Południowa Anglia. Od Tunbridge Wells do Salisbury - w cieniu katedr, w zapachu magnolii

Sielskie krajobrazy, cudne średniowieczne miasteczka, a w nich katedry, jedna piękniejsza od drugiej
W Anglii wszystkie drogi prowadzą do... Londynu. Chcąc zwiedzić jakąkolwiek część tego kraju, dobrze jest zacząć od stolicy, molocha nie do ogarnięcia (8,2 mln mieszkańców w granicach tzw. Greater London, a ok. 20 mln na obszarze tzw. megalopolis), który w dodatku nieustannie się zmienia. Nie ma co marzyć, żeby poznać wszystkie jego skarby, wady, zalety czy choćby... widoki. Dobre i to, że od początku XXI w. obraca się tam tzw. London Eye - z wysokości 135 m obejrzymy kilka epok w architekturze miasta - od gmachu Parlamentu do Gherkina (korniszon) Normana Fostera czy szklanego jaja City Hall (tegoż). W szklanym klimatyzowanym wagoniku-kapsule (jest ich 32, każdy zabiera 22 pasażerów) przez pół godziny powoli unosimy się coraz wyżej nad miasto, wpatrując się w nie z podziwem i zazdrością. Mosty nad Tamizą (z Tower Bridge i Millenium Bridge), ściana wieżowców Canary Wharf (ze sławnym "ołówkiem" w środku), Waterloo Station, dzielnica Docklands na miejscu dawnego portu... Warto zapłacić za tę przyjemność 14,50 funta. Widoki są tym piękniejsze, że, choć to dopiero początek marca, kwitną magnolie i żonkile, zieleni się trawa, przygrzewa słońce.

Kiedy następnego dnia rano wyjeżdżamy z Londynu na południe, moloch jeszcze śpi - jest niedziela, życie zacznie się koło południa. Na ulicach pojedynczy przechodnie, taksówki i autobusy. Mijamy miejsca, których nazwy każdemu coś mówią: Trafalgar Square, Fleet Street, Mansion House, Tower... Z prawej miga Millenium Dome w kształcie gigantycznego jeża (obecnie własność prywatna). Za pięć lat właśnie w tej części Londynu odbędzie się olimpiada - przygotowania już trwają.

***

Kończy się Londyn i nagle całkowita zmiana krajobrazu - zielone pola (drzewa jeszcze nie), łagodne pagórki, sielsko. Wjeżdżamy do hrabstwa Kent ("kent" to jedno z najstarszych angielskich słów, również nazwa rasy owiec wyhodowanych w tym hrabstwie w XII w.) zwanego wrotami do Anglii, a także Ogrodem Anglii. Uprawia się tu 4 tys. gatunków owoców, rosną jabłonie, orzechy, porzeczki, brzoskwinie (sprowadzone z Chin w XIX w.). Od czasów rzymskich uprawiano chmiel - do dziś zostały usthouses, okrągłe niewielkie budynki z dachami w kształcie rombu, w których suszono liście (pączki chmielu Rzymianie dodawali do sałatek). W sezonie można wejść do wielu wspaniałych ogrodów otaczających równie wspaniałe rezydencje, np. do XVII-wiecznej Groombridge Place, gdzie Joe Wright kręcił wiele scen filmu "Duma i uprzedzenie" wg powieści Jane Austen (bilet do rezydencji 8,95 funta, dzieci 7,45). Kent jest bardzo popularnym miejscem wycieczek, zwłaszcza londyńczyków. Nocują na farmach, dzieląc z gospodarzami ich codzienne życie i pomagając w polu.

Tuż przy granicy z hrabstwem Sussex mają też Royal Tunbridge Wells, małe spa zbudowane wokół Chalybeate Spring, bogatego w żelazo źródła, które na początku XVII w. odkrył Dudley, dworzanin Jakuba I. Szybko stało się modne wśród arystokracji, a na początku XIX w. król Edward VII nadał mu tytuł Royal (ma do niego prawo jeszcze tylko jedno miasto w Anglii - Royal Leamington Spa). Oczywiście źródło bije do dziś, w sezonie (kwiecień-wrzesień) zdrowotną wodę podają dziewczyny w ludowych strojach. Spacerujemy promenadą Pantiles, podziwiając prześliczne domy w stylu Regencji, małe sklepiki i restauracje. W słoneczne niedzielne przedpołudnie na spacer po High Street wybrali się chyba wszyscy mieszkańcy (w XVIII w. w górnej części tej ulicy mogli przebywać tylko arystokraci). Wielu z nich dojeżdża do pracy do Londynu, szybkim pociągiem to tylko 40 min. Nic dziwnego, że chcą tutaj mieszkać - w 2006 r. w programie Channel 4 "Najlepsze i najgorsze miejsca do życia" Tunbridge Wells zajęło trzecie miejsce (pierwsze Winchester, drugie Horsham).

***

Kiedy wjeżdżamy do hrabstwa Sussex, początkowo krajobraz niewiele się zmienia. Zielone pola dzielą niewysokie żywopłoty, na łąkach pasą się krowy i owce. Mijamy piękne domy ukryte za wysokimi ogrodzeniami. Przy drodze kwitną na żółto krzaki odmiany żarnowca (łac. planta genesta). Geoffrey z Anjou, ojciec króla Henryka II, podobno nosił gałązkę u hełmu, więc dynastię, którą zapoczątkował, nazwano Plantagenetami. Jedziemy drogami przypominającymi wąwozy, ponieważ powstały na miejscu wydeptanych przez wieki ścieżek. Na horyzoncie zaczynają pojawiać się wzgórza kredowe (ciągną się przez 130 km) - to już South Downs. Z daleka, na sztucznie usypanym wzgórzu widać kamienny normandzki zamek obronny w Lewes, jeden z wielu zbudowanych w Anglii przez Wilhelma Zdobywcę w XI w.

Obecność kredowych wzgórz oznacza, że zbliżamy się do wybrzeża i najsławniejszego angielskiego kurortu w Brighton. Patrząc na białą, zwartą ścianę hoteli (owszem, pięknych, w stylu georgiańskim), którą od morza dzieli bardzo ruchliwa, zatłoczona szosa, trudno uwierzyć, że jesteśmy w najpopularniejszym angielskim kąpielisku. Gdzie tu się kąpać? Kamienista, czarna plaża, resztki spalonego mola, kilkaset metrów dalej drugie molo (Brighton Pier) zastawione pawilonami w stylu disnejowskim, skąd dobiega głośna muzyczka typowa dla wesołych miasteczek. Kiedyś musiało wyglądać inaczej, skoro malował je Joseph Mallord William Turner i John Constable...

To już lepiej obejrzeć sławny z kuriozalnej architektury Royal Pavilion, wybudowany na początku XIX w. przez Księcia Regenta (późniejszy król Jerzy IV), powiększony i przebudowany przez Johna Nasha w stylu pałaców indyjskich, z mnóstwem kopułek i wieżyczek. Mieszkał tu też król William IV i królowa Wiktoria. W czasie I wojny w pałacu był szpital dla żołnierzy. Dziś można go zwiedzać (październik-marzec 10-17.15, kwiecień-wrzesień 9.30-17.45, bilet 7,50 funta, ulgowy 5), przechodząc od pokoju chińskiego przez salę bankietową ze wspaniałym żyrandolem, który trzyma w paszczy wielki smok, niżej sześć lamp w łapach małych smoków, przed kominkiem okrągłe tarcze na wysokich nóżkach, które chroniły twarze kobiet przed żarem (i rozpuszczeniem woskowego make-upu). Wytworny pokój muzyczny z okrągłym sufitem wyłożonym złotymi płytkami w kształcie łusek i żyrandolami w kształcie kielichów lilii. Wielka, jak na owe czasy bardzo nowoczesna, widna kuchnia - wysoko umieszczone okna otwierały się od zewnątrz (z dachu), wspaniała kolekcja mosiężnych naczyń, można przeczytać menu na 40 dań! Warto obejrzeć to ekstrawaganckie, eleganckie i dosyć dziwaczne miejsce.

Będąc w Brighton, wybierzmy się do pobliskiego Rottingdean, gdzie w domu zwanym The Elms mieszkał w latach 1896-97 Rudyard Kipling (obecnie własność prywatna, wysokie ogrodzenie pozwala na obejrzenie tylko górnej części domu). Samo Rottingdean to urocza, z klimatem sprzed stuleci historyczna wieś pełna kamiennych domków. Romański kościół św. Małgorzaty otacza cmentarz, na nagrobkach z daleka widać celtyckie krzyże. Stąd niedaleko do sławnych klifów - z bliska wyglądają imponująco. Wysokie kredowe ściany różowieją w zachodzącym słońcu, od strony morza umacniają je kamienne podpory.

***

W zachodniej części hrabstwa Sussex sporo ziemi należy do obecnie panującej dynastii Windsorów, m.in. do księcia Karola, którego farmy produkują tzw. zdrową żywność (tylko taką je rodzina królewska). Krajobraz trochę bardziej monotonny, głównie pola oddzielone od szosy wysokimi krzewami. Za to architektura ciekawa i różnorodna, dużo ładnych czarno-białych domów o konstrukcji szkieletowej. Piękne, ozdobnie strzyżone żywopłoty, rosną wiecznie zielone cisy, araukarie (monkey-puzzle tree) i dęby. Lasów nie ma - przed wiekami ścięto je na budowę statków.

Kiedy zbliżamy się do miasteczka Chichester, portu założonego przez Rzymian (zostały po nich wille z mozaikami przeniesionymi do British Museum), z daleka widać wysoką wieżę sławnej katedry św. Trójcy. Idąc główną ulicą w jej kierunku, mijamy średniowieczny Market Cross, rodzaj ozdobnej kapliczki ustawionej na skrzyżowaniu ulic (stąd słowo "crossroads", czyli skrzyżowanie). W gotyckiej katedrze, pięknej, bardzo jasnej, znajduje się relikwiarz św. Ryszarda z Chichester, XIII-wiecznego patrona miasta. Stąpając po resztkach rzymskich mozaik, podchodzimy do jednego z okien zwabieni niezwykłym światłem - to mocne czerwienie, zielenie i żółcie Marca Chagalla na witrażu ilustrującym Psalm 150, który odsłoniła 6 października 1978 r. Duchess of Kent. To niejedyny nowoczesny akcent w katedrze - jest też obraz "Noli me tangere" Grahama Sutherlanda (1903-80) i gobelin ołtarzowy Johna Pipera z 1966 r.

***

Po krótkim spacerze po Chichester ruszamy M3 do County Hampshire, gdzie w średniowiecznym Winchester nad rzeką Itchen (w X i na początku XI w. było stolicą Anglii) czeka nas spotkanie z kolejną katedrą i z kilkoma historycznymi budynkami w jej otoczeniu. Pierwsza świątynia stanęła tu w VII w. - pozostał tylko zarys fundamentów. Odbudowywana w stylu romańskim, potem gotyckim, dziś jest ich mieszanką, ale jakże wspaniałą! Piękna gotycka nawa główna, romański transept, ogromna średniowieczna chrzcielnica z czarnego marmuru z Tournai ozdobiona płaskorzeźbami ze scenami z życia św. Mikołaja. Najstarsze w Anglii XIV-wieczne rzeźbione stalle, tzw. misericordie (benedyktyni, do których należała katedra, nie mogli wprawdzie w nich siedzieć, ale wąskie wypustki pozwalały im chociaż przysiąść w czasie długich modłów i nabożeństw). Chodząc po średniowiecznych płytkach ceramicznych (zdobione w lilie, wzory geometryczne), krążymy od nagrobka do nagrobka - leżą tu biskupi Winchester, np. William z Wykeham, anglosascy królowie (np. Kanut) czy wreszcie pisarka Jane Austen pochowana tu w 1817 r.

W kaplicy Trzech Króli witraże wielkiego prerafaelity Edwarda Burne-Jonesa, w innym miejscu rząd współczesnych ikon zamówiony u artysty rosyjskiego, a w bibliotece - wspaniale iluminowana XII-wieczna "Winchester Bible" pisana przez dwa i pół roku na skórze z 250 cieląt. Zdobiło ją sześciu artystów, każdy w swoim stylu i - co niezwykle rzadkie - znamy ich imiona, np. The Morgan Master, The Master of Leaping Figures.

W pobliżu katedry stoi m.in. XIV-wieczny Dom Pielgrzyma - stąd, od modlitwy u relikwii św. Swithuna, pobożni pielgrzymi zaczynali wędrówkę do Canterbury. W niewielkim Winchester jest mnóstwo do obejrzenia, choćby XII-wieczny zamek, z którego został tylko wielki hol. Słynie z Okrągłego Stołu Króla Artura, który tu wisi (tak!) na ścianie od co najmniej 1463 r., ozdobiony na krawędzi imionami legendarnych rycerzy.

Nie można stąd wyjechać bez spaceru nad wąziutką, czyściutką Itchen. Żyją w niej pstrągi, ale chcąc je łowić, trzeba wykupić w sezonie kawałek rzeki, co kosztuje 5 tys. funtów tygodniowo (amatorów nie brakuje)! Po lewej dość bystra, ujęta w kanał rzeczka, po prawej wysoki mur (we wnęce sterta kamieni z czasów rzymskich zabezpieczona kratą). Nad brzegiem rosną stare cisy, kwitną magnolie. Czuję się jak w zielonej Anglii dzielnego Robin Hooda...

***

Zanim dotrzemy do Salisbury (i naszej ostatniej w tej podróży katedry), skręcamy w kierunku równiny (też Salisbury), by zobaczyć Stonehenge, najdziwniejszą i najsławniejszą prehistoryczną budowlę w Anglii (na liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO). Żadna fotografia nie jest w stanie oddać dziwności i tajemniczej atmosfery tego miejsca. Wielki krąg złożony ze 123 różnej wielkości kamiennych bloków (pierwotnie było ich dwa razy więcej) stoi na zupełnie płaskiej, zielonej łące. Cały teren jest ogrodzony, można chodzić tylko po wytyczonych ścieżkach, zbliżając się do tej świątyni (?) najbliżej na odległość ok. 15 m (bilet 5,90 funta, emeryci i studenci 4,40, dzieci 3). Do dziś nie wiemy, kto i dlaczego ustawił ją tu 5 tys. lat temu. Wiemy natomiast, że nasi nieznani przodkowie postawili ją w środku wielkiej, gęstej puszczy, transportując głazy (niektóre ważą ok. 50 ton) z odległych o 320 km gór Preseli w Pembrokeshire. Nie byliśmy tam sami. Wszyscy obchodzili krąg powoli, w skupieniu. Widziałam parę starszych ludzi, którzy najwidoczniej przyjechali tu czerpać z kamieni energię - kobieta siedziała z zamkniętymi oczami, stojący za nią mężczyzna trzymał ręce na jej ramionach. Wokół z zielonej trawy wyrastają okrągłe, niewysokie kurhany, niektóre jeszcze niezbadane przez archeologów. A w środku kamiennego kręgu śpiewały ptaki...

County Wiltshire jest znane także z tajemniczych kręgów w zbożu, misternie strzyżonych słomianych strzech oraz z leżącego 13 km od Stonehenge katedralnego miasta Salisbury, gdzie zbiega się pięć rzek: Nadder, Ebble, Wylyle i Bourne, wpływających do Avonu (po celtycku "rzeka"). Tuż pod miastem, na wzgórzu Old Sarum, zachowały się wały obronne grodu z epoki żelaza, a samo Salisbury otacza średniowieczny mur obronny w pięcioma zamykanymi na noc bramami - cztery oryginalne z XIV w., piąta dodana w XIX w. Centralne miejsce zajmuje wspaniała XIII-wieczna katedra św. Marii, idealny przykład gotyku angielskiego, zwana The Blond Beauty. Późniejsza o wiek, lekko przechylona wieża (można na nią wejść do pewnej wysokości) ma 133 m i jest najwyższa na Wyspach. W środku olśniewające sklepienie, historyczne nagrobki, np. Williama Longspee (zm. w 1226 r.), który sześć lat przed śmiercią położył kamień węgielny pod katedrę. Jest piękny i oryginalny - naturalnej wielkości figurę zmarłego wykonano z marmuru, dolną część nagrobka z drewna. Warto zobaczyć też najstarszy na świecie mechaniczny zegar bez tarczy z ok. 1386 r. Działa do dziś, ale nie wybija już godzin. Naprzeciw wejścia do katedry stoi współczesna fontanna, przed nią na rozległym (angielskim) trawniku takież rzeźby, np. "Lunar Disc" Emily Young z 2004 r. wykonany z onyksu sprzed miliona lat.

Kiedy wyjeżdżamy z Salisbury z powrotem do Londynu, znowu świeci marcowe słońce. Żegnają nas zielone pola, żółte żonkile i białe tarniny, które zdążyły zakwitnąć w ciągu tych czterech czarownych dni. Farewell England!

W sieci

http://www.visittunbridgewells.com

http://www.aboutbritain.com/TheRoyalPavilion.htm

http://www.chichester.gov.uk

http://www.wyrdlight.com/wincheststory/insidewinchester.html

http://www.britannia.com/history/h7.html

http://www.salisbury.gov.uk

http://visitbritain.com.pl