Podróże Marzeń. Nepal - w krainie tysiąca świątyń

Na straży miast w Kotlinie Katmandu stoją od wieków kamienne lwy, słonie, gryfy i smoki
Zanim udamy się na trekking w Himalaje (po to zazwyczaj przyjeżdża się do Nepalu), zatrzymajmy się w starych miastach Kotliny Katmandu, stolicach małych królestw dynastii Malla. To jedne z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie widziałam w życiu. Architektoniczny cud świata z Himalajami na horyzoncie. Na małej przestrzeni tłoczą się świątynie, kapliczki, stupy, statuy i posągi. Wierni składają ofiary w miseczkach, palą kadzidełka, uderzają w dzwony. W przyświątynnych basenach i studniach z rzygaczami w kształcie krokodylich głów jedni się myją, inni robią pranie. Gdyby nie współczesne stragany i pojazdy, iluzja podróży w czasie byłaby niemal całkowita.

***

O 7 rano motoriksza (rodzaj motorka z doczepioną plastikową budą, mieści trzy osoby, ten kurs - 80 rupii) wiezie nas z Katmandu do Patanu, dawnej stolicy królestwa o tej samej nazwie. Choć to niedaleko, niemal przedłużenie Katmandu, miasta dzieli rzeka Bagmati - mocno daje nam się we znaki lodowaty wiatr.

Patan, znany też jako Lalitpur ("miasto piękna"), zachował średniowieczną zabudowę - wąskie uliczki, niewielkie place, jedno- i dwupiętrowe domy z cegły z bogatymi drewnianymi zdobieniami (zwłaszcza okna, drzwi, poddasza).

Przede wszystkim chcemy zobaczyć główny plac, Durbar, z architekturą z XVI-XVIII w., gdy panowali tu królowie z newarskiej dynastii Malla. Uchodzi za najwspanialszy kompleks architektoniczny stworzony przez lud Newarów (dziś jedna z nepalskich mniejszości, ok. 1,5 mln mieszkańców - 5,4 proc. ludności). Po jego lewej, zachodniej stronie stoi rząd cudownych świątyń buddyjsko-hinduistycznych, dwu-, trzy-, czterokondygnacyjnych. Mają zazwyczaj kształt pagód na kamiennych podmurówkach, o ścianach z drewnianych belek i cegieł, z ażurowymi galeriami, rzeźbionymi wspornikami, krytych czterospadowym dachem, na nim rdzawa dachówka, rzadziej blacha. Łatwo wśród nich zabłądzić, zwłaszcza że ta sama świątynia może nosić różne imiona.

Naszą uwagę zwraca kamienna Kryszna Mandir (mandir to świątynia) z XV-XVII w., w typie sikhary - z wieżą nad głównym sanktuarium. U jej stóp cztery kamienne, ufryzowane lwy i kolumna z posągiem Garudy, orła o ciele człowieka - dosiadał go Wisznu, którego ósmym wcieleniem jest Kryszna. Inny jego wierzchowiec, kamienny Nandi w postaci byka, czeka na tyłach budowli.

W najbliższym sąsiedztwie stoi trójkondygnacyjna świątynia boga handlu i interesów Bhimsena (jeden z bohaterów "Mahabharaty"). Może za sprawą patrona jest w tak znakomitym stanie? Dwupiętrowa Jagannarayan uchodzi za najstarszą (ok. 1565-1600). U jej stóp oczywiście lwy, a poddasza zdobią rzeźbione w drewnie sceny erotyczne.

Tuż obok rozłożył się targ staroci i trudno oprzeć się pokusom. Mnóstwo figurek i głów Buddy, dzwonki, kołatki, naczynka - z drewna, mosiądzu, brązu, srebra (parę godzin później opuszczę Patan ze starą klamką w kształcie pawia). Ktoś smaży placki w głębokim kociołku i sprzedaje posypane cukrem, ktoś rozłożył starą maszynę do szycia typu Singer i oferuje usługi krawieckie na miejscu.

***

Niemal całą wschodnią stronę placu Durbar na prawo od świątyń zajmuje rozległy pałac królewski i muzeum (jeszcze zamknięte). Vis-a-vis pałacowej bramy - imponująca kolumna z królewską figurą na szczycie. Yoganarendra Malla (1684-1705) siedzi na tronie o kształcie lotosu z dłońmi w modlitewnym geście. Nad owiniętą w turban głową sterczy kobra (symbol opiekuńczy), na której czubku przysiadł ptaszek. Według legendy pewnej nocy król zniknął, zapowiadając, że dopóki ptaszek znajduje się na swoim miejscu, dopóty on może w każdej chwili wrócić do pałacu. Dlatego naprzeciwko zawsze czeka nań otwarte okno i drzwi oraz przygotowana fajka wodna.

Ponieważ poranek jest piekielnie zimny, postanawiamy ogrzać się w pobliskiej Café Patan (jedyna czynna od rana). Wnętrze pełne starych mebli i ozdobnych rupieci, poduszek i dywaników. Choć kuszą dziedzińce z plątaniną roślin i bambusowymi fotelami, wolimy ciepły piecyk w środku...

O 10.30 otwiera podwoje muzeum w królewskim pałacu, prawdopodobnie najwspanialsze w całym kraju (można zwiedzać tylko jego część, bilet 250 rupii). Ceglane budynki o spadzistych dachach zostały dość niedawno odrestaurowane - wyglądają bardzo porządnie i czysto, zresztą wszędzie uwijają się sprzątacze z miotełkami. Kompleks tworzą liczne dziedzińce opasane piętrowymi, drewnianymi krużgankami - robota po prostu koronkowa! Wystające pagodowe daszki podtrzymują rzędy drewnianych figur z hinduistycznego panteonu - plątanina rąk i głów, symboli i fantastycznych stworów. Balkoniki i okna przesłaniają misterne, ażurowe kratki, też z drewna. Niektóre detale są polichromowane, inne niemal czarne ze starości, są też bogate ornamenty ze szlachetnych metali. Z nich najsłynniejsze są tzw. złote drzwi z figurami boga Sziwy i jego małżonki Parvati, świadectwo wielkiej biegłości patańskich rzemieślników.

Niektóre części pałacu sięgają XIV w., ale większość stanowią XVII-XVIII-wieczne. Wśród kapliczek i świątyń, których i tu nie brak, zwraca uwagę dedykowana Taledźu - głównej bogini Kotliny Katmandu i protektorce królów Malla. Strzegą jej rzeki Ganges i Jamuna na żółwiu i krokodylu.

Na wystawie w dostępnych zwiedzającym komnatach arcyciekawe zbiory. Najwięcej figurek Buddy, ale jest i Ganesz z głową słonia, wieloręka Durga, Hanuman w postaci małpy... Liczą sobie od kilku do kilkunastu wieków. Są naczynia na świętą wodę, lampki, zwierciadła z brązu, meble. Naszą uwagę zwrócił złocony tron królewski z 1666 r. - cały w wężach. Jest i galeria zdjęć pokazujących Patan sprzed wieku, a obok - współczesne fotografie Himalajów (wszystkie wprost fantastyczne).

Po obowiązkowej przerwie na kawę w sympatycznej kawiarni z tarasem, z którego świetnie widać stare miasto, pora na najwspanialszą ze świątyń - Złotą (wstęp 25 rupii), parę minut na północ od placu Durbar. Według legendy buddyjski klasztor powstał w tym miejscu już w XII w., dokumenty mówią jednak o roku 1409. Fasada od strony ulicy jest niepozorna, ale dwa olbrzymie, kamienne lwy u wejścia zapowiadają, że za chwilę czeka nas coś niezwykłego. I rzeczywiście... Przechodzimy przez pokryty glinką i majoliką korytarzyk, by znaleźć się na kwadratowym, małym dziedzińcu. W jego czterech rogach małpy z brązu - każda stoi na dwóch nogach, trzymając w górze owoc. Mijamy kolejną bramę (też z lwami) i naszym oczom ukazuje się świątynia o kształcie trzypiętrowej pagody, cała z miedzianej blachy pokrytej zrudziałym złotem, otoczona pomniejszymi kapliczkami. Od zapachu kadzideł i kwiatów aż kręci w nosie - mnisi i wierni nieustająco składają ofiary przed wielkim posągiem Buddy. W galerii na pierwszym piętrze, na prawo od świątyni, podziwiamy modlitewne młynki, portrety Buddy i freski na murach ilustrujące jego życie. Jest jeszcze jeden mniejszy dziedziniec, ze stupą i świętą studnią (ktoś robi tu pranie).

Wąska uliczka prowadzi nas do jednej ze słynnych czterech stup Aśoki (ok. 264 - ok. 227 p.n.e., twórca indyjskiego imperium, propagator buddyzmu). Ponoć wzniesiono je na jego rozkaz ok. 250 r. p.n.e., na czterech krańcach miasta. Uchodzą za najstarsze zabytki Nepalu, choć nie przetrwały do naszych czasów w niezmienionej formie.

Olbrzymią stupę widać z daleka - wygląda niczym biały, okrągły kopiec na sporej kwadratowej platformie. Od jej czubka biegną linki z kolorowymi modlitewnymi chorągiewkami. Obok kilka małych stup i stojaki z rzędami ustawionych pionowo młynków modlitewnych. Kręcimy nimi tak, jak czynią to miejscowi.

***

Nazajutrz - Bhaktapur. Choć to zaledwie ok. 15 km od Katmandu, droga (bardzo kiepska) zdaje się nie mieć końca - wciąż korki, kierowca zdezelowanego autobusu objeżdża wiele miejsc, szukając pasażerów, co krok robi przystanek. Jazdę utrudniają też wojskowe posterunki - zasieki i piramidy worków z piaskiem (gdy odwiedzam Nepal, jest rok 2004, w porannych anglojęzycznych gazetach "The Himalayan" i "Kathmandu Post" jak zwykle nie brakowało doniesień o zamachach bombowych i potyczkach królewskiej armii z maoistowskimi partyzantami; wymierzona w monarchię rebelia trwa od 1996 r.). Wreszcie rozłożony na pagórkach Bhaktapur. Nieciekawe przedmieścia - plątanina chaotycznej zabudowy - nie zapowiadają wspaniałości, które za chwilę nas tu czekają. Bhaktapur - choć podobny do Patanu i starego Katmandu - ma jednak inny charakter. W 1934 r. poważnie zniszczyło go trzęsienie ziemi i jego plac Durbar jest z tego powodu mniej zatłoczony - nie wszystko udało się odbudować (od lat 70. przywracano mu świetność, m.in. dzięki zachodnioniemieckiemu funduszowi pomocowemu). Wiele starych domów i gmachów ledwo się trzyma - wybrzuszają się ceglane ściany podparte drągami, łamiące się dachy zarastają chaszcze. I może właśnie za sprawą tej dekadenckiej aury Bhaktapur robi na nas tym większe wrażenie.

Jak zwykle mamy zatrzęsienie cudownych świątyń, pną się ku nim wysokie, kamienne schodki. Na ich straży stoją pary olbrzymich kamiennych zwierząt: lwy, słonie, niby-smoki i jakieś uskrzydlone stwory. Niektóre mają ufryzowane grzywy, zawadiacko zakręcone ogony i sterczące kły.

Przede wszystkim chcemy zobaczyć najwyższą w całej Kotlinie Katmandu świątynię Nyatapola. Widać ją z daleka: 30 metrów, pięć pięter obwiedzionych czterospadowym daszkiem. To jeden z najwspanialszych przykładów religijnej architektury Nepalu. Powstała w 1702 r. świątynia była tak znakomicie skonstruowana, że wspomniane trzęsienie ziemi pozostawiło ją niemal nietkniętą. By się do niej zbliżyć, trzeba oczywiście pokonać piramidę schodów. Flankują je pary kamiennych strażników: legendarni wojownicy Jayamel i Phattu, którzy mieli siłę za dziesięciu, wyżej słonie z kamiennymi czaprakami na grzbietach (okupują je umorusane dzieci), dalej lwy, gryfy i wreszcie dwie boginie - Baghini w postaci tygrysicy i lwica Singhini. W środku króluje Sidi Lakszmi, której dedykowana jest świątynia - jedna z małżonek Wisznu, bogini piękna, bogactwa, rozkoszy i szczęścia. Tylko kapłani mają dostęp do jej posągu, ale na zewnątrz umieszczono kilkadziesiąt jej wizerunków - malowanych i rzeźbionych.

Nyatapola ma stanowić przeciwwagę dla siedziby innego bóstwa - Bhairawa (Bhairab), przerażające wcielenie Wisznu, ma tuż obok małą świątynię z XVII w. Pod jej ścianami leżą drewniane i kamienne elementy niezwykłego pojazdu (same koła mają ok. 2,5 m średnicy). Raz w roku jest składany w całość - obwozi się nim po mieście zaledwie 30-centymetrowy posąg Bhairaba w dniu jego święta.

Zanim podejmiemy na nowo wędrówkę przez uliczki i placyki Bhaktapuru (na szczęście można się tu poruszać tylko pieszo), siadamy na mikroskopijnym tarasie mieszczącej się na poddaszu Sunny Restaurant, naprzeciwko Njatapola. Mamy tu świetny widok na placyk z trzech stron okolony zabytkowymi domami. Ich partery zajmują sklepy z pamiątkami i rzemiosłem - Bhaktapur słynie m.in. z ceramiki, rzeźby w drewnie, marionetek. Zajadamy chrupiące naleśniki z warzywami i wegetariański ryż, popijamy arcygęsty i nieco słodkawy jogurt w kamiennych miseczkach. Na koniec - jak zwykle - wjeżdża na stół koszyczek z kawałkami cynamonowej kory, goździkami i pomieszanymi z cukrem nasionami anyżu - świetna, odświeżająca przegryzka. Nagle dobiega nas hałaśliwa muzyka (klarnet i dużo blaszaków) - zza rogu wyłania się orszak weselny, na którego czele kroczy orkiestra w tradycyjnych, czerwono-białych strojach.

1 euro = ok. 90 rupii nepalskich

W sieci

Patan

Katmandu

Bhaktapur