Tajwan. Matsu czuwa nad Formosą

Taipei 101 to nowy symbol wyspy słynącej z herbaty, kwiatów i zmagań z potężnym sąsiadem. Kto wkrótce tam poleci, zdąży na Festiwal Lampionów - pierwsze święto w nadchodzącym Roku Świni
Około 180 lat przed naszą erą, 15. dnia pierwszego miesiąca kalendarza rolniczego (słonecznego), na chińskim tronie zasiadł cesarz Hanwendi. W każdą rocznicę tego wydarzenia wieczorami zapalano na ulicach barwne lampiony. Inna legenda mówi, że zwyczaj ten upamiętniał Buddę, jeszcze inna, że taoistycznego boga Tianguana. Pewne jest, że od 104 r. p.n.e. festiwal lampionów to ważne święto wieńczące uroczystości powitania Nowego Roku. Przez całą noc je się tradycyjne ryżowe ciasteczka, opowiada zagadki i odprawia tańce smoka. Najważniejsze są jednak papierowe lampy o najróżniejszych kształtach i rozmiarach z wypisanymi imionami i życzeniami - rozświetlają ulice, unoszą się ku niebu lub na powierzchni wody.

Najbarwniejsze obchody na Tajwanie zapowiedziano w tym roku na tydzień od 4 do 11 marca w mieście Taibo (region Chiayi). Główny lampion ma mieć 18 m wysokości i ważyć ponad 20 ton. Będzie obracał się wokół własnej osi, a oświetlą go zmieniające się kolorowe światła i lasery. Lampion otrzyma tytuł "Pokój i Dobrobyt", bo 2007 r. jest Rokiem Świni symbolizującej dobrobyt, ciężką pracę i zdecydowanie. To dobry, ale nie jedyny powód, dla którego warto odwiedzić Tajwan.

***

Po dwóch godzinach lotu nad Morzem Południowochińskim z chmur wynurza się wyspa z rozciągniętym wzdłuż wschodniego wybrzeża wysokim pasmem Gór Jadeitowych. Zachodnia nizinna część, oddalona około 150 km od azjatyckiego kontynentu, rysuje się coraz wyraźniejszą siatką ulic, blaszanych hangarów i wieżowców. Lądujemy na lotnisku imienia Czang Kaj-szeka. To właśnie z tym przywódcą najbardziej kojarzyłem Tajwan. Pod koniec 1949 r., po przegranej wojnie z Mao Zedongiem, zapakował on tysiące skarbów i wraz z armią Kuomintangu oraz milionem uchodźców uciekł na wyspę. Czang Kaj-szek rządził autorytarnie tą jedyną nieopanowaną przez komunistów prowincją aż do śmierci w 1975 r. Republika Chińska (oficjalna nazwa kraju) do lat 70. była przez świat uznawana za prawowitego reprezentanta Państwa Środka. Później, ze względu na rosnącą potęgę mainland China, jak mawiają Tajwańczycy, sytuacja się odwróciła. Choć z 60-letnią demokratyczną konstytucją i prawami człowieka, bliżej jej do Japonii i Stanów Zjednoczonych niż południowoazjatyckich satrapii, niepodległość wyspy uznaje tylko 27 niewielkich państw, w Europie tylko Watykan.

Tajwańczycy są praktyczni, nie obrażają się na rzeczywistość. Inwestują na kontynencie, otwierają się na turystów (wciąż jest ich tu bardzo mało) i starają się utrzymać pozycję regionalnego lidera (pierwsze miejsce na świecie m.in. w produkcji laptopów). Chociaż oba chińskie kraje nie uznają się nawzajem, wymiana gospodarcza osiągnęła w zeszłym roku rekordowo wysoki poziom - Pekin jest już największym odbiorcą tajwańskiego eksportu.

***

Nowoczesne technologie widać na każdym kroku. Obejrzałem m.in. boeinga produkowanego przez miejscowe konsorcjum - największy samolot cargo na świecie, prawdziwy latający wieloryb. Między lotniskiem a Tajpej, stolicą kraju, wiją się między zielonymi pagórkami wielopasmowe autostrady, zagłębiając się w coraz ciaśniejszą tkankę miasta. Nie ma ono centrum, jakie znamy z Europy. Estakady drogowe krzyżują się z kolejowymi, a w dole słychać dwudziestoczterogodzinny zgiełk samochodów i skuterów. Wielką zmorą jest wieczny smog. Obok ponurych bloków chaotycznie ustawionych w cieniu autostrad wyrastają centra handlowe i szklane wieżowce. Najwyższy w stolicy, a zarazem na świecie, to Taipei 101 (od liczby pięter) - ponadpółkilometrowy drapacz chmur na pneumatycznych podziemnych nogach zabezpieczających go przed częstymi w tej części Azji trzęsieniami ziemi i monsunami. Osiem segmentów po osiem pięter ("osiem" po chińsku brzmi tak samo jak "zdobyć fortunę") układa się w strukturę przypominającą bambus. W środku witają nas infantylnie przebrane dziewczyny i z uśmiechem zapraszają do windy (najszybsza na świecie, do 60 km na godz.). Ze szczytu rozciąga się widok na morze nocnych świateł dwuipółmilionowej metropolii przeciętej rzeką i otulonej przez pogrążone w ciemnościach niewysokie wzgórza.

Na obrzeżach stolicy, już za pasmem wzniesień, docieram do National Palace Museum, w którego nowoczesnych wnętrzach zgromadzono skarby przywiezione przez Chang Kaj-szeka. To największy na świecie zbiór chińskiej sztuki - od neolitycznych narzędzi, przez słynną ceramikę z okresu Ming (1368-1644 r.), po współczesną kaligrafię. Można tu prześledzić, jak zmieniały się gusta w Państwie Środka - ozdoby, stroje, a nawet sylwetki ludzi. Najcenniejsze zabytki to pozłacana statuetka Buddy (V-III w. p.n.e.), filigranowa waza w kształcie lotosu z najbardziej cenionej przez Chińczyków szkoły ceramiki dynastii Sung (960-1279 r.) oraz tzw. jadeitowa kapusta (oczywiście pekińska, nie włoska). To ostatnie arcydzieło wyrzeźbiono z jednego kawałka minerału, tak by jego naturalne kolory odpowiadały barwom warzywa i obgryzających go pasikoników (biały i zielony). Drogocenny przedmiot był częścią posagu dynastii Qing (1644-1949 r.), a symbolika jest nieprzypadkowa - kapusta to rodzina, a owady to dzieci

***

Uderzająca obcokrajowców sztywność zachowań Chińczyków nie powinna zniechęcać. Pod maską konwencji kryją się serdeczni, gościnni i ciekawi świata ludzie. Najlepiej przekonać się o tym na nocnym targu (na północy miasta). O zmroku zaczyna się tu karnawał handlu i rozrywki. W wąskich, zatłoczonych uliczkach młodzi i starzy pogrążają się w narodowym sporcie - hazardzie. Otwarte salony automatów do gry w pachinko sąsiadują ze strzelnicami. Młodzież ustawia się w długich kolejkach do gry w zbijanie puszek i innych zabaw rodem z wesołego miasteczka. Starsi ślęczą nad stołami, po których puszcza się do otworów serie kulek, a dzieci z zapałem opiekają zatknięte na patyki i obsypane cukrem żywe krewetki, by zamienić je w swoiste lizaki. Maluchy z kolei bawią się w dom, którego mieszkańcami są maleńkie żółwie przekładane na kolejne piętra akwariów.

Przechodzę przez ciasny pasaż pełen handlarzy zwierząt i wpadam na stragany z butami sportowymi i gadżetami, gdzie królują maskotki Hello Kitty, dziewczynki o wielkich oczach. W górze wiruje intensywny róż, błękit i zieleń roziskrzonych neonów. Gubię drogę w labiryncie uśmiechów i pokrzykiwań (każdy liczący się butik ma megafon), w dymie grillowanych kalmarów i pieczonych na parze bułeczek, w zgiełku ślepych zaułków z tandetną biżuterią i dewocjonaliami. W końcu targ wypluwa mnie gdzieś przy stacji kolejki, ale postanawiam wrócić do hotelu piechotą.

Grand Hotel, w którym mieszkam, to legenda. Jego podziemne korytarze służyć miały jako droga ewentualnej ucieczki przywódcy kraju, który wielokrotnie przyjmował tu koronowane głowy. Dziś ta odnowiona rezydencja przegrywa rywalizację z nowymi luksusowymi hotelami, ale ślady splendoru i historia przyciągają wielu klientów. Warto wdrapać się przez ogród pod ten monstrualny, przypominający pagodę budynek i zajrzeć do olśniewającego czerwienią foyer.

***

Tajwan jest długi i wąski - ma ok. 400 km długości, a w najszerszym miejscu liczy 142 km. Wstęgi autostrad prowadzą na południe w wysokie, zalesione góry. Przed leżącym nad Pacyfikiem miastem Hualien odbijamy w prawo. Droga wrzyna się między pionowe, marmurowe skały wąwozu Taroko. Na dzikie górskie ścieżki nie należy zapuszczać się bez kija do odganiania węży i pająków. Rejon ten zamieszkiwali Taroko - jedno z dwunastu plemion polinezyjskich, które straciły władzę nad wyspą dopiero w XVI w., po przybyciu pierwszej fali imigrantów z Chin. Charakterystyczne tatuaże, którymi malowali twarze, zostały zakazane w czasie okupacji japońskiej (1895-1945). Dziś Taroko wymieszali się z Chińczykami i tylko garstka żyje w bambusowych chatach; nie zajmują się już rolnictwem, tylko oprowadzają turystów po Parku Narodowym stworzonym wokół wąwozu w 1986 r.

Po zachodniej stronie przełęczy rozciągają się plantacje palm betelowych i eksportowanych na cały świat kwiatów (m.in. orchidee, chryzantemy, gerbery). Widać też uprawy trzciny cukrowej, bananów, ananasów i ryżu. Tajwan leży na Zwrotniku Raka - dzięki wysokim temperaturom i obfitym opadom ten jeden z najgęściej zaludnionych krajów na świecie mimo skąpych terenów rolniczych nie musi importować żywności.

Docieram nad Sun Moon Lake - sztuczne jezioro w kształcie słońca stykającego się z księżycem. Nad jego brzegiem wznosi się świątynia Wen Wu, gdzie spotykają się wyznawcy buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu. Mijam olbrzymie, czerwone smoki strzegące wejścia. Schody prowadzą do głównego pomieszczenia, gdzie wpadam na posąg rozzłoszczonego Kuan Ti, boga wojny z rozwichrzoną brodą chroniącego ludzi przed niesprawiedliwością i złymi duchami. Kuan Ti (160-219 r.) jak wielu chińskich bogów był postacią historyczną, generałem za dynastii Han (206 r. p.n.e. - 220 r. n.e.), zasłynął jako wojownik i sprawiedliwy sędzia. W kolejnej sali stoi czarna figura Konfucjusza. Wierni szepczą życzenia i losują z kosza kij zakończony numerem. Potem upuszczają na ziemię drewniane klocki - jeśli ich układ jest odpowiedni, odnajdują na półce karteczkę ze wskazanym numerem i odczytują wróżbę.

Na zachodnim wybrzeżu znajduje się Lukang - dawniej jeden z najważniejszych portów, dziś 80-tysięczne miasto, które ominęła szalona modernizacja. Chungshan Road, handlowa ulica o niskiej zabudowie, pełna reklam na papierowych lampach, warsztatów tapicerskich i sklepików z kadzidłami, zastawiona meblami i starymi rykszami, prowadzi do najstarszej na wyspie świątyni Tienhou (XVII w.). Taoiści czczą tu Matsu, boginię morza, a zarazem patronkę Tajwanu. Główne uroczystości odbywają się wiosną, ja trafiam na nieco mniejsze święto. Groźnie poprzebierani, pogrążeni w transie mężczyźni rozkołysanym krokiem wnoszą do Tienhou lektykę z figurami bóstw i podają je sobie z rąk do rąk, by ustawić na ołtarzu. Głośnym okrzykom towarzyszy bicie dzwonu i gongów, wierni palą w piecach kadzidła i symboliczne "pieniądze" duchów. Jak w większości tajwańskich miejsc kultu i tu obowiązuje synkretyzm. Tysiące miniaturowych statuetek Buddy sąsiadują z taoistycznymi bogami.

Czas na spacer po targu rozciągającym się wokół świątyni, to również dobre miejsce na zakup pamiątek. Wstępuję do jednej z licznych herbaciarni - półfermentowany oolong (od długości fermentacji zależy smak i barwa herbaty) nigdzie nie smakuje tak jak tu. Rozchwytywana na światowych rynkach odmiana nazywana też bywa czarnym smokiem z Formosy. To stare określenie Tajwanu - wciąż używane, choć nieoficjalnie - wywodzi się z połowy XVI w., gdy dla Europy odkryli wyspę Portugalczycy. Formosa znaczy piękna

Republika Chińska

•  Powierzchnia: 36 tys. km kw.

•  Stolica: oficjalnie Nankin w kontynentalnych Chinach, gdzie proklamowana została republika, faktycznie - Tajpej

•  Języki: mandaryński, tajwański, hakka, polinezyjskie

•  Ludność: 23 mln, w tym 360 tys. pochodzenia polinezyjskiego

•  Religia: buddyści 22 proc., taoiści i konfucjanie 21, chrześcijanie 3

•  Klimat: podzwrotnikowy na północy, tropikalny na południu

•  Najwyższe wzniesienie: Yushan (3952 m)

•  Waluta: dolar tajwański, 100 dol. = 9 zł

Jak i za ile

•  Samolot. Na Tajwan można dostać się via Amsterdam, Frankfurt, Londyn, Paryż, Rzym i Wiedeń - z EVA Air (http://www.evaair.com) lub China Airlines (http://www.china-airlines.com) - bilet ok. 800 euro

•  Wiza. Turystyczna (30-dniowa) - 144 zł, rezydencka (półroczna) - 264. Biuro Gospodarcze i Kulturalne Tajpej, tel. 022 213 00 84, http://www.gio.gov.tw

•  Wydatki. Hostel - 10 euro, http://www.polish.hostelworld.com, dwójka w hotelu trzygwiazdkowym - do 80 euro, w czterogwiazdkowym - do 140, http://www.hoteltravel.com. Dwu-, trzypokojowe mieszkanie w Taipei na miesiąc - 350 euro, pokoje odpowiednio taniej, http://www.okroommate.com/taiwan. Obiad w barze - 2 euro, piwo - 2. Komunikacja miejska i taksówki tańsze niż w Warszawie

•  Angielski. Na Tajwanie jest bardzo duże zapotrzebowanie na nauczycieli angielskiego i innych języków europejskich. W prywatnych szkołach można zarobić do 15 euro za godzinę, http://www.tealit.com