Bretania - kraina naleśników i malarzy

Zamiast piaszczystych plaż - skaliste wybrzeża, zamiast głośnych dyskotek - ciche wioski zatopione w zieleni. No i raj dla smakoszy
Głównym miastem regionu jest Lorient, punkt obowiązkowy dla wielbicieli folku, a zwłaszcza muzyki celtyckiej. Co roku, w pierwszej połowie sierpnia odbywa się tu Festival Interceltique de Lorient (w skrócie FIL), podczas którego miasto zamienia się w celtycką wioskę wypełnioną muzyką. Największym wydarzeniem będzie "Magic Night" - wielki koncert prezentujący muzykę celtycką z różnych krajów (bilet 17,50 euro). W tym roku gościem honorowym festiwalu jest Australia (wstęp na wielką noc australijską 23,80 euro).

Lorient to także olbrzymi targ rybny odbywający się w soboty i miejsce, z którego odpływają statki do bardzo atrakcyjnych turystycznie Port-Louis i Ile de Groix.

Do Port Louis ruszamy z portu rybnego, tzw. batobusem (rodzaj autobusu kursującego po wodzie, bilet 1,50 euro) - codziennie przewozi mieszkańców półwyspu pracujących w Lorient. W Port-Louis (nazwę zawdzięcza Ludwikowi XIV) warto obejrzeć XVIII-wieczne mury obronne i ulokowane tu imponujące rozmiarami i bogactwem zbiorów muzeum Kompanii Indyjskiej. Zobaczymy w nim m.in. pamiątki po czasach, gdy Kompania była prawdziwym monopolistą w handlu międzynarodowym, militaria i stroje z tego okresu ze wszystkich państw, z którymi utrzymywała kontakty handlowe. Jest też świetnie zachowana chińska porcelana odnaleziona w zatopionych wrakach statków. W muzeum znajduje się też dział poświęcony historii żeglugi z makietami okrętów i prezentacjami multimedialnymi (w wakacje muzeum czynne 10-18.30, bilet 5,5 euro, tel. +33 2 97 82 19 14, http://www.lorient.com/musee, museeindes@mairie-lorient.fr).

W soboty w Port-Louis odbywa się nocny rynek (Marché Nocturne) - okazja do nabycia świeżych warzyw, owoców morza i lokalnych specjałów czy zjedzenia czegoś pysznego przy świetle księżyca.

Ile de Groix odkrywa przed nami uroki bretońskiej wsi (bilet 23 euro w obie strony, płynie się ok. godziny). Zatopione w zieleni białe domki z niebieskimi okiennicami, piękne ogrody i ludzie, którzy nigdzie się nie spieszą i potrafią cieszyć się życiem. Jest także piękna plaża - nietypowa, bo z białym piaskiem, wcinająca się łukiem w ocean.

***

Jeśli wizyta w Lorient nie zaspokoi naszej ciekawości na temat epoki celtyckiej, musimy odwiedzić Carnac (50 km od Lorient). Na olbrzymiej przestrzeni, między 4500 a 2000 r. p.n.e. stanęły w równych rzędach albo w skupiskach przypominających stoły dla gigantów masywne kamienne bloki. Nie wiadomo, w jakim celu ani w jaki sposób zostały tam przeniesione. Początkowo uważano to miejsce za cmentarz, ale okazało się, że pod menhirami nikt nie jest pochowany. Przypuszcza się więc, że służyły do celów religijnych. Kamienie fascynujące licznych zwiedzających do dziś otacza aura tajemnicy. Menhiry (stojące pojedyncze głazy), których jest ok. 3 tys., stoją w 11 rzędach na obszarze 12 kilometrów. Dolmeny (głaz na głazie) ciągną się w nieskończoność. Obejście całego terenu zajmie nam półtorej godziny.

Jeśli podczas wizyty w Carnac złapie nas deszcz, schronienie znajdziemy w Musée de Préhistoire (wstęp 5 euro). Poznamy tam historię zamieszkujących te tereny plemion celtyckich, zobaczymy mapy i pozostałą po Celtach biżuterię, naczynia i broń.

Słoneczna pogoda może zachęcić nas do wizyty w miasteczku Carnac słynnym ze swoich lodziarni, w których ustanowiono oficjalny światowy rekord ilości smaków lodów. Lodziarnie L'Igloo oferują lody w 171 smakach, również tak egzotycznych jak roquefort, suszone śliwki, ziemniaki czy guma do żucia. Wszystkie są domowej roboty podobnie jak tamtejsze wafle. Proces produkcji wafli możemy obejrzeć na ekranie telewizyjnym (gałka lodów ok. 1,50 euro, dwie - 2 euro).

***

Opuściwszy Carnac, warto udać się dalej na południowy zachód do Quiberon i zobaczyć wybrzeże. Widok nieokiełznanej, dzikiej natury, czarnych skał zalewanych przez fale oceanu przyprawia o zawrót głowy, a jeśli jeszcze do tego niebo zaciągnięte jest chmurami (co w Bretanii nie jest zjawiskiem wyjątkowym), scenerię wiktoriańskiego romansu mamy gotową.

Spacery po skalistych wybrzeżach Bretanii to zawsze wielkie przeżycie, nie tylko w Quiberon. Na skałach możemy znaleźć wyrzucone na brzeg owoce morza - kraby, mule i krewetki. Odważniejsi mogą wybrać się na ich połów, tak jak na grzybobranie. Karby da się łowić także w przybrzeżnych wodach (doświadczeni poławiacze polecają wabienie ich za pomocą umieszczonego w metalowej puszce kawałka boczku). Własnoręcznie "upolowany" na pewno smakuje lepiej niż w restauracji czy kupiony na rynku.

Spacer po skałach w Quiberon może być jednak dość wyczerpujący, dlatego polecam również znacznie mniej ekstremalne szlaki w dwóch innych miasteczkach - Doelon i Moelon, w których atrakcją są porty dla żaglówek i latarnie morskie. Obie te miejscowości leżą 28 km od Lorient i po sąsiedzku z jednym z najsłynniejszych miast Bretanii - Pont Aven.

***

Pont Aven to najładniejsza z uroczych bretońskich miejscowości. Miasteczko leży pomiędzy Guidel znanym ze swoich siedmiu kaplic, w których odbywają się koncerty muzyki klasycznej, i turystycznym Concarneau. Zatopione w zieleni i kwiatach wydaje się istnieć tylko w jednym celu - by inspirować malarzy. I cel ten realizuje z godnym podziwu rozmachem. Nigdzie indziej nie znajdziemy tylu galerii i tylu twórców na tak małej powierzchni. W latach 70. XIX w. do Pont Aven zaczęli zjeżdżać malarze, głównie amerykańscy, a później francuscy: Armand Jobbé-Duval, Émile Bernard, Paul Sérusier. Od 1886 do 1891 r. (kiedy wyjechał do Polinezji) tworzył tu Paul Gauguin.

Pont Aven do dziś pozostaje Mekką malarzy. Co drugi dom w centrum ma szybę wystawową zastawioną obrazami. Pozostałe specjalizują się w sprzedawaniu specjałów bretońskiej kuchni, zwłaszcza najlepszych w całym regionie galettes - maślanych kruchych ciasteczek. I tu dochodzimy do sedna - bowiem jedzenie to bardzo istotna część życia Bretończyków.

Nadmorskie położenie zapewnia im świeże owoce morza, wśród których prym wiodą mule. "Świeże mule 24 h" - taki napis na barze czy restauracji nikogo nie dziwi. Podawane są z frytkami (ok. 10 euro) i są czymś w rodzaju lokalnego fast foodu. Podstawą diety są jednak crepes - naleśniki, trochę cieńsze i o dwa razy większej średnicy niż te, które znamy z Polski. Creperie, które się w nich specjalizują, oferują naleśniki jako danie główne - z mięsem (np. z intrygującą w smaku lokalną kiełbasą andouille), serem lub warzywami, a także na deser - z owocami, karmelem, czekoladą. Taki obiad to wbrew pozorom bardzo solidny posiłek. Możemy również kupić je na wynos w specjalnych sklepach (crepes), a także na rynku (najlepsze są podobno w Guidel). Crepes popijamy cydrem - piwem jabłkowym. Po dodaniu soku z czarnej porzeczki powstaje kir breton, ulubiony drink Bretończyków, cudowne orzeźwienie po gorącym dniu.

Ale naprawdę fantastyczne są w Bretanii słodycze. Wspomniane już galettes można jeść na tony - najlepsze robi rodzinna firma Traou-Mad z Pont Aven. A karmelki? A karmelowo-maślane szaleństwo, czyli kouing aman? A maślane far breton z suszonymi śliwkami? A maślano-maślane gâteau breton (nigdzie na świecie nie ma tak dobrego masła jak w Bretanii). Trudno się dziwić, że żyjąc w takim raju na ziemi, zajadając się wszystkimi tymi specjałami, Bretończycy są tak sympatyczni, pomocni i przyjaźnie nastawieni. Dziwić może tylko to, że nie są grubi.

W sieci

http://www.tourismebretagne.com/pl

http://www.brittanytourism.com

http://www.brittany-net.com/indexeng.html

http://www.westernfrancetouristboard.com/brittany.html