spróbować tego sportu. W tym regionie znajduje się ok. 30 pól golfowych dla początkujących i zaawansowanych. Modę nań przeszczepili w XIX w. Anglicy i do dziś to oni są bywalcami tutejszych klubów.

Zielone pola w cieniu pinii i palm na lekko pofalowanym terenie wyglądają niezwykle malowniczo. Instruktor udziela nam pierwszej lekcji (godzina nauki - 45 euro). Każdy dostaje kij dostosowany do damskiej lub męskiej ręki oraz wzrostu. Instruktor pokazuje, jak ułożyć na nim ręce, stanąć na lekko ugiętych nogach, zamachnąć się, wykonać skręt całym ciałem i wybić daleko piłkę. Proste? Pozornie. Liczy się każdy detal techniczny. Trafić w piłeczkę, a nie w czyjąś głowę, nawet mi się udaje. Wybicie też poszło. Ale ile potrzeba lekcji, by wcelować do dołka? To już wyższa szkoła jazdy.

Po sportowej rozgrzewce niecierpliwie czekamy na lunch. W restauracji na stół jak zwykle pierwsze wyjeżdżają krewetki. Na przystawkę podaje się także znakomity biały ser, a potem owoce morza. Najbardziej typowe główne danie w Algarve to jednogarnkowa cataplana (ma arabski rodowód) przyrządzana w specjalnych miedzianych naczyniach. Najczęściej miesza się w nich warzywa z małżami, krewetkami i innymi skorupiakami. Przyznam, że chwilami na widok talerzy pełnych muszelek i dziwnych morskich stworów słabnie mój eksperymentatorski zapał i wybieram "zwyczajne" (zawsze świetnie przyrządzone) ryby, jak dorsz czy sola. Do miejscowych specjałów należą też świńskie uszy spreparowane niczym chipsy. Ponadto w menu zupy, ryż i makarony z dodatkiem krabów, mątw, ośmiornic. Do takich dań nieodzowne są znakomite portugalskie wina (nie tylko porto). Przy stole biesiaduje się długo. Kto będzie jeszcze w stanie zjeść deser, może popróbować oryginalnych ciast z migdałami, cynamonem, figami albo serwowanych osobno owoców, np. soczystych ananasów z Madery.

***

Dziś safari. Pod hotel podjeżdża zamówiony jeep pomalowany "na zebrę" (35-40 euro od osoby). Sympatyczny kierowca, ciemnoskóry Josef, uśmiecha się tajemniczo, kiedy próbujemy wybadać, co kryje hasło "safari". - Wkrótce zobaczycie. Tylko uważajcie na wertepach, bo łatwo wypaść albo nabić sobie guza.

Po chwili zjeżdżamy z asfaltowej szosy na górzyste bezdroża - nasze safari to po prostu wspaniałe krajobrazy i nieskażona natura. Jeepem rzuca na wszystkie strony, gdy forsujemy kamieniste wzgórza porośnięte krzewami i dzikimi oliwkami. Wjeżdżamy na polną drogę (wyboistą, ale świetnie wysuszoną przez słońce), która przecina ciągnące się kilometrami plantacje pomarańczy, drzewek granatu, bananowców, migdałowców i najbardziej osobliwych gajów korkowych. Większość korkowców ma brunatno-czerwone odarte ze skóry pnie. To drzewa już po zbiorach. Kora stopniowo odrośnie, ale trzeba na to czekać aż dziewięć lat. Wypatrujemy jeszcze drzew karoba (inaczej szarańczyn strąkowy) wielkości akacji, których owoce przypominają poczerniałe strąki fasoli - po sproszkowaniu dodaje się je zamiast czekolady do ciast i innych słodkich wyrobów.

Alte, gdzie stajemy na popas, to urocze miasteczko w regionie Loule. Białe parterowe i jednopiętrowe domy toną w kwiatach, ich ściany zdobią malowane żółto-niebieskie szlaczki i kolorowe okiennice. Mały parafialny kościół pamięta XIII w., stoi przy nim przypominająca wieżę dzwonnica. Wzniesiono go w podzięce za szczęśliwy powrót jednej z wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej. Dekoracje skromnego wnętrza są dużo późniejsze, błękitne i>azulejos w kaplicach pochodzą z XVIII w. Żegnając się z Alte, zaglądam jeszcze do malowniczego sklepiku pełnego pamiątek. Kusi piękna ceramika: ażurowe, wypalane z gliny (w jej naturalnym kolorze) naczynia w stylu mauretańskim i glazurowane, ręcznie malowane fajansowe talerze i kubki zdobione ludowymi motywami (są na nich szlaczki jak na miejscowych domach, kwiaty i postaci w regionalnych strojach). Nie wychodzę z pustymi rękami, choć obiecywałam sobie nie obciążać bagażu...

***

W głębi lądu, na północny zachód od rzeki Arade, leży pasmo górskie Serra de Monchique. Najwyższe jego wzniesienie, Foia, liczy zaledwie 900 m n.p.m., ale na górskich ścieżkach można stanąć oko w oko nawet z iberyjskim rysiem. Monchique ma wspaniały mikroklimat. Wzgórza porastają bujne drzewa: orzechy, dęby, pinie, eukaliptusy, korkowce. Dają przyjemny cień, chroniąc przed prażącym słońcem. Okolice słyną z wód termalnych (doceniali je już starożytni Rzymianie), które mają zbawienne działanie w przypadku chorób reumatycznych i dróg oddechowych.

Wysiadamy w uzdrowisku Caldas de Monchique pnącym się po zielonych wzgórzach. Przyciąga nie tylko kuracjuszy, ale i weekendowych turystów pragnących zregenerować siły w jednym z hoteli spa (oferty od 1 do 7 dni pobytu). Prócz standardowych basenów, saun, kąpieli mineralnych i masaży proponują one intrygujące terapie, np. winogronową i czekoladowo-kawową (120-800 euro plus koszty noclegu - od 90 euro doba). Niestety, na kurację nie wystarczy nam czasu, zwiedzamy więc tylko były klasztor, w którym ulokowała się zarządzająca uzdrowiskiem fundacja.

***

Nad Atlantyk wracamy przez Partimao i Albufeirę, najmodniejsze turystyczne miejscowości wybrzeża. Do pamiętającego Fenicjan 45-tysięcznego portu w Partimao zawijają wielkie handlowe statki. Obserwujemy, jak powoli płyną na tle potężnych, niedostępnych od strony plaży murów XVIII-wiecznej fortecy wcinających się głęboko w ocean.

20-tysięczna Albufeira pnąca się po wzgórzu (fantastyczne widoki na Atlantyk!) to kameralne, czarujące miasteczko. Jego nazwa wywodzi się z arabskiego al buhera, co oznacza zamek nad morzem - pozostały po nim tylko ruiny obronnych murów. Wyrosłe na zamkowych ruinach białe miasto pełne jest tajemniczych zaułków, handlowych uliczek, placyków z kafejkami, kościółków i kaplic odbudowanych w XVIII w. po wielkim trzęsieniu ziemi, które w 1755 r. zniszczyło większość Portugalii.

Zachodnie i centralne wybrzeże Algarve kusi malowniczymi krajobrazami. Pełno tu naturalnych i sztucznych zatoczek, fantazyjnie uformowanych skał. I piasek, i skały mają tu intensywne rdzawe barwy jak wyrzucane na brzeg duże muszle.

Ostatniego dnia zostaje nam Vilamoura - ekskluzywny port jachtowy na centralnym wybrzeżu. Na wodzie kołyszą się jachty, motorówki, łodzie. Ruszamy na dwugodzinną przejażdżkę motorówką. Za sterem stoi zafascynowany Portugalią Anglik, który od dwóch dekad przyjeżdża regularnie do Algarve. Oddalamy się od brzegu, portowy gwar cichnie, ale nie tracimy z oczu nabrzeżnych skał podobnych do fantastycznych rzeźb. Dopływamy do miejsca, gdzie tworzą one tajemnicze groty ze szmaragdową tonią. Motorówka nieruchomieje, a my nie możemy oderwać oczu od tych cudów natury. Śmiałkowie, nie bacząc na termiczny szok, skaczą w głębiny i pływają wśród skał.

Pożegnalny wieczór także spędzamy w Vilamourze. Port jachtowy otaczają rzęsiście oświetlone bary, puby, dyskoteki i luksusowe restauracje. Nie bardzo wiemy, co wybrać, więc zdajemy się na wesołą międzynarodową grupę fanów futbolu, ciągnących do baru Sete z czerwonymi parasolami. W środku odkrywamy, co ich tu zwabiło - ściany wytapetowano zdjęciami Luisa Figo, narodowej dumy Portugalczyków, zdobywcy tytułów Piłkarza Świata i Najlepszego Piłkarza Portugalii. Nic dziwnego, bar jest własnością piłkarza i jego fani ciągną tu jak do futbolowej Mekki.

Wokół nas kłębi się tłum przekrzykujących się nawzajem Anglików, rozemocjonowanych meczem, który oglądali. Do Warszawy odlatujemy dopiero za parę godzin, ale mamy wrażenie, że już wystartowaliśmy i że nieoczekiwanie wracamy okrężną trasą - z międzylądowaniem w londyńskim pubie.

Najtańszy przelot Centralwings z Warszawy Lizbony ok. 900 zł

http://centralwings.com

W sieci

http://www.algarve.web.com

http://portugal-info.net/algarve

http://www.portugalvirtual.pt