Agnieszka Strużyk, studentka architektury, żeglarka*

Serce zostało w Arktyce, na North-West Passage (Przejście Północno-Zachodnie) - liczącym ponad trzy tysiące mil morskich szlaku żeglarskim z Atlantyku przez Arktykę Kanadyjską i Alaskę na Pacyfik
Uchodzi za najtrudniejszy na świecie, od lat rozbudzał moje marzenia. Fascynowała mnie dramatyczna historia trzech wieków poszukiwań szlaku i prób pokonania go. To właśnie tamtędy wiodły trasy wielkich wypraw, m.in. Johna Franklina, Johna Roosa i Roalda Amundsena, który w 1906 r. jako pierwszy odniósł sukces. Na jachcie "Stary" przepłynęliśmy szlak równo 100 lat po Amundsenie. Arktyka to niedostępne, często bezimienne jeszcze tereny. Ogromne, niemal bezludne przestrzenie. Dziko żyjące zwierzęta. Pola lodowe w ciągłym ruchu. Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam zorzę polarną. Miałam wachtę w nocy, dopływaliśmy powoli do Tuktoyaktuk w Arktyce Kanadyjskiej. Na czarnym niebie nagle pojawiły się smugi światła i barw. Roztańczone i ulotne, w ciągłym ruchu. To były niezwykłe chwile. I z całą pewnością najpiękniejsza trasa, jaką można sobie wyobrazić.

Niezapomniany dzień...

lub raczej wieczór, miał miejsce u wybrzeży Alaski. Natknęliśmy się tam na wyjątkowo dużo lodu. Lawirowanie w nim przyniosło sporo emocji i radości. W nocy posuwanie się do przodu byłoby jednak bardzo trudne, postanowiliśmy więc zatrzymać się przy Cross Island, jednej z licznych wysepek. W tym rejonie Arktyki w promieniu wielu dziesiątek mil nie ma żadnych osad. Kiedy podpływaliśmy do wyspy, było już zupełnie ciemno. W ciszy słychać było tylko nasz silnik. Nagle na brzegu zapaliły się światła i zarysowały sylwetki ludzi. Byliśmy mocno zaskoczeni. Po chwili wahania zrzuciliśmy ponton i ruszyliśmy na brzeg. - We are whalers (Jesteśmy wielorybnikami) - usłyszeliśmy. Okazało się, że to Inuici z północnej Alaski, którzy przypłynęli na polowanie. Uścisnęliśmy sobie dłonie. To było niewiarygodne spotkanie. Długo rozmawialiśmy, dzieliliśmy się informacjami i doświadczeniami. Trudno było się rozstać. Wracaliśmy na jacht obdarowani słodyczami, owocami w puszkach i świeżym halibutem.

Ciekawe jest tam to, że...

miałam wrażenie, iż znajduję się jednocześnie w dwóch światach. Jeden z wielorybników, Eric, oprowadził nas po obozie. Tego wieczoru miał wachtę, bo na wyspie były niedźwiedzie polarne. Zademonstrował, jak robi się broń, opowiedział o zwyczajach. Pokazał czaszki wszystkich złapanych tu wielorybów ułożone w długim rzędzie, chronologicznie (w sumie 38). Wysłuchałam historii wielu z nich. Inuici polują tu od 33 lat. Poławianie wielorybów jest dla nich świętem, częścią kultury i tradycji. Wieloryb jest starannie dzielony między wszystkich mieszkańców wioski. Nic się nie marnuje. Mięso nie jest sprzedawane. Nie ma to nic wspólnego z wielkim przemysłem, który tak negatywnie odbił się na populacji tych ssaków. Ale Inuici wcale nie bronią się przed nowoczesnością - w swoich sezonowych domkach mają telewizję i telefony komórkowe, a nawet konsolę do gier. Są otwarci i świadomi zmian, pozostając jednocześnie wiernymi tradycji.

Dojechałam tam...

To właśnie jedna z rzeczy, które w żeglarstwie lubię najbardziej - do takich miejsc jak Cross Island nie prowadzą żadne drogi. Na naszej trasie było ich więcej: Gjoa Haven w Arktyce Kanadyjskiej, Nome na Alasce, bezludna wyspa Nunivak na Morzu Beringa... Pod żaglami podróż trwa dłużej, ale ja widzę w tym wielką zaletę. Po wielu dniach na morzu nabiera się innej perspektywy. Dobrze jest też mieć takie miejsce, do którego się wraca i czuje jak u siebie. Dla mnie "Stary", nasz jacht, był jak dom. Nawet czasem pachniało świeżo upieczonym chlebem.

Najlepsze wakacje spędziłam...

w Arktyce. Ta podróż dała mi wyjątkowy optymizm i wiarę w ludzi. Także w siebie. Dużo się nauczyłam - i w trakcie organizacji rejsu, i tam, na Północy. Wspólnie pokonaliśmy wiele trudności, a ja zrealizowałam jedno z moich wielkich marzeń. Dziś z dużym optymizmem myślę o tych pozostałych.

W Polsce lubię...

m.in. Jastarnię i Półwysep Helski. Panuje tam świetna atmosfera. Uwielbiam wędzone ryby sprzedawane wprost z okien domów. I tłumy młodych ludzi uprawiających sporty wodne. Wracałam tam wiele razy, by odpocząć od trudów przygotowań do wyprawy.

Podróżuję z...

przyjaciółmi. Zawsze uważałam, że najważniejsze jest "z kim", a dopiero potem - "dokąd". Choć wydaje mi się, że samotna podróż też musi być ekscytująca.

Mój ulubiony hotel...

to Nugget Inn w Nome na Alasce. Spędziłam tam jedną dobę, słuchając przez otwarte okno szumu fal na Morzu Beringa. Okna wychodziły na plażę, na której wciąż spotkać można poszukiwaczy złotego piasku. Nome założono w czasie "gorączki złota", a wystrój hotelu oddaje charakter tamtych czasów. Miasteczko liczy zaledwie 4 tys. mieszkańców, a ma 13 kościołów i tyle samo pubów. Jest kolorowe i pełne niezwykłych postaci.

Niebo w gębie poczułam...

na Wyspie św. Pawła na Morzu Beringa. Rybacy poczęstowali nas pysznym halibutem przyrządzonym domowym sposobem. Surowe kawałki mięsa zalane były bardzo pikantną paprykową zalewą. Tak samo dobrze - i też na surowo - smakował arctic char, ryba łososiowata, którą łowiliśmy w Arktyce Kanadyjskiej. Mięso wystarczy dobrze schłodzić i pokroić w cienkie plastry.

Na wyprawę zawsze zabieram...

aparat fotograficzny, kilka książek, płyty z muzyką i dobry śpiwór.

Nigdy więcej nie powrócę do...

Nie ma takiego miasta ani kraju. Jednak planując podróże, wybieram te miejsca, w których jeszcze nie byłam. Wciąż jest ich tak wiele, że długo nie będę myślała o powrotach.

Wymarzony cel podróży:

Marzą mi się wyspy Pacyfiku. Podróż przez Azję. Antarktyda.

*Agnieszka Strużyk to najmłodsza kobieta na świecie (ur. w 1982 r.), która pod żaglami pokonała North-West Passage