Kreta: 3 porty w 3 dni

Ruin mitycznego labiryntu nigdzie nie ma. Jest za to labirynt zagmatwanej historii i tajemnic Krety, a w każdym mieście - labirynt jasnych uliczek
Chania wojuje, Retymnon uczy się i tworzy kulturę, a Heraklion robi interesy - tak zaanonsował mi główne miasta Krety prefekt Retymnonu. Chociaż potem to porzekadło słyszałam jeszcze kilka razy w czasie krótkiego wakacyjnego pobytu na wyspie, i tak nie sposób dostrzec niuansów. Widać tylko, że wszystkie trzy porty na północnym wybrzeżu są wręcz opętane jednym biznesem - turystycznym. A to, co w nich najciekawsze, to historia.

***

Zaczynam od Heraklionu (dawnej Kandii) - bo jest najstarszy, największy (oficjalnie ok. 140 tys. mieszkańców, w rzeczywistości być może nawet 250 tys.) i najważniejszy. I od razu popełniam błąd. By trzymać się chronologii, udaję się najpierw do Knossos, największego pałacu z epoki minojskiej (była to jedna z najstarszych cywilizacji w Europie, ok. 2600 do 1500-1200 p.n.e.). Wzniesiono go ok. 2000 r. p.n.e., a potem wielokrotnie odbudowywano po pożarach i trzęsieniach ziemi. Został doszczętnie zniszczony ok. 1370 r. p.n.e., a odkryto go dopiero na przełomie XIX i XX w.

Niestety, kolejka do kasy wije się na kilkadziesiąt metrów, a za bramą (bilet 6 euro) trzeba radzić sobie w tłumie przewodników i turystów. By zwiedzić salę tronową musiałabym odstać w ścisku prawie godzinę - rezygnuję po kwadransie. W węższych alejkach także tłok, ogonki ustawiają się nawet do robienia zdjęć na ładnym tle, choćby do fresku z bykiem. Snuję się w skwarze wśród sterty kamieni i jestem rozczarowana - ani one, ani betonowe rekonstrukcje fragmentów pałacu nie oddają charakteru prastarej kultury z epoki brązu.

Rekonstrukcja pałacu do dziś budzi emocje, i to nie tylko wśród archeologów i historyków sztuki. - Widziałaś zbrodnię tego Anglika? - zapytał mnie po powrocie z Krety kolega malarz. "Ten Anglik" to sir Arthur Evans, który w 1898 r. wykupił teren i rozpoczął wykopaliska. Nie ograniczył się jednak do zabezpieczenia ruin. Postanowił odtworzyć pałac zgodnie z własnym wyobrażeniem. Na beżowo-brunatnych kamieniach sprzed prawie 5 tys. lat stanęły gładkie pękate kolumny (kolory ceglaste i rdzawe) i betonowe ściany. Zdobią je freski - niebieskie delfiny, pomarańczowy byk, kobiety z głowami w lokach...

Tym freskom przyjrzałam się potem w Muzeum Archeologicznym w Heraklionie (wstęp 10 euro). Oryginalne okazały się tylko malutkie kawałeczki wielkich malowideł, resztę domalowano. Z tego powodu duże wrażenie zrobił na mnie fresk, którego nie uzupełniono (wisi tuż przy schodach prowadzących do wyjścia) - na białym podkładzie kilka kolorowych plamek: fragment nogi, pół głowy, rąbek sukni. Resztę możemy dopowiedzieć sobie sami.

Najciekawsze są sale na parterze z ceramiką i drobnymi sprzętami z czasów minojskich. Biżuteria jest tak wysmakowana, barwy kamieni tak subtelnie dobrane, że dzisiejsi jubilerzy mogliby wzory czerpać garściami. Z gablot uśmiechają się do mnie gliniane figurki sprzed 4 tys. lat. Niektóre są zdumiewające - mężczyźni o wyłupiastych oczach oplatają się fallusami, kobiety o obnażonych biustach trzymają w wyciągniętych rękach węże...

Dopiero po powrocie z wyspy przeczytam piękny esej "Labirynt nad morzem". Zbigniew Herbert pisze w nim, jak niepewne są hipotezy na temat kultury minojskiej, jaką tajemnicą owiana jest przeszłość wyspy. Przytacza nawet teorię, w myśl której pałac w Knossos był w rzeczywistości wielkim grobowcem. Pisze: "O religii minojskiej pisano wiele, nic bowiem bardziej nie rozpłomienia wyobraźni naukowców niż brak dokumentów i świadectw bezspornych". Zauważając, że po Minojczykach nie pozostały wielkie świątynie, ale drobne figurki, ceramika, biżuteria, sarkofagi, dodaje: "Szczątki imperium, potężnych zamków i stolic nie wzruszają tak bardzo, jak ruiny pałaców minojskich. Wydaje się, że mieszkańcom starożytnej Krety obca była pycha wielkich cywilizacji. Nie wyzywali losu. Starali się przetrwać w swojej odrębności i w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Rozpętane żywioły były jakby zbyt wielkie i nieproporcjonalnie okrutne w stosunku do tego, co niszczyły. Ich ruiny to ruiny kołyski, ruiny pokoju dziecinnego".

Z Muzeum Archeologicznego wychodzę na hałaśliwy, zalany słońcem plac Wolności. Młodzieńcy w obcisłych koszulkach i eleganckie dziewczyny pędzą na skuterach, oblegają kawiarnie i budki z napisem "souvlaki" (szaszłyczki i gyrosy owinięte w chleb pita). W dali morze i opasujące stare miasto mury, miejscami grube na 40 m! To "pamiątka" po Wenecjanach, którzy panowali na wyspie od 1204 do 1669 r. Pod ich rządami fortyfikacje Kandii cieszyły się sławą najpotężniejszych we wschodniej części Morza Śródziemnego. Wzmocniono je zwłaszcza na początku XVI w., gdy wzrosło zagrożenie tureckie. Czytam w przewodniku, że do budowy zwerbowano wtedy wszystkich mężczyzn między 14. a 60. rokiem życia. Nic więc dziwnego, że gdy Turcy zaatakowali, miasto broniło się najdłużej na Krecie - oblężenie trwało od 1648 do 1669 r. Mieszkańcy innych podbitych już miejscowości ukrywali się na sąsiednich wyspach w nadziei, że póki stolica nie padnie, jest szansa na ocalenie i powrót do domów. Jednak Kandia (tej nazwy po najeździe tureckim już nie używano, zastąpiono ją eufemizmem "wielki gród") musiała się poddać, choć na dobrych warunkach. Obrońcy mogli ją bezpiecznie opuścić, zachowując tyle dobytku, ile zdołali unieść.

Dziś mury to atrakcja turystyczna, a z warownego weneckiego portu wiedzie szeroki, elegancki deptak (ul. Handakos). Wędruję tędy z zadartą głową, podziwiając kilkupiętrowe kamienice i pałace. Najokazalsza jest Loggia z 1628 r. z szerokimi arkadami wspartymi na doryckich kolumnach z piaskowca (za eleganckim dziedzińcem z łukami i portalami przechodzi się do pomieszczeń ratusza). Dalej renesansowy kościół św. Tytusa - niski, rozłożysty, na planie czworoboku, z rozetą nad wejściem. Wreszcie docieram na plac Venizelosa. To raczej niewielki skwer albo skrzyżowanie kilku deptaków niż plac z prawdziwego zdarzenia. Ale właśnie tu rozłożyło się najwięcej kawiarń, tu schodzi się najwięcej turystów i miejscowych. Wszyscy ściągają w okolice niewielkiej fontanny Morosiniego (1628 r.). Rzeźbę Posejdona z jej górnej części Turcy zamienili na kamienne lwy. Wrażenie robi za to część dolna: osiem kamiennych tablic z najcudaczniejszymi stworami. Tańczą na nich pół ludzie, pół węże, pędzą na koniach szaleni jeźdźcy, dokoła syreny i byki, gryfy i anioły. Woda ciurka z ich pępków i głów, a nawet z pośladka satyra obłapiającego nimfę.

Jeszcze jedno w Heraklionie mnie zachwyciło - kościółek św. Katarzyny. Stoi przy katedrze z początku XX w., największej świątyni na Krecie. Katedra wygląda bogato i to wrażenie potęguje jeszcze jej architektoniczny eklektyzm (mnóstwo kolumn, łuków, wieżyczek). W środku sute ozdoby, złote żyrandole i błyszczące malowidła. Sąsiadująca z tym kolosem XVI-wieczna św. Katarzyna jest kamienna i prosta, jej apsydy wieńczą kopuły przywodzące na myśl sklepienia meczetów. Mieści się tu muzeum sztuki sakralnej z piękną kolekcję ikon mistrzów szkoły kreteńskiej (wstęp 2 euro). Podziwiam kilka misternych drzew genealogicznych Chrystusa, kilka Sądów Ostatecznych, na których w gronie potępionych stoją osmańscy emirowie pospołu z biskupami Kościoła rzymskokatolickiego. Najstarsze ikony pochodzą z XIV w., a najsłynniejsze - z połowy XVI. Wówczas tworzył m.in. Michal Damaskinos, jedyny mistrz na Krecie, który podpisywał swe dzieła. Uważa się go za jednego z pierwszych nauczycieli El Greka (słynny malarz urodził się na Krecie, prawdopodobnie w Heraklionie, w 1541 r.). Patrzę na postać Judasza z "Ostatniej Wieczerzy", na jego rozwiane szaty, fałdy zaznaczone jasnym kontrastem i wydłużoną, ekspresyjną sylwetkę - kto wie?

***

Gdy Turcy po długim oblężeniu zdobyli wreszcie Heraklion, nie odebrali mu tytułu stolicy wyspy, ale miasto przestało się liczyć. Za ich panowania najważniejsza stała się Chania.

Docieram tu w samo południe. Chyba nie najlepsza pora na zwiedzanie - skwar i słońce, w jego blasku rażą białe domy i ulice. Chania jest jednak gwarna i ruchliwa (oficjalnie liczy 53 tys. mieszkańców, ale z pewnością jest ich o wiele więcej). Ludzie biegają po sklepach (w centrum pełno butików), przesiadują w tawernach (na każdym stole sałatka grecka) i kawiarniach. Chronię się przed upałem w wielkim gmachu, który mógłby być ratuszem, dworcem lub pałacem, a okazuje się XIX-wieczną halą targową. Takie miejsca w obcych krajach zawsze gwarantują moc wrażeń: malownicze stosy towarów poukładanych niby niedbale, a jednak tematycznie i ze smakiem, w nosie kręcą zapachy ziół i przypraw. Mijam stoiska pełne serów (tutejsza specjalność), ryb (morze gatunków), zieleniny (jak gospodynie mogą się w tym połapać?). Są też kramy dla turystów pełne gąbek morskich, toreb, sandałów, buteleczek raki i uzo (greckie wódki - jedna z winogron, druga anyżkowa).

Wypadam na rozświetloną ulicę. Wąskie kręte uliczki prowadzą na główny plac z katedrą zastawiony parasolami i kawiarnianymi stolikami. W katedrze Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny (już w XII w. stała tu świątynia, swój obecny kształt trójnawowa bazylika uzyskała w 1860 r.) przyjemny chłód. Niebieskie wnętrze jest dwupoziomowe, ze sklepienia zwisają srebrne i złote żyrandole, połyskuje ikonostas. Przysiadam na drewnianej ławie na górze - to miejsce dla kobiet, wchodzi się tu schodami jakby ukrytymi za lewą nawą. Naprzeciwko katedry znajduje się Muzeum Archeologiczne w renesansowym kościele św. Franciszka, połączonym z neogotyckim klasztorem franciszkanów. W swojej historii kompleks pełnił też funkcję meczetu, kina, a nawet magazynu wojskowego.

Ale najbardziej podoba mi się port. Wybrzeże ciasno zabudowane starymi wąskimi kamienicami o podłużnych oknach - połowa z nich to dziś hoteliki, parter zajmują tawerny (uwaga, naganiacze!). Spaceruję po kamiennej redzie: z jednej strony pierścień zamyka latarnia morska podobna do minaretu, z drugiej - wieża, na której po raz pierwszy zatknięto grecką flagę po wyzwoleniu wyspy z rąk tureckich w 1898 r. (do Grecji została przyłączona 1 grudnia 1913 r.).

W porcie stoi jeszcze meczet. Nieczynny. Zniszczony i ogołocony z ozdób wygląda niczym ponury kamienny pająk.

Marina jachtowa znajduje się w drugiej części portu po prawej stronie. Przy kejach cumują ekskluzywne żaglówki, a zaledwie kilkanaście metrów od brzegu widać XVI-wieczne doki remontowe (przetrwało dziewięć). Masywne, z grubego kamienia, od strony morza mają potężne drzwi. Niegdyś każdy mieścił solidną galerę.

Włóczę się po starym mieście bez celu, zagłębiam w zaułki pełne zieleni i kwiatów. Cień dają szerokie drewniane wykusze okienne, coś jakby zabudowane balkony przyklejone do kamienic i wiszące nad wąskimi uliczkami - jeszcze jeden ślad Osmańskiego Imperium. Na progu domu siedzi staruszka w czarnej sukni i czarnej chuście. Dwie kobiety rozmawiają z balkonów po przeciwnych stronach ulicy. W małym kościółku pali się w kącie jedna świeczka przed pożółkłą papierową ikonką...

***

Retymnon, trzecie co do wielkości miasto Krety (31. tys. mieszkańców, ale mnóstwo tu przybyszy z okolicznych wiosek nieujętych w statystykach) - po Heraklionie wydaje się malutkie, kameralne. W sezonie pełno turystów.

Góruje nad nim forteca: masywne mury rozsiadły się na wzgórzu tuż nad brzegiem morza. Zbudowano ją w XVI w. na planie czworoboku, z licznymi wieżami i strzelnicami. Co naprawdę zachwyca, to roztaczające się stąd widoki: po jednej stronie skaliste wybrzeże i turkusowe morze, po drugiej Retymnon - minarety dawnego meczetu, jasne domy, a wzdłuż linii brzegowej aż po horyzont hotele, hotele, hotele. Samo wnętrze fortecy to wypalona trawa i porozrzucane tu i ówdzie kamienne budynki. Wśród nich kościółek św. Teodora z 1899 r. ze skromnym ikonostasem, pokaźny arsenał (tuż przy wejściu, obecnie sala wystawowa), a nieco na uboczu dawna prochownia, w której można zobaczyć przez kratę stare armaty (wnętrze wygląda jakby trwał w nim remont).

Z fortecy wpadam w plątaninę jasnych uliczek. Zwiedzam Muzeum Archeologiczne (m.in. wspaniałe sarkofagi z epoki minojskiej, na nich malowidła w barwach ochry, karminu, ugru), Muzeum Etnograficzne (wzorzyste torebki z czerwonej wełny, podobne sprzedawane są na bazarach) i port (od wieków zmorą Retymnonu jest problem z jego zamulaniem). W dziesiątkach kawiarni podają tutejszą specjalność - mrożoną kawę (świetna na upały).

Na koniec polski akcent. W czasach, gdy Turcja była "chorym człowiekiem Europy" (tak nazywano Imperium Osmańskie w XIX w. aż do pierwszej wojny światowej - było ogromne, ale słabe, niereformowalne, targane ruchami wyzwoleńczymi), mocarstwa europejskie podzieliły się wpływami w całym kraju, także na Krecie. Prowincja Retymnonu dostała się pod wpływy rosyjskie. Stacjonował tu carski regiment, a w jego składzie - polscy żołnierze. Gdy wyspę ogarnęło powstanie 1821 r. (jedno z wielu), Polacy zdezerterowali z armii carskiej i wstąpili w szeregi powstańców. Poległych pochowano na polskim cmentarzu. Warto go odwiedzić, nawet jeśli nic nie widać zza wysokiego białego muru (brama jest zamknięta), bo to jego ostatnie chwile. Utrzymanie cmentarza uznano za zbyt kosztowne - zostanie zrównany z ziemią. Polski konsulat zamierza tu postawić pamiątkowy cokół na wzór tego, który parę przecznic dalej przypomina o udziale wojsk australijskich w wyzwoleniu Krety z rąk hitlerowców. Tym, którzy chcą jeszcze zdążyć, podaję adres: ulica Timvasou, przy białym budynku szpitala.

Miasta zwiedzałam ze świetnym przewodnikiem "Kreta", który napisał Peter Zralek, a wydała Agencja "TD", Warszawa 2003, 32 zł

Trochę cen

Lunch: sałatka grecka i lampka wina - ok. 10 euro

Bilet autobusowy Retymnon - Chania lub Retymnon - Heraklion - ok. 6 euro

Bilet miejski - 1,5 euro

Mrożona kawa - ok. 3 euro

Wynajęcie leżaka na plaży miejskiej - 2 euro/dzień

W sieci

http://www.heraklion-city.gr - Heraklion

http://www.rethymno.pl - Retymnon

http://www.chania.gr/index.jsp?lang=en - Chania