Egipt. Na Górze Mojżesza. W cieniu świętej jeżyny

Na Synaj prowadzi Sikket el Basha - ścieżka Paszy i Sikket Saydna Musa - ścieżka Mojżesza
Na szczyt Dżebel Musa, nazywany też Jabal Musa albo Mount Sinai, ciągną pielgrzymi różnych wyznań i turyści z całego świata. Z klasztoru u podnóża góry prowadzą na szczyt dwie drogi: Sikket el Basha - ścieżka Paszy, i Sikket Saydna Musa - ścieżka Mojżesza. Pierwsza jest dłuższa, łagodniejsza w podejściu, można się wspiąć i zjechać na wielbłądzie. Druga, krótsza i bardziej stroma, składa się z ponad 3 tys. stopni wykutych w skale. Legenda mówi, że obie są dziełem pokutnym synajskiego mnicha. Na górę wchodzi się nocą, aby o świcie zobaczyć ze szczytu wschód słońca, a także aby uniknąć południowego skwaru. Jest jeszcze inny powód. - Całe szczęście, że w nocy nic nie było widać - mówi wracająca z góry turystka. - W dzień nigdy bym tam nie weszła.

***

Wspinaczkę rozpoczynam o drugiej w nocy. Ledwo widać zarysy murów monastyru i smukłych cyprysów. Jest ciepło, niebo rozświetlają jedynie gwiazdy. Pas Oriona co chwila wyłania się i ginie. Jego zmienne położenie wskazuje, że nasza droga na szczyt wije się i skręca. Od czasu do czasu w górze widać migoczące koraliki światełek - to latarki moich poprzedników.

Ci, którzy wolą oszczędzać siły, część drogi pokonują na grzbiecie wielbłąda. Od początku towarzyszą nam Beduini z plemienia Dżabalija, powtarzając do znudzenia: "Good camel! Good price!". Nie mogąc oddychać w oparach zwierząt i kurzu, ulegam ich zachętom. Wielbłąd idzie czasem skrajem skalnej ścieżki, a mimo to jego miękkie kopyta wyczuwają każdy stopień - szczęśliwie nie potyka się ani razu. Kiedy droga wielbłądzia się kończy, rozpoczynam wspinaczkę po 700 stopniach. Robi się coraz chłodniej, czas założyć polar, spodnie i ciepłe skarpety. Tuż pod szczytem są małe schroniska ze wspaniałą gorącą herbatą. Dwie godziny, które pozostały do świtu, postanowiłam spędzić na skalnej półce na szczycie. Na chłodne kamienie położyłam wynajęty od Beduinów materac i koce z wielbłądziej wełny. Trudno zasnąć, gdyż ciągle docierają kolejni turyści i lokują się w każdej wolnej szczelinie. Z czasem gwiazdy zaczynają niknąć w szarej barwie nieba. Z mroku wyłaniają się dalekie kontury szczytów, a bliżej, na czubku góry - ludzie pozawijani w koce. Im bliżej świtu, tym ciaśniej i gwarniej robi się na szczycie. Z przejęciem patrzę, jak z mroku wyłania się świat i morze gór, a szarości i grafity przechodzą w blade brązy i beże. Zauroczeniu towarzyszy niedowierzanie - tuż obok kończy się wąska półka i granitowe ściany opadają pionowo w dół - tu spędziłam część nocy?!

Wreszcie na wschodzie nad pasmem chmur pojawia się czerwona łuna. Z pierwszymi promieniami jaskrawo czerwonego słońca bije dzwon kapliczki na szczycie, a echo niesie jego dźwięk po graniach. Milkną różnojęzyczne rozmowy, ciszę przerywa jedynie szum fleszy aparatów fotograficznych. Trwamy tak w milczeniu, a góry nasycają się barwami żółci, później pomarańczy, rdzy i czerwieni. Mała kapliczka stała tu już w IV w. Istniejącą dziś kamienną świątynię z dzwonnicą zbudowano w 1934 r. Na co dzień jest zamknięta, greccy mnisi z klasztoru otwierają ją tylko raz w roku. Według przewodnika przypada to w dniu św. Mojżesza, czyli zgodnie z kalendarzem prawosławnym 4 września. Zaglądam więc tylko do środka przez szczeliny w drzwiach. Ze szczytu Dżebel Musa widzę maleńkie kapliczki na sąsiednich szczytach. Podobno jest ich siedem (nie udało mi się dostrzec aż tylu). Na górze jest także maleńki meczet. Pytam o synagogę. Beduińscy górale mówią, że Żydzi bywają tu rzadko.

Niebawem na szczycie pojawiają się Beduini, zwijają koce i materace, a na ich miejsce ustawiają kramy z pamiątkami, alabastrami i turkusami. Oprócz kamiennych jaj i figurek można kupić płaskie szare kamyki pokryte czarnym, jakby roślinnym motywem. Sprzedawcy przekonują, że te wzory to wizerunek... krzewu gorejącego. Tymczasem są to dendryty, czyli drobne kryształki tlenku magnezu, które na wapiennych skałkach przybierają kształty rozgałęzionych krzewów.

***

Robi się gorąco, czas na wędrówkę w dół. Dochodzę do rozdroża - większość wybrała drogę, którą dotarła na górę. Ja schodzę ścieżką Mojżesza, krótszą, zacienioną, ale i trudniejszą, liczącą ponad 3 tys. stopni. Najpierw mijam płaską dolinę nazywaną Amfiteatrem Siedemdziesięciu Mędrców Izraela. Zgodnie z tradycją do tego miejsca towarzyszyli oni Mojżeszowi w drodze na szczyt. Rosną tu gigantyczne stare cyprysy (podobno jeden ma ponad 500 lat), jest stara pustelnia i beduińskie obozowisko. Potem wąskimi żlebami, którymi miejscami płynie woda z topniejących śniegów, schodzę po wąskich i szerokich, niskich i wysokich stopniach w dół. Gdzieniegdzie wśród kamieni widzę drobne roślinki, które po roztarciu w dłoniach wydzielają wyjątkowo silny aromat. Od razu pomyślałam o "świętej jeżynie", czyli gorejącym krzewie. Schodząc z góry, mijam miejsce pełne kamieni poukładanych w małe stosy. Czy to ślady po pielgrzymujących tu "starszych braciach w wierze"? Mijam także dwie kamienne bramy. Jedna z nich - Brama Spowiedzi - pełniła kiedyś funkcję konfesjonału (zakonnik spowiadał wspinających się na świętą górę pielgrzymów). Jedynie tu odnalazłam symbol judaizmu - namalowaną siedmioramienną menorę. Wypatruję koziorożców nubijskich, rogatych mieszkańców tych niedostępnych terenów. Niestety, bez skutku. W końcu dostrzegam w dole otwartą przestrzeń. W dolinie otoczonej kilkusetmetrowymi ścianami gór leży otoczony murami i cyprysami monastyr św. Katarzyny. Z tej wysokości nie wydaje się duży.

***

Powstanie pierwszej świątyni i klasztoru w pustynnej dolinie na wysokości ponad 1500 m n.p.m. było zasługą św. Heleny. W VI w. cesarz Justynian otoczył je murami i przekształcił w warownię. Swoją nazwę klasztor zawdzięcza umęczonej za wiarę w pierwszych wiekach chrześcijaństwa św. Katarzynie Aleksandryjskiej. Według podań jej relikwie odnaleziono na najwyższym szczycie masywu trzysta lat później i odtąd góra nosi jej imię. Mury obronne monastyru miejscami mają 15 metrów. Dopiero stojąc pod nimi, dostrzegam ich potęgę. Podobno podczas oblężeń czy niebezpieczeństw mnisi zamykali klasztor i wciągali prowiant na linach przez drzwiczki ukryte wysoko w murze. Dziś wchodzący wąską bramą w murze poddawani są kontroli (względy bezpieczeństwa). Mimo upału wypada zakryć gołe ramiona i głowy. Na terenie monastyru znajduje się także meczet z X w. Co ciekawe, wieża kościoła góruje nad nim, co podobno zdarza się niezmiernie rzadko.

Dostępne dla turystów miejsca można zwiedzać codziennie od rana do południa z wyjątkiem piątków, niedziel i świąt prawosławnych. A dostępna jest bazylika Przemienienia Pańskiego, część przy krzewie gorejącym i studnia Jetro. Bezcenna biblioteka, zbiór ikon (ponad 2 tys., najstarsze z VI w.) i inne pomieszczenia są dla nas zamknięte.

W klasztorze modli się, uczy i pracuje fizycznie kilkunastu greckich mnichów, tworząc wspólnotę będącą autonomicznym Kościołem prawosławnym. Przeor nosi godność arcybiskupa Synaju. Ich czarne stroje, długie brody i spokój kontrastują z kolorowymi i głośnymi grupami turystów. Wewnątrz bazyliki nie można robić zdjęć. W skupieniu przechodzimy przez przedsionek z najstarszymi ikonami (zapalam w pewnej intencji długą brązową świecę ręcznie zrobioną z łoju). W półmroku pod złotymi kandelabrami (dar cara Rosji) docieram do absydy ozdobionej mieniącą się złotem mozaiką z VI w. ze sceną Przemienienia Pańskiego. Niestety, nie mogę wejść do kaplicy Krzewu Gorejącego, gdzie wstęp (boso) mają tylko wyznawcy Kościoła prawosławnego (jedynie Jan Paweł II przekroczył próg tej kaplicy podczas pielgrzymki na Synaj przed sześciu laty).

Klasztorowi u stóp świętej góry przyniósł sławę biblijny krzew gorejący, pod postacią którego Bóg ukazał się Mojżeszowi. Jak twierdzą przewodnicy, korzeń starożytnej rośliny znajduje się właśnie pod kaplicą. A krzew rosnący dziś wysoko na murze klasztoru jest podobno jedyną udaną próbą przeszczepu. Nie wygląda imponująco - ot, lekko zeschnięta, płożąca się roślina o mało atrakcyjnych liściach. Botaniczne teorie próbują wyjaśnić, że "święta jeżyna" jest rośliną wydzielającą intensywne olejki eteryczne, które przy wysokich temperaturach mogą samoistnie spłonąć. Jednak odwiedzający klasztor starają się dostrzec w niepozornym krzewie jego cudowne, biblijne znaczenie.

Góra Mojżesza i klasztor św. Katarzyny leżą ok. 150 km od kurortu Szarm el Szejk



Góra Przymierza

Wznosi się na wysokość 2285 m n.p.m. Nie wiadomo, czy występująca w Biblii pod nazwami Synaj, Horeb, Góra Boga jest szczytem nazywanym przez Beduinów Dżebel Musa - Górą Mojżesza. Są teorie, że na Synaju znajdują się jeszcze dwa inne szczyty, które zdaniem biblistów pasują do starotestamentowego opisu miejsca, w którym Bóg ukazał się Mojżeszowi, zawarł przymierze z Izraelitami i przekazał tablice z dekalogiem.