Wakacyjna TOP-lista: Kreta - jak w kalejdoskopie

Na Krecie wypożyczyliśmy samochód. Dzięki temu dotarliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy, także w miejsca omijane przez zorganizowane wycieczki
Wstawaj, już po szóstej! - budzi mnie rano mąż, złośliwie przypominając, że jestem na wakacjach. W dobry humor wprawia mnie dopiero widok z hotelowego okna - bezchmurne niebo i rozświetlone porannym słońcem morze. Niedługo potem wsiadamy do wypożyczonego wcześniej samochodu i rozpoczynamy intensywny rajd po nieznanych nam jeszcze zakątkach Krety.

***

Pierwszy przystanek robimy już po 5 min. Ze wzgórza, na które wjechaliśmy, jest tak ładny widok na Rethymnon (tam mieszkamy), że grzech byłoby się nie zatrzymać. Pod nami czerwone dachy domów, na cyplu wenecka twierdza, dalej spokojne (tego dnia) Morze Kreteńskie, po którym w kierunku niewidocznej wyspy Santorini płynie prom.

Robimy zdjęcia i w drogę! Zmierzamy do Argiroupolis, górskiego miasteczka w miejscu dawnego doryckiego miasta-państwa Lappy. Na miejscu krążymy wąskimi uliczkami wśród śnieżnobiałych domów. Niebieskie drzwi i obramowania okien toną w kwiatach bugenwilli. Otrzymany przy bramie plan miasteczka pozwala zlokalizować mozaiki z I wieku p.n.e., rzymskie łaźnie, antyczną nekropolię, jońską kolumnę. Wchodząc do kościółka świętej Paraskevi, ze zdumieniem czytamy, że stopień, po którym stąpamy to... dziecięcy sarkofag. Na koniec trafiamy do sklepu z produktami z awokado. Jesteśmy zaskoczeni, bo wydawało nam się, że na Krecie są tylko oliwki, oliwki, oliwki... Okazuje się, że rosnące w okolicy drzewa (ponad 2 tys.) to właśnie głównie awokado. Olej z tych owoców wykorzystywany jest do produkcji kremów, mydeł i różnych medykamentów.

***

Kolejny nasz cel to Frangokastello leżące nad Morzem Libijskim, już na południowym wybrzeżu. Droga trochę się dłuży, bo musimy przebić się przez góry, ale za to jakie widoki (zwłaszcza w wąwozie Kotsifous)!

W końcu wyłaniają się potężne mury. Twierdza Frangokastello powstała w 1371 r. dla obrony przed piratami. W 1828 r. okupujący wyspę Turcy urządzili w niej rzeź pojmanych rebeliantów. Legenda mówi, że co roku 17 maja o świcie, w rocznicę egzekucji, na plaży ciągnącej się wzdłuż zamkowych murów można zobaczyć jadące konno duchy zabitych.

Na spenetrowanie pustych ruin twierdzy wystarczyło nam pół godziny.

Serpentynami jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża - na wschód. Przepaście i liczne niespodzianki na drodze, np. stada kóz czy pędzące z naprzeciwka auta ścinające zakręty, trochę nas stresują. Na szczęście widać już miasteczko Plakias. Okolica słynie z malowniczych zatoczek z plażami bez tłumów okupujących północ wyspy (nic dziwnego, że upodobali je sobie naturyści). Nam jednak chodzi tylko o krótki spacer główną ulicą kameralnego kurortu i zjedzenie obiadu. W nadmorskiej tawernie zamawiamy sałatkę choriatiki (w Polsce nazywaną grecką), do tego stifado z kalmarów pieczonych z pomidorami. Ponieważ nie mamy czasu na zwyczajową sjestę, na koniec pijemy zimną café frappé - doskonały w tym upale zastrzyk energii (jako fani napoju kupujemy minimikser do frappé).

***

Teraz coś dla ducha - jedziemy do klasztoru Moni Preveli. Najpierw mijamy jego starą część - XVI-wieczne ruiny, na które można tylko spojrzeć zza płotu. Kilka kilometrów dalej jest monastyr właściwy, czyli "nowy" (XVIII w.). Przed wejściem musimy się przebrać (krótkie spodenki odpadają). Jesteśmy na to przygotowani, ale można też wypożyczyć długie spódnice.

Moni Preveli to jeden z najważniejszych kreteńskich klasztorów, nic więc dziwnego, że zaraz po przekroczeniu bramy udziela nam się jego uduchowiony nastrój. Półmrok cerkwi rozjaśniają świece, ubrane na czarno kobiety w chustach na głowie z pietyzmem całują wystawioną ikonę. Na zewnątrz na murkach przeciągają się leniwie koty, brodaty pop tłumaczy coś sędziwemu Grekowi.

Klasztor odegrał ważną rolę w historii Krety. Najpierw w czasie antytureckiego powstania w 1866 r., później w 1941 r., kiedy po przegranej bitwie o Kretę schroniło się w nim wielu aliantów czekających na łodzie podwodne, którymi mieli się ewakuować do Egiptu. II wojnę światową przypomina pomnik z biało-niebieską grecką flagą, prawosławnym mnichem z karabinem oraz uzbrojonym żołnierzem alianckim (w walkach uczestniczyli przede wszystkim Brytyjczycy, Australijczycy i Nowozelandczycy).

***

W końcu nadchodzi moment, kiedy ulegamy pokusie widocznego na wyciągnięcie ręki lazurowego morza. Tym bardziej że docieramy do punktu widokowego - na znaną nam dobrze z plakatów i pocztówek plażę Preveli (podobno najczęściej fotografowana plaża Krety). Miejsce jest bajkowe. Sama plaża to niewielki cypel z jednej strony oblewany słoną wodą morską, z drugiej słodką z uchodzącej tu do morza rzeczki Megapotamos, która przebija się wąwozem porośniętym palmowym gajem, tworząc niesamowitą paletę barw. Soczysta zieleń kontrastuje z białym piaskiem, lazurowe morze z brązowymi skałami. Do plaży nie da się dojechać samochodem, trzeba dopłynąć stateczkiem kursującym z odległych o kilkanaście kilometrów Agios Pavlos lub Plakias albo... zejść z parkingu dość długą i stromą ścieżką w dół klifu. Nie mamy wyjścia - schodzimy, prażąc się w słońcu. Nagrodą jest wspaniała kąpiel w cieplutkim morzu. Potem wypożyczamy rower wodny i płyniemy w górę rzeki. Wrażenia niesamowite! Po bokach wyrastają pionowe ściany wąwozu, bujna roślinność daje złudzenie tropikalnej dżungli. Pod nami wśród wodorostów co chwila przepływają spore ryby, na zarośniętych brzegach rzeki obserwujemy wygrzewające się żółwie. Jest niezwykle cicho. Dopiero w drodze powrotnej spotykamy grupę niemieckich kajakarzy (opływają wyspę wzdłuż wybrzeża). Relaks nad wodą dobrze nam zrobił, ale i tak do parkingu wdrapujemy się ledwo żywi.

Teraz powoli kierujemy się na północ, z powrotem do Rethymnonu. Po drodze kolejne niepowtarzalne widoki, np. wąwóz Kurtaliotiko, którego nazwa wywodzi się od dźwięków, jakie wydobywają się z jego dna, kiedy wieją północne wiatry (w lokalnym dialekcie nazywa się je kurtala).

Zatrzymujemy się jeszcze na obrzeżach wioski Armeni (10 km przed Rethymnonem), przy otoczonej lasem późnominojskiej nekropolii - ok. 200 grobów z XIII-XII w. p.n.e. Wyglądają dość osobliwie, ponieważ ich komory wyciosane są w skale, a schodzi się do nich po prowadzących pod ziemię schodach.

***

Do hotelu dojeżdżamy po zachodzie słońca. Od razu wpadamy na znajomych Polaków. - Jak minął dzień? - pytamy się nawzajem. Oni spędzili go (jak i poprzednie) na leżakach przy hotelowym basenie. My mamy tyle wrażeń, że nie wiemy, od czego zacząć opowieść...