Kalabria - na czubku włoskiego buta

Miałem dużo chęci, ale mało pieniędzy, więc zdecydowałem się na autostop. Spakowałem dobytek do plecaka, zabrałem jednoosobowy namiot (a jakże - chinkę) i ruszyłem
Kilka lat temu postanowiłem zobaczyć południe Włoch, to najdalsze, na samym czubku buta, gdzie łączą się ze sobą morza Tyrreńskie i Jońskie, czyli Kalabrię. Poszło nadspodziewanie łatwo. Po czterech dniach machania na polskich, słowackich, austriackich i - w końcu - włoskich drogach jechałem autostradą A3 w stronę Cosenzy, jednego z trzech głównych miast Kalabrii. Kilka godzin wcześniej na stacji benzynowej przy autostradzie koło Salerno zagadnąłem młodego Włocha, czy nie jedzie czasem do Kalabrii. - Jadę, ale cię nie zabiorę. Nie mogę, to służbowe auto - odparł ku mojej rozpaczy. Postanowiłem jednak, że tak łatwo się mnie nie pozbędzie i chodziłem za nim krok w krok, ciągle zagadując. Wreszcie się poddał. Pół godziny później rozmawialiśmy jak starzy znajomi (mówił płynnie po angielsku, a to rzadkość na południu kraju) i sam nie wiem kiedy, byliśmy na miejscu.

***

Wylądowałem z plecakiem w centrum Cosenzy. Tej nowej, bowiem miasto składa się z dwóch części - historycznej i współczesnej. Przedzielają je rzeki Crati i Busento spływające z okolicznych gór. Z jednej części do drugiej łatwo się dostać jednym z kilku mostów. Jeden z nich prowadzi wprost do Corso Telesio - głównej ulicy starówki. Tu znajduje się okazała gotycka katedra z początków XIII w., którą otaczają najładniejsze domy w mieście. Krążąc wokół katedry, natrafiłem też na kościół św. Franciszka z Asyżu. Za cel postawiłem sobie jednak wejście na górę, na której wznosił się imponujący zamek Castello (widać go z wielu miejsc). Prowadzi do niego kręta i dość długa droga. Mimo że wnętrze nie jest zbyt imponujące (wstęp bezpłatny), to widok, jaki rozciąga się z góry, wart jest wysiłku. Wokół miasta, jak okiem sięgnąć, rozciągają się malownicze góry, które najlepiej podziwiać w promieniach popołudniowego słońca. Centrum starej Cosenzy sprawia wrażenie, że to dużo mniejsza miejscowość, niż jest w rzeczywistości. Chodząc po wąskich i stromych uliczkach przedzielonych schodami, miałem wrażenie, że jestem w małym, sennym miasteczku. Zasłonięte witryny sklepów i restauracji, zionęło pustką i tylko czasami ktoś przemykał przez nasłonecznione ulice. Tak zetknąłem się z włoską sjestą, która zwłaszcza na południu kraju przybiera formę codziennego obowiązku. W rzeczywistości Cosenza to duże, tętniące życiem miasto, które zawsze odgrywało znaczącą rolę w historii Kalabrii.

***

Po nocy w namiocie (a właściwie poza nim, bo wewnątrz było potwornie gorąco) na obrzeżach Cosenzy postanowiłem pojechać górską drogą w stronę wybrzeża Morza Jońskiego do Crotone. Po drodze czekała mnie przeprawa przez góry Sila, jeden z najdzikszych i najbardziej zalesionych terenów Włoch. Pasmo składa się z trzech części: Sila Greca, Sila Piccola i Sila Grande, a jego najwyższe szczyty sięgają 2 tys. m n.p.m. (zimą jest tu wystarczająco dużo śniegu, by jeździć na nartach). Początkowo wszystko układało się po mojej myśli - szybko załapałem okazję do Camigliatello, górskiej miejscowości niedaleko sztucznego jeziora Cecita, gdzie krzyżują się drogi prowadzące w różne części wybrzeża. Camigliatello okazało się sporym kurortem nastawionym na turystów (to podobno zimowa stolica Kalabrii), a przez to zupełnie pozbawionym klimatu południowego Włoch. Postanowiłem więc szybko się ewakuować.

Łatwiej pomyśleć, niż zrobić - wyjechanie z Camigliatello okazało się nie lada wyczynem. Po kilku godzinach machania byłem tak zrozpaczony, że zacząłem iść wzdłuż drogi. W końcu natrafiłem na stację benzynową, gdzie spędziłem kilka godzin, bezskutecznie machając i zagadując kierowców. I pewnie bym tam został na noc (robiło się ciemno), gdyby nie zlitował się nade mną kierowca rozklekotanego fiata mirafiori. Pech chciał, że Francesco nie mówił po angielsku. Gdyby mówił, pewnie wcześniej bym się dowiedział, że jedzie tylko do San Giovani in Fiore. Kiedy tam dojechaliśmy, miałem już tylko tyle sił, by znaleźć ustronne miejsce na obrzeżach miasta, rozbić namiot i pójść spać. W nocy bardzo zmarzłem. Wstałem wcześnie i znowu na szosę. Przez półtorej godziny przejechało niewiele samochodów, ale żaden kierowca nawet na mnie nie spojrzał. I pewnie bym tak stał, gdyby na horyzoncie nie pojawiło się znajome mirafiori. Tym razem Francesco wybierał się do Catanzaro (znowu nie tam, gdzie ja chciałem). Ale zabrałem się z nim - byle daleko stąd.

Droga wiodła krętymi górskimi drogami przez Sila Piccola. Po drodze mijaliśmy małe wioski i miasteczka położone malowniczo na zboczach gór. Zastanawiało mnie, dlaczego widziałem niemal wyłącznie ludzi starych i dzieci. Roberto, kolega Francesca, którego zabraliśmy po drodze (mówił trochę po angielsku), wyjaśnił: - Ludzie w sile wieku pracują w kurortach na wybrzeżu albo w dużych miastach. Praca na roli jest bardzo ciężka, dlatego wielu decyduje się na emigrację zarobkową. Na wsi zostają dzieci i dziadkowie, którzy ich pilnują.

Dowiedziałem się też, że boczne drogi, zwłaszcza drugiej i trzeciej kategorii ciągnące się wysoko w górach, mogą być niebezpieczne. Czasami zdarzają się tam policyjne obławy na członków n'dranghety, lokalnego odłamu mafii, której głównym źródłem dochodów są porwania dla okupu bogatych mieszkańców północy, a zwłaszcza ich dzieci. Słabo dostępne górskie wioski służą często im za kryjówki, gdzie przetrzymują porwane osoby. Ale ani razu nie zdarzyło się, by ofiarami byli obcokrajowcy. Kalabryjscy mafiosi nie chcą psuć reputacji regionu, czerpią bowiem z turystyki spore zyski.

***

Catanzaro składa się z dwóch części - miasta właściwego położonego w górach na wysokości ok. 350 m oraz oddalonego o 12 km lido, które rozciąga się nad samym Morzem Jońskim. To typowe rozwiązanie dla tej części Włoch. Wiele miejscowości, które powstawały tu jeszcze za czasów Bizancjum, sytuowano w niedostępnych górach, by zabezpieczyć się przed napadami ze strony morza. Współcześnie wraz z rozwojem turystyki w wielu z nich powstały nadmorskie dzielnice. Najlepszym tego przykładem jest właśnie Catanzaro. Samo miasto, mimo że rozciąga się z niego imponujący widok na lido i okoliczne wybrzeże, jest bardziej ciekawe niż ładne. Gęsta, zwarta zabudowa i duży ruch uliczny powodują wrażenie ciasnoty. Po krótkim postoju, podczas którego zwiedziłem najsłynniejszy tutejszy obiekt - barokowy kościół Immacolata (Niepokalana) - postanowiłem zjechać na dół.

Z miasta do lido bardzo łatwo się dostać - regularnie kursują autobusy, kolej, a nawet kolejka linowa (stacja znajduje się przy głównej ulicy). Ja jednak byłem konsekwentny i wybrałem autostop. Miejscowi kierowcy zabierają dość chętnie, bo mieszkańcy Catanazaro często korzystają z dobrodziejstwa autostopu.

Lido to zupełnie inna miejscowość - tak samo gwarna i ruchliwa, ale jest tu dużo więcej przestrzeni. Wzdłuż morza prowadzi promenada, wokół której rozsiane są hotele i kurorty. Miła bryza wiejąca od morza zachęcała do kąpieli. Znalazłem małą, uroczą plażę 2-3 km na południe od centrum lido, na której było zaledwie kilku turystów, i dałem nura w ciepłe wody Morza Jońskiego. Słońce i piasek rozleniwiły mnie do tego stopnia, że postanowiłem spędzić tu noc. Następnego dnia planowałem ruszyć, ale rano postanowiłem postać jeszcze jeden dzień i odpocząć po trudach podróży. Namiot i plecak zostawiłem w sklepiku, gdzie robiłem zakupy na śniadanie. Wolny od ciężaru, który przez kilka dni nosiłem na plecach, cały dzień spacerowałem po okolicy i zażywałem morskich kąpieli. Wróciłem do zaprzyjaźnionego sklepu po południu, tuż przed końcem sjesty. Właściciel i jego rodzina jedli właśnie popołudniowy posiłek - rodzaj lazanii z mięsem, owocami morza i wielkimi zielonymi oliwkami. Poczułem, że jestem głodny. Sklepikarz musiał chyba dostrzec błysk w moim oku, bo podsunął mi dwie miski - jedną z tą potrawą i drugą wypełnioną soczystymi pomidorami posypanymi świeżą bazylią. Dawno nie jadłem nic tak dobrego.

***

Kolejnego dnia postanowiłem pojechać dalej na południe, do ruin drugiej co do wielkości w całej Kalabrii bazyliki św. Marii z Rocello, zwanej tu popularnie La Roccelletta. Niewiele się namyślając, ruszyłem w tym kierunku. Przez cały czas próbowałem coś złapać, ale żaden samochód się nie zatrzymał. Po blisko półtorej godzinie marszruty byłem na miejscu. Bazylika robi duże wrażenie, a jeszcze większe jej otoczenie - ruiny oddalone nieco od głównej drogi, okolone gajami oliwnymi i polami. Choć zabytek częściowo odrestaurowano, niewiele przetrwało do dzisiejszych czasów. Całość jednak wystarczy, by uzmysłowić sobie ogrom tej świątyni wzniesionej przed laty dzięki budulcowi pozyskanemu ze starożytnego miasta rzymskiego Scolacium (pozostał po nim teatr oraz ruiny łaźni).

Na miejscu spotkałem Czechów, którzy przyjechali na południe Włoch własnym autokarem. Dowiedziałem się, że jadą stąd dalej na południe, do Locri, a więc w tym samym kierunku co ja. Długo przekonywałem pilota i kierowców, by mnie podrzucili (używałem nawet argumentów o przyjaźni słowiańskich braci!). Ostatecznie dzięki wstawiennictwu uczestników wycieczki zabrałem się z nimi. Po dwóch godzinach jazdy nadmorską drogą (mijaliśmy liczne kurorty nad malowniczymi zatoczkami) dotarliśmy na miejsce. Ruiny starożytnego Locri założonego w VII w. p.n.e., a więc w czasach, gdy basenem Morza Śródziemnego władali Grecy, znajdują się kilka kilometrów od współczesnego miasta o tej samej nazwie i są jednym z najlepiej zachowanych zabytków Kalabrii. Przed laty był to prężnie działający ośrodek hellenistyczny, który zasłynął przede wszystkim tym, że sławny jego mieszkaniec, Zaleukos, spisał tu pierwszy kodeks prawny w historii świata (ów spis praw znajdziemy na stronie: http://www.locriantica.it/english/figures/zaleukos.htm ). Ruiny są niemniej imponujące - w doskonałym stanie zachował się teatr oraz pozostałości świątyń. Wiele eksponatów, które odkryto tu podczas licznych prac archeologicznych, można zobaczyć w pobliskim muzeum. Ja jednak ze względu na kończące się powoli pieniądze skupiłem się na buszowaniu wśród ruin.

Potem podjechaliśmy jeszcze do pobliskiej osady Gerace, którą założyli mieszkańcy Locri w VII w., po tym jak miasto zostało zniszczone i splądrowane przez najeźdźców z Afryki Północnej. Główną atrakcją jest wzniesiony w późniejszym okresie normański zamek, który dumnie góruje nad okolicą. W trakcie wspólnego zwiedzania dowiedziałem się od Czechów, że jeszcze tego samego dnia jadą do Reggio di Calabria, gdzie mają kolejny nocleg. Tym razem nie musiałem długo prosić, by zabrali mnie ze sobą. Jadąc autobusem, podziwiałem masyw Aspromonte - najdalej na południe wysunięte góry Półwyspu Apenińskiego wystrzeliwują niemal znad samego wybrzeża na wysokość prawie 2 tys. m (najwyższy szczyt Cocuzza ma 1956 m). W miarę zbliżania się do Reggio po lewej stronie drogi coraz lepiej widoczna była Sycylia, największa wyspa Włoch i całego Morza Śródziemnego, oraz monumentalny szczyt Etny, wciąż czynnego i groźnego wulkanu górującego nad Katanią.

***

Kiedy dotarliśmy na miejsce, był już zmrok. Pożegnałem się z Czechami i zostałem z plecakiem na środku ulicy. Reggio to duże miasto, gdzie trudno znaleźć ustronne miejsce na rozbicie namiotu. A noc zbliżała się nieuchronnie. Wpadłem na pomysł, by pójść na dworzec kolejowy Reggio Centrale, który znajduje się nad samą Cieśniną Messyńską, i tam przeczekać do rana. Po nieprzespanej nocy zostawiłem plecak w przechowalni bagażu i wybrałem się na miasto. Kupiłem bułki, trochę sera, ogórki i poszedłem nad cieśninę. Przede mną rozciągał się prześliczny widok na Messynę - pierwsze miasto na Sycylii, do jakiego trafia się po przeprawie promowej z Reggio. W cieśninie panował duży ruch - w obie strony pływały dziesiątki statków, kutrów i promów przewożących ludzi, auta i towary. Zaskoczyło mnie, że woda była czysta i ciemnobłękitna. To tu mieszają się wody Morza Jońskiego oblewającego Kalabrię od wschodu i Tyrreńskiego, które rozciąga się na zachodzie. Być może właśnie dlatego woda w cieśninie jest taka czysta.

Jedząc, zrobiłem bilans swoich funduszy. Planowałem dotarcie jeszcze do Tropei i kilku innych miejscowości po tej stronie Kalabrii, ale stan portfela uświadomił mi, że pora wracać. Nie stać mnie było na zwiedzenie muzeum słynącego z bogatej kolekcji rzeźb pochodzących z czasów greckich i rzymskich. Przez kilka godzin spacerowałem po ulicach Reggio, docierając w różne zakamarki. Można tu spotkać zarówno oazy bogactwa, jak i biedy, zwłaszcza w dzielnicach podmiejskich.

W końcu dotarłem z powrotem na dworzec, odebrałem plecak i autobusem miejskim dojechałem do wjazdu na autostradę A3. Po dwóch godzinach machania złapałem stopa na północ. Przejeżdżając przez malownicze tunele, które zaczynają się zaraz za Reggio, wyobrażałem sobie wszystkie miejscowości, których nie udało mi się zobaczyć. No cóż. Nie wszystko naraz...



Między Jońskim i Tyrreńskim

Kalabria jest wąskim i długim (ponad 250 km) półwyspem, który ciągnie się od prowincji Basilicata aż po sam koniec włoskiego buta. Dalej jest już tylko Sycylia, którą od Włoch kontynentalnych oddziela Cieśnina Messyńska. Od wschodu półwysep obmywają ciepłe wody Morza Jońskiego, od zachodu - Tyrreńskiego. Kalabria składa się z pięciu prowincji: Tauro, Costa Viola i Reggio (od strony tyrreńskiej) oraz Locride i Grecanica (od wschodu). Najpopularniejsze tereny i ośrodki wypoczynkowe znajdują się nad Morzem Tyrreńskim: dobra infrastruktura, malownicze, skaliste wybrzeże oraz bliskość najsłynniejszych zabytków. Kto chce zaznać trochę ciszy i spokoju, powinien wybrać się nad Morze Jońskie. Tamtejsze kurorty są dużo mniejsze, a plaże nie tak zatłoczone. Wnętrze Kalabrii to wysokie góry (sięgają 2 tys. m) - masyw Sila i Aspromonte, zakończenie długiego pasma Apeninów, który rozciąga się wzdłuż całych Włoch z północy na południe. Latem można tu znaleźć wytchnienie od upałów na wybrzeżu, a liczne jeziora i wodospady dodają kolorytu monumentalnym górom. Zimą są tu doskonałe warunki do uprawiania narciarstwa - w Sila i Aspromonte mamy liczne stacje narciarskie i wyciągi (ruch nie mniejszy niż na Kasprowym Wierchu).

Urlop w Kalabrii to niezapomniane wrażenia - szerokie, piaszczyste plaże, krystalicznie czysta woda, majestatyczne, wciąż mało zdeptane góry, wspaniałe zabytki, które pamiętają Greków i Rzymian (najwięcej wzdłuż wybrzeża). Kalabria to także raj dla smakoszy. Pod wpływem Greków wiele dań przyrządza się na słodko lub półsłodko - z miodem i figami. Używa się mało popularnych na północy kraju bakłażanów. Bardzo popularne są ryby i owoce morza. Typowym kalabryjskim daniem jest frittata di pasta con salsicce - rodzaj makaronu podawanego z ostrym sosem na bazie pikantnych kiełbasek i czerwonej papryki. Południe Włoch to także wina - tutejsze winnice należą do najstarszych w kraju, winorośl pojawiła się tu z przybyciem Greków. Starożytni nazywali Kalabrię Enotrią, co w wolnym tłumaczeniu znaczy Kraina Wina. Po tamtych czasach została bogata tradycja i... ponad 50 winiarni, głównie na terenach górzystych.

Warto zwiedzić

Tropea

Jedno z najpiękniejszych miast w południowej części Morza Tyrreńskiego, malowniczo położone na cyplu o tej samej nazwie. Zachwyca śródziemnomorską architekturą - niemal każdy budynek, a zwłaszcza ich drzwi wejściowe, zdobią charakterystyczne motywy, jakich trudno doszukać się gdzie indziej. Najsłynniejszą budowlą jest normandzka katedra w centrum, w środku wiele cennych obrazów, m.in. "Madonna di Romania" (podobno namalowana przez św. Łukasza) oraz... niewypały amerykańskich bomb z czasów II wojny światowej. Z kościoła Santa Maria dell'Isola położonego w górnej części miasta oraz z pobliskiego tarasu widokowego rozciąga się przepiękna panorama. W pogodny dzień (najlepiej wcześnie rano) można stąd dostrzec Wyspy Liparyjskie.

Sybaris (Sibari)

Ruiny miasta greckiego z ok. 720 r. p.n.e. u północno-wschodnich wybrzeży dzisiejszej Kalabrii. W okresie największego rozkwitu mieszkało tu ponad 100 tys. osób, a miasto zakładało własne kolonie. W 510 r. p.n.e. Sybaris zostało zdobyte, splądrowane i niemal doszczętnie zniszczone przez wojowników pobliskiego Krotonu. Ci, którzy ocaleli z pożogi, założyli w pobliżu miasto Turioj, które jednak nigdy nie osiągnęło takiej sławy i splendoru. Bogactwo i przepych Sybaris oraz zamiłowanie jego mieszkańców do luksusu i zbytków słynne było w całej Grecji - słowo "sybaryta" pochodzi właśnie od nazwy miasta.

Kroton (Crotone)

Drugie z wielkich greckich na wybrzeżu Morza Jońskiego powstało ok. 710 r. p.n.e. i słynęło wówczas z prężnie działającej szkoły medycznej i z osiągnięć sportowych. Stąd pochodził m.in. słynny atleta grecki Milon. Po ucieczce z Samos gościł tu Pitagoras, który ok. 530 r. p.n.e. założył szkołę filozoficzną (jego uczniowie przez jakiś czas rządzili miastem). Po pokonaniu Sybaris Kroton był najważniejszym miastem greckim w Kalabrii. Wewnętrzna rywalizacja o władzę doprowadziła do jego upadku i w 193 r. p.n.e. stało się kolonią rzymską.

Aspromonte

Najbardziej na południe wysunięty fragment Gór Apenińskich. Masyw leży w prowincji Reggio, niemal na samym końcu włoskiego buta, a jego wysokość dochodzi do 2 tys. m. Góry sprawiają wrażenie wyższych, niż są w rzeczywistości, bowiem ich zbocza wyrastają niemal znad samego morza. W ciągu zaledwie pół godziny można się przenieść z piaszczystych plaż w wysokogórskie szczyty, które zimą zamieniają się w narciarskie stoki. To - dosłownie - jedno z tych miejsc, w których zjazd kończy się na plaży. Główne miejscowości masywu to Santa Stefano i Gambarie. Reszta jest stosunkowo słabo zaludniona, a jeszcze rzadziej odwiedzana przez turystów.

Wyspy Liparyjskie (Eolskie)

Archipelag leży u zachodnich wybrzeży Kalabrii, na wysokości miasta Tropea. Oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża wysepki są popularnym miejscem jednodniowych wypadów. Trasa wiedzie najczęściej przez Lipari - stolicę archipelagu, Vulcano - wyspę leżącą najbliżej Sycylii, do Panarei - najmniejszej z nich. Na zakończenie statek zawija na wyspę Stromboli z aktywnym wulkanem (z krateru stale wydobywa się dym) o tej samej nazwie. Znajdują się tu błotne jeziora, w których można skorzystać z leczniczych kąpieli.

Praia a Mare

Miejscowość wypoczynkowa na północnym zachodzie Kalabrii. Pośrodku plaży stoi malowniczy zamek z XVI w. Naprzeciw twierdzy z morza wyłania się mała, skalista wysepka Isola di Dino, pełna jaskiń i grot. Można tam dopłynąć wynajętą na plaży łódką.

Trochę cen

•  Z Polski są dwa bezpośrednie połączenia lotnicze do Kalabrii: z Warszawy co sobotę do Lamezii (Centralwings, http://www.centralwings.com.pl ) - bilet w jedną stronę ok. 400 zł; z Krakowa włoską linią Consulta (http://www.consulta.it ) w każdą sobotę do Reggio di Calabria - bilet w jedną stronę ok. 450 zł. Autobusem (np. firmy Rudnik-Tumay) - 36 godz., ok. 400 zł w jedną stronę

•  Hotele - 25-30 euro, w szczycie turystycznym (lipiec-sierpień) ceny rosną o blisko 20 proc.

•  Wynajęcie najtańszego samochodu (daewoo, matiz) - ok. 35 euro dziennie. Dobry posiłek (pasta, pizza czy spaghetti) w przeciętnej restauracji - 7-10 euro

•  Wyjazd zorganizowany (wczasy stacjonarne) - ok. 1,5 tys. zł od osoby za tydzień, 2,4 tys. - 14 dni

Kalabria w sieci

http://turismo.provincia.rc.it

http://www.italiantourism.com/calabria.html

http://www.answers.com/topic/calabria

http://www.italyworldclub.com/calabria/index.html

http://www.italianvisits.com/calabria

Trochę historii

Półwysep był jednym z pierwszych miejsc skolonizowanych przez starożytnych Greków. Potem obszary te zajęli Rzymianie, a po upadku cesarstwa władzę nad Kalabrią sprawowało Bizancjum. W XI w., w czasach wypraw krzyżowych, południe Włoch było bazą wypadową dla krucjat przeciwko muzułmanom, którzy w tym czasie opanowali Bliski Wschód i Jerozolimę. Między innymi dzięki temu do Kalabrii trafili Normanowie, którzy byli spadkobiercami... skandynawskich wikingów. Założone przez nich wówczas państwa (do tej pory można podziwiać zamki z tamtego okresu) były podwaliną pod powstałe w XII w. zjednoczone Królestwo Obojga Sycylii. Po ustąpieniu Normanów władza w Kalabrii przypadła niemieckiemu rodowi Hohenstaufów, a w 1266 r. - dynastii Andegawenów spokrewnionych z królem Francji. W 1282 r. wybucha antyfrancuskie powstanie, które kończy się przekazaniem południowych Włoch w ręce... hiszpańskiej dynastii Aragonów. Francuzi jeszcze przez długie lata rościli sobie prawa do tych ziem, organizując na przełomie XV i XVI w. liczne zbrojne wypady na południe Włoch. Wszystkie jednak kończyły się klęskami, które utrwalały panowanie hiszpańskiego tronu. Francuzi wrócili na południe Włoch dopiero w XVIII w. Dynastia Burbonów objęła wtedy władzę w Hiszpanii, czego naturalną konsekwencją było przejęcie też Sycylii i okolic. W okresie wojen napoleońskich sycylijski tron objął Józef, brat Napoleona, ale po klęsce wojsk republikańskich tereny te ponownie trafiły w ręce Burbonów. W 1860 r. Garibaldi, wielki budowniczy nowożytnej Italii, przyłączył południową część kraju do Królestwa Włoch.