Odpocząć w Sydney

?No worries? - mówią tu w co drugim zdaniu
Z okna samolotu widzę, jak zbliża się miasto. Po 17 godzinach podróży nie mogę się doczekać, kiedy stanę na ziemi i... pójdę na pierwszy spacer. Zanim jednak to nastąpi, czeka mnie bardzo szczegółowa kontrola na lotnisku. Urzędnik celny przeszukuje dokładnie mój bagaż i zadaje mi mnóstwo pytań, ale robi to z uśmiechem. Dzieli się też ze mną informacjami na temat problemów, z jakimi boryka się Australia: upały i pożary w centrum, tajfun na wschodnim wybrzeżu. Dwie godziny później już o tym nie pamiętam. Siedzę na cyplu Mrs Macquaries Point naprzeciwko gmachu Opery i patrzę na pocztówkę z Sydney, na żywo.

***

Sydney to bardzo małe miasto i bardzo rozległe przedmieścia. Niewiele ponad 150 tys. ludzi mieszka na obszarze 26 km kw. określanych jako centrum (cała metropolia razem z przedmieściami to blisko 4 mln). Ale ta mała powierzchnia jest bardzo gęsto zabudowana. Większość budynków to wysokie biurowce, które zaciemniają ulice (w taki słoneczny dzień jak dziś, z ponad 30-stopniowym upałem, to duży plus). Centrum Sydney to przede wszystkim biznes. Według oficjalnych statystyk jest tu zarejestrowanych ponad 20 tys. firm, w których pracuje blisko 350 tys. osób. I to widać na tętniących życiem ulicach. Wszędzie pachnie świeżo ubitym interesem, a niebieska koszula i krawat to jak lokalny chiński mundurek. Ale też wszędzie pełny luz. Do pracy mieszkańcy chodzą albo jeżdżą na rowerach, o wiele częściej niż teczki widać plecaczki. "No worries", jak tu mówią w co drugim zdaniu. Na skrzyżowaniu podchodzi do mnie niebieska koszula i pyta, gdzie jest Market Street. Wiem, że tam byłem, ale mówię, że nie jestem pewien. - Nie ma zmartwienia - odpowiada. - Wcześniej czy później trafię. I odchodzi z uśmiechem.

Trudno się tu zgubić. Całe centrum to zaledwie kilka ulic wzdłuż i kilka w poprzek. Jeszcze nigdy nie spacerowałem z tak małym planem miasta.

***

Po obowiązkowej Operze i Harbour Bridge kieruję się w stronę drugiego portu w mieście Darling. To miejsce, gdzie można spędzić pół dnia, rozkoszując się wieloma atrakcjami. Główna to Sydney Aquarium, największe w Australii oceanarium, gdzie w szklanym tunelu można spojrzymy w oczy rekinowi. Wstęp aż 27 dolarów, ale wrażenia gwarantowane. Cały port to wielkie centrum rozrywkowo-gastronomiczne. W taki słoneczny i gorący dzień najlepiej iść do muzeum albo do parku. Wybieram park, jeden z największych w mieście - Hyde Park. Jest środek tygodnia, ale pełno ludzi. Część odpoczywa na ławkach, część wyleguje się na trawnikach i śpi lub czyta, niektórzy piknikują. Niesamowite, ilu ludzi uprawia tu sport! Bardzo dużo osób biega, widzę grupę mężczyzn grających w rugby, młoda kobieta uczy się chińskiej sztuki walki z azjatyckim trenerem, czteroosobowa grupa ćwiczy boks. Sport jest tu bez wątpienia ważną częścią codziennego życia. Na drzewach w parku wiszą wielkie zdjęcia - lokalna gazeta "The Sunday Morning Herald" zorganizowała wystawę swoich fotografii z okazji 175. jubileuszu. Nie muszę już iść do muzeum - oglądam najważniejsze momenty z historii Australii, łącznie z wizytą zespołu The Beatles w 1964 r. i zamieszkami na tle rasistowskim w ubiegłym roku na plaży Cronulla. W Hyde parku znajduje się również Anzac Memorial - obelisk upamiętniający ofiary dziesięciu zamorskich wojen, w których brały udział siły zbrojne Australii. Z drugiej strony parku podziwiam potężną i piękną Katedrę Najświętszej Marii Panny, jeden z symboli miasta. Wybudowana w 1821 r. została całkowicie zniszczona przez pożar w 1865, a potem odbudowywano ją przez 60 lat.

Nadchodzi wieczór, pora udać do centrum nocnego życia, czyli do dzielnicy Kings Cross. To niezwykle kolorowe i pełne życia miejsce, szczególnie w nocy. Drzwi w drzwi bary, restauracje, nocne kluby i sex shopy. Tu mieszka miejscowa cyganeria. Kings Cross przyciąga przede wszystkim młodych ludzi głodnych mocnych wrażeń, jest tu bardzo dużo tanich hoteli. Na ulicy tłum, bardzo odmienny od tego w samym centrum.

***

Sydney to dobre miejsce na zakupy. Drogie i ekskluzywne możemy zrobić m.in. w dwóch zabytkowych galeriach. Jedna znajduje się w budynku Królowej Wiktorii (obok ratusza) wybudowanym w 1898 r., a odrestaurowanym w 1984 - zdaniem dyktatora mody Pierre'a Cardina to najpiękniejsze centrum handlowe świata. Przy dźwiękach samogrającego fortepianu można tu miło spędzić czas, choćby oglądając wystawy. W gablocie, którą prawie bez przerwy okupuje tłumek japońskich turystów, wystawiono posąg królowej Wiktorii i replikę jej klejnotów koronnych. Drugie wspaniałe miejsce na zakupy to pasaż Strand Arcade, między Pitt Street Mall a George Street - ostatni typowy pasaż handlowy z czasów wiktoriańskiego Sydney, wybudowany w 1892 r.

Z drugiej strony miasta, w jego południowej części (obok dworca centralnego) znajduje się Chinatown. Tu możemy zrobić tańsze zakupy, np. pamiątkowy bumerang i koszulki z napisem "Kocham Australię" (oczywiście wszystko "Made in China"). W Chinatown można dobrze i w miarę tanio zjeść w jednej z wielu restauracji.

Z okazji Wielkanocy (za tydzień) w całym mieście odbywają się festyny. Postanowiłem udać się na największy, w parku olimpijskim na przedmieściach (dojazd pociągiem podmiejskim do Olimpic Park trwa ok. 20 min). Królewski Pokaz Wielkanocny, jak brzmi jego oficjalna nazwa, zaczyna się dwa tygodnie przed świętami i trwa do Wielkiego Piątku. W programie festynu m.in. rodeo i żywa kula armatnia ("Prosto z Ameryki" - jak czytam na plakacie reklamującym imprezę). Moja ciekawość jest tak duża, że nie odstrasza mnie nawet cena biletu - 29 dol. Szkoda że nie zabrałem kapelusza - festyn jest na otwartym powietrzu, a dzień jeszcze bardziej upalny od poprzedniego. Program jest tak bogaty, że można tu spędzić cały dzień. I wiele rodzin tak właśnie robi, bo dla dzieci to prawdziwy raj. Atrakcje obejmują m.in. pokazy jazdy konnej i bryczek, akrobacje, konkursy bydła, trzody i zwierząt domowych, kurs gotowania dla gospodyń domowych, konkurs drwali, rodeo.

***

Kolejnego dnia postanowiłem zwiedzić przedmieścia. Nęcą mnie okoliczne plaże - wybieram Manly (pół godziny promem). Mam wrażenie, że jestem w innym kraju, że wyjechałem z wielkiego miasta na wakacje. Ludzie chodzą w kostiumach kąpielowych, gra muzyka, na ulicy pełno stolików. Choć nie jestem typem plażowicza, cały dzień spędzam na plaży. Dwa dni wystarczyło, żeby zobaczyć centrum miasta, więc nie muszę się nigdzie spieszyć - "no worries".

W Sydney pozostała mi jeszcze jedna atrakcja - Fish Market, czyli targ rybny. Z samego rana odbywają się tu aukcje dla sklepów i restauracji. Oglądam kraby wielkości piłki nożnej pływające w akwarium. Na miejscu można zjeść sushi, które jest tu bardzo popularne. Australijczycy są dumni przynajmniej z dwóch swoich specjałów: wołowiny i owoców morza. Spróbowałem obydwu: zarówno krab, jak i stek były wyśmienite oraz najwyższej jakości.

Mieszkańcy Sydney, przezywani karaluchami (na pytanie dlaczego, odpowiadają ze śmiechem: bo mamy ich tu strasznie dużo), są wyjątkowo przyjaźni i bardzo bezpośredni. Stale mnie pytają, jak mi się podoba miasto. Mam ochotę odpowiedzieć, że przyjechałem tu na tydzień i sporo za to zapłaciłem, więc jak może mi się nie podobać, ale zamiast tego mówię, że jest wspaniale. Dowiedziałem się później, że między Sydney i Melbourne jest bardzo duża rywalizacja o to, które miasto jest lepsze. Mieszkańców Melbourne (stan Victoria) przezywają tu Meksykanami, bo podobno marzą o tym, by przekroczyć granicę i uciec z Victorii do stanu Nowa Południowa Walia (gdzie leży Sydney). Postanowiłem sprawdzić, jaka jest różnica, więc moim następnym przystankiem w Australii będzie Melbourne.

http://www.cityofsydney.nsw.gov.au