Podróże po Indiach. Pendżab - w krainie sikhów

Dzień rozpoczynają od medytacji i wyznania wiary. Nie piją alkoholu, nie palą tytoniu i sumiennie wykonują swoją pracę
W holu lotniska w Delhi otoczył mnie barwny tłum - jedni oferowali riksze, inni pokoje w hotelach i oprowadzanie po mieście. Wypatrywałem znajomego Hindusa, z którym łączył mnie wspólny przyjaciel (jakimś cudem trafił z dalekiej Azji na Pomorze Zachodnie). Miałem zamiar spędzić u niego kilkanaście dni. Idąc na umówione spotkanie, przekonałem się, że już nawet lotnisko, jego atmosfera, gwar i zapach przenoszą mnie w inny świat. Oszołomiony dotarłem wreszcie do wyjścia. Tam, w kolorowej mozaice kartonowych tabliczek, które trzymali oczekujący na podróżnych, zacząłem szukać swojego imienia i nazwiska. Tłum powoli się przerzedził - zostałem sam. Okazało się, że nikt na mnie nie czekał. Poczułem się jak dziecko pozostawione samemu sobie na Stadionie Dziesięciolecia. Po kilkudziesięciu minutach zadzwoniłem do znajomego Hindusa. Po drugiej stronie nikt jednak nie podnosił słuchawki. Zdecydowałem, że sam odnajdę go na przedmieściach Hoshiarpur w stanie Pendżab, 400 km na północ od Delhi. Chciałem tam spędzić co najmniej tydzień, w ramach aklimatyzacji. Trzeciego dnia dostałem jednak wysokiej gorączki i drgawek, zalewał mnie pot. Śniłem niespotykane rzeczy i niewiele rozumiałem z otaczającego mnie świata. Po kilku dniach dzięki troskliwej opiece gospodarza i pomocy lekarza wróciłem do zdrowia. Spakowałem do plecaka niezbędny sprzęt i obrałem kierunek na Pendżab, stan Indii najdalej wysunięty na północny zachód. Nazwa tej krainy w hindi oznacza Pięciorzecze, bowiem szeroką równinę przecina pięć dorzeczy Indusu.

***

Woda w Indiach jest skarbem, który trudno przecenić. W suchym zwrotnikowym klimacie rolnicy uprawiają zboża, trzcinę cukrową, ryż i bawełnę. Na rozległych łąkach wypasają bydło i owce. Podobnie jak pola, nawadnia je woda z licznych rzek i strumieni. Dzięki temu rolnictwo daje pracę niemal połowie z blisko 25 mln mieszkańców Pendżabu. Zaledwie 2 tys. z nich mieszka w Chabbewal, wiosce położonej 100 km od granicy z Pakistanem. Dotarłem tu po 12-godzinnej podróży autobusami, w 30-stopniowym upale. Tłok na trakcie prowadzącym na zachód był nie do opisania. Piesi, rowerzyści, woźnice, siedzący na lichych wozach ciągniętych przez woły niechętnie ustępowali drogi traktorom i ciężarówkom. Ich kierowcy, nieustannie trąbiąc, wymuszali pierwszeństwo przejazdu. Wieś była podobna do tych, które mijałem po drodze. Kolorowe reklamy kontrastowały z szarą elewacją budynków. Asfaltowa jezdnia miejscami przechodziła w ubity trakt. Na poboczach kałuże i błoto po niedawnych opadach. Nim autobus oddalił się od przystanku, dobiegł mnie miarowy głos bębnów. Po chwili zza pobliskiego zakrętu wyłoniła się kolorowa procesja sikhów. Pięćset lat temu ich pierwszy guru Nanak zmagał się z teologicznymi wątpliwościami. Ostatecznie połączył ze sobą humanistyczne pierwiastki islamu i hinduizmu. Pendżab stał się miejscem narodzin nowej wspólnoty społeczno-religijnej, której członkowie stanowią obecnie ponad połowę mieszkańców stanu. Od wieków żyją według zasad zawartych w naukach Nanaka i jego następców. Dzień rozpoczynają od medytacji i wyznania wiary. Nie piją alkoholu, nie palą tytoniu i sumiennie wykonują swoją pracę. Obok dziennikarzy, lekarzy i inżynierów nie brak wśród nich rzemieślników. Mają długie, zadbane włosy, przykryte turbanem (nazywa się ich "ludźmi w turbanach"), nie golą bród, nie jedzą mięsa zwierząt, które nie padły od pierwszego ciosu, i nie uprawiają hazardu. Dają jałmużnę ubogim i kilka razy w roku świętują.

W Chabbewal w barwnej procesji ku czci Nanaka szło kilkuset sikhów i mieszkańców wsi. Otwierała ją orkiestra, a zamykała kawalkada rowerów, traktorów, skuterów i samochodów. Procesji towarzyszył dźwięk bębnów, śpiewy i tańce. Co kilkanaście minut tłum zatrzymywał się, aby obejrzeć zainscenizowane pojedynki.

Podeszliśmy pod śnieżnobiałe mury świątyni, którą z daleka wyróżniała charakterystyczna kopuła. Przed wejściem zdjąłem buty i nakryłem głowę. Gdy tłum wiernych wypełnił wnętrze świątyni, zaczęła się modlitwa, której przewodniczył guru. Po nabożeństwie na wszystkich czekał wegetariański posiłek. Z malutkich miseczek z liści drzewa mango zajadaliśmy młode pędy rzepaku gotowane z koniczyną. Potem podano specjalność regionu - roti, czyli okrągłe placki z mąki kukurydzianej upieczone na blasze wiszącej nad paleniskiem. Rwane na kawałki i maczane w przyprawach, smakowały wyśmienicie.

***

Z Chabbewal wypożyczonym skuterem przez doliny i kaniony spalonych słońcem gór Hills pojechałem do Jawala Mukhi w stanie Himachal Pradesh. W tutejszej świątyni, liczącej 6 tys. lat, odprawia się nabożeństwa na cześć Kali i Sziwy - ich oblicza wykute w skałach otaczających dolinę śledziły każdy mój krok. Obok w niewielkich grotach palił się święty ogień - w jednej z nich rozpoczynało się właśnie nabożeństwo. Była tak mała, że mieścił się tylko kapłan. Przed wejściem stała ośmioosobowa grupa wiernych. W pewnym momencie celebrans nabrał wody w dłonie, ochlapał nią współwyznawców, a potem zaintonował modlitwę, którą odmówili wszyscy uczestnicy nabożeństwa. Następnie pochylił się przy otworze w ścianie i przyłożył do niego płonący kawałek drewna. Kiedy odsunął się na bok, z otworu buchnął płomień (później dowiedziałem się, że w skałach znajduje się gaz). Kapłan zgasił płomień wodą i rozpoczęła się druga część nabożeństwa. Na jego znak pochyliliśmy głowy do ziemi. Każdemu zrobił kciukiem czerwoną kropkę między oczami i wlał w dłonie wodę - wszyscy natychmiast ją wypili (ja polałem nią głowę).

Wieczorem w prastarej świątyni rozpoczęła się ceremonia na pamiątkę zaślubin Sziwy z Parwati. Do piątej nad ranem rozbrzmiewał śpiew mężczyzn z kasty Jagam. Po pięciogodzinnej przerwie pieśni ku czci bóstwa śpiewały kobiety. Około południa wszyscy zasiedli do posiłku złożonego z placków roti i sabzi (mieszanka warzyw z olejem i chili). W tym czasie na tyłach świątyni we wmurowanej w posadzkę makutrze grupa młodych mężczyzn ucierała ogromnym (ok. 2 m) tłuczkiem świeże liście konopi z dodatkiem korzenia imbiru, chili i kawałków trzciny cukrowej, co jakiś czas dolewając na przemian odrobinę wody i mleka. Trwało to prawie półtorej godziny. Gdy utarta masa nabrała ciekłej konsystencji, kubki z napojem trafiły najpierw do starszyzny, potem do reszty uczestników ceremonii. Przeczucie kazało mi wypić tylko kilka małych łyków, mimo to trzy godziny trwałem w dziwnym odurzeniu, uśmiechając się do współtowarzyszy. Noc po zakończeniu nabożeństwa (tradycja ta liczy sobie ponad trzy wieki) spędziłem w gościnie u mieszkańców wsi. Rano pożegnałem gospodarzy i ruszyłem na zachód.

***

Po kilkugodzinnej podróży zatrzymałem się w Amritsarze, 30 km od granicy z Pakistanem. Miasto założył w 1577 r. Ramdas, czwarty guru sikhów. W ciągu wieków stało się głównym ośrodkiem sikhizmu i najbogatszym miastem w regionie. Do historii przeszło jako miejsce krwawych starć i demonstracji. W 1919 r. rzezi na jego mieszkańcach dopuścili się Brytyjczycy, tłumiąc protest amritsarczyków przeciwko ograniczaniu swobód obywatelskich. Nie ominęły miasta zamieszki towarzyszące podziałowi Indii w 1947 r. Poważny kryzys dotknął je na początku lat 80., gdy sikhijscy ekstremiści chcieli "oczyścić" Pendżab z ludności innego pochodzenia. Przez miasto przetoczyła się wtedy fala zamachów wymierzonych przeciwko Hindusom. Podczas jednej z akcji ekstremiści zajęli słynną Złotą Świątynię, chroniąc się w niej po krwawych wypadach w miasto - 3 czerwca 1984 r. odbił ją oddział komandosów.

Złotą Świątynię otaczają wody jeziora Amrit Sarovar (na wyspę dochodzi się groblą). Po drodze widziałem mężczyzn i chłopców zanurzających się w rozległym akwenie, niektórzy pili wodę, inni nabierali ją do naczyń, żeby zanieść bliskim. Wewnątrz i wokół świątyni przepych marmurów i złoceń. Jest tu wyznaczonych siedem miejsc do lektury świętej księgi. Cichej lekturze i modlitwie nieustannie towarzyszy mistyczny śpiew kantorów.

Pogrążeni w medytacji sikhowie przyglądali mi się z lekką nieufnością. Być może biel mojej skóry przywodziła im na myśl wspomnienie tragicznych wydarzeń z przeszłości? Wieczorem zjadłem darmowy posiłek w domu dla pielgrzymów, potem wynająłem pokój (200 rupii) w jednej z licznych w Amritsarze noclegowni dla przybyszów. Musiałem wypocząć, aby zebrać siły do drogi na pustynię.

W sieci

http://www.punjabgovt.nic.in

http;//www.punjabonline.com

Warto wiedzieć

Przelot: British Airways Berlin - Londyn - Delhi - ok. 1000 euro; Aerofłot: Warszawa - Moskwa - Delhi - ok. 700 euro

•  Waluta: rupia indyjska, 1 dolar = 44 rupie

•  Przejazdy: autobus - ok. 60 rupii za 100 km; pociąg, wagon trzeciej klasy - ok. 50 rupii za 100 km, drugiej klasy (sypialny) - ok. 100 rupii za 100 km

•  Rady: planując indywidualny wyjazd do Indii, należy:

- znać przynajmniej podstawy języka angielskiego

- zaszczepić się, choć nie jest to wymagane, na żółtaczkę, tężec, polio, dur brzuszny i błonicę - informacji udziela Instytut Medycyny Tropikalnej i Chorób Pasożytniczych w Gdyni, tel. 0 58 698 96 82 (83)

- przygotować apteczkę: leki na biegunkę (lepiej zaopatrzyć się w nie na miejscu, ponieważ są skuteczniejsze), tabletki z florą bakteryjną niezbędne przy zażywaniu antybiotyków, silny antybiotyk, np. Duomox, leki przeciwko malarii, tabletki do uzdatniania wody, maść na rany i odparzenia, środki przeciwbólowe (polecam ketonal), zestaw do samodzielnych iniekcji (wcześniej trzeba przejść krótki kurs posługiwania się nim), pęseta

- pamiętać o ubezpieczeniu zdrowotnym - 6-miesięczna polisa - ok. 400 zł (w niewielu miejscach się ją respektuje), wizyta u lekarza - od 20 do 100 dol.

Planując wydatki, należy mieć na uwadze:

- różnicę cen tych samych usług dla miejscowych i obcokrajowców, np.: bilet do Tadż Mahal - dla miejscowych z możliwością fotografowania - 50 rupii, dla obcokrajowców - do 1000; wstęp do Parku Narodowego Keoladeo Ghana - odpowiednio 15 i 250 rupii za dzień

- możliwość negocjowania cen w hotelach, taksówkach i in.

- zaskakujące sytuacje - rzeczywistość na miejscu może odbiegać od opisywanej w przewodnikach, dotyczy to np. hoteli, dróg, odległości

- wziąć ze sobą karty do bankomatu (łatwy dostęp w miastach) oraz dolary w niskich nominałach