Budyń Mahometa

W ciągu tygodnia przemierzyliśmy Tunezję od Kartaginy po Saharę
Przyświecał nam jeden cel - zdążyć przed tłumami. Jako że nigdy nie byliśmy jeszcze w Afryce, braliśmy pod uwagę Maroko, Algierię, Tunezję i Egipt. W końcu Tunezja przebiła Maroko ceną - przelot, hotel przy plaży i dwa posiłki za blisko tysiąc złotych. Nie spodziewałem się, że kraj, jego atmosfera i wiosenny klimat tak nas oczarują - wróciliśmy zachwyceni. W ciągu tygodnia przemierzyliśmy Tunezję od Kartaginy na północy po Saharę na południu. Polecam Tunezję poza sezonem - od kwietnia do maja, ale również we wrześniu i październiku. Ale po kolei.

***

Naszą bazą było Sousse, duże portowe miasto ze znakomitą infrastrukturą turystyczną. Ale również z piękną Medyną - starą arabską częścią wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I tu spędzałem większość wolnego czasu.

Od kilku dni w całej Tunezji dawało się zauważyć wzmożone przemieszczanie się wyznawców Mahometa, czyli praktycznie wszystkich mieszkańców tego państwa. Ulice miast dekorowały tysiące czerwonych flag Tunezji z białym kołem z boku, w które wpisany jest czerwony półksiężyc i pięcioramienna gwiazda. Panowała podniosła atmosfera - zbliżały się urodziny proroka Mahometa, święto narodowe i wolny dzień.

Wałęsając się od wschodu słońca po zakamarkach Medyny, sprawdzałem odporność arabskich mężczyzn i kobiet na natręctwo fotografa. Nie było tak źle, jak mnie straszono. Uliczny przewodnik wręcz zachęcał do fotografowania, czy to wnętrza małego meczetu, oczywiście za małą "łapówkę" w wysokości 2 dinarów dla pilnujących go kobiet (1 dinar to ok. 3 zł). Za swoją usługę (oprowadzanie po zaułkach, łaźni tureckiej i wprowadzenie do meczetu) wziął po krótkim targu 1,5 dinara i... firmowy długopis z polskiego hotelu. Postanowiłem sprawdzić się samemu. Mimo kilku porażek, gdy paru mężczyzn zdecydowanie, choć bez złości, prosiło o nierobienie zdjęć, coraz częściej ignorowałem bojkot kobiet czy dziewcząt, widząc uśmiech w ich oczach. I to się setnie opłaciło. Zbiegło się niemal pół uliczki, kibicując to mnie, to dwóm młodym dziewczynom. Wmieszała się wyraźnie rozbawiona matka jednej z nich, zapraszając mnie do domu. Zostałem oprowadzony po maleńkim domostwie bez zewnętrznych okien, wciśniętym między setki podobnych. Ozdobne drzwi prowadziły przez korytarzyk do kwadratowego patio, z którego można było wejść do pokoi: sypialni rodziców (szerokości podwójnego łoża małżeńskiego), pokoju gościnnego (na wprost korytarzyka), największego w całym domu, pokoju Nadii (córka), kuchni, której druga część znajdowała się w patio. Tak jak (zresztą otwarta) łazienka przylegająca do pokoju Nadii, z prostokątnym wykafelkowanym brodzikiem. Przy innej ścianie, pod rozwieszonym w całym patio praniem, stał nieduży stół i dwa czy trzy krzesła. Na jednym z nich zostałem posadzony i poczęstowany wyjątkową potrawą, przygotowywaną specjalnie na urodziny Mahometa. Był to zrobiony przez panią domu (co z dumą podkreśliła) dwukolorowy budyń z mnóstwem orzechów, bakalii oraz nasion sosny. Rozmowa nie bardzo się kleiła, gdyż w krajach arabskich oprócz arabskiego obowiązuje francuski, którego ja, niestety, nie znam. Na szczęście Nadia pamiętała ze szkoły parę słów angielskich, i tak udało się ustalić nazwę tego smakołyku - asida zgougou.

Więcej o kuchni tunezyjskiej czytaj w serwisie ugotuj.to





Po tak ciekawie rozpoczętym przedpołudniu zwiedzanie Wielkiego Meczetu (2 dinary, tylko dziedziniec, zakaz wstępu do sal modlitewnych), obronnego klasztoru Ribatu (3 dinary, z wejściem na wieżę ze wspaniałym widokiem na całą okolicę) i innych atrakcji starego miasta musiało zakończyć się słodką miętową herbatą (1,3 dinara) na dachu jednej z kafejek z boskim widokiem na Medynę, port i Morze Śródziemne (polecam Cafe Aladin przy ulicy prowadzącej do suku, bo oprócz widoków są tu trzy piętra orientalnych wnętrz, a herbatę podają z orzeszkami piniowymi). Temperatura nieco powyżej dwudziestu stopni, lekki wiaterek od morza, można tak siedzieć i siedzieć, pić herbatę i palić fajkę wodną.

Pewnego dnia sączyliśmy leniwie miętową herbatkę w czasie sjesty w kafejce na dachu, gdy z pobliskiego minaretu dobiegło nas wołanie muezina wzywającego do modłów. Za sekundę odpowiedziało mu kolejne z innego minaretu. I kolejne, i kolejne... Wypełniły cała Medynę. Wrażenie było nieziemskie.

***

Autokar czekał przed hotelem o 7 rano. Pierwszy przystanek - El Jem. Ruiny trzypiętrowego rzymskiego Koloseum (37 m wysokości, plus podziemia dla gladiatorów i dzikich zwierząt), w którym zasiadać mogło nawet 30 tys. widzów. Obecnie miasteczko liczy tylko 5 tys. mieszkańców, ale w czasach świetności w III w. miało ich ok. 100 tys. Podczas najazdu i panowania Wandalów przybyłych z terenów Niemiec w V w. zostały zniszczone akwedukty i systemy nawadniające, co spowodowało upadek miasta. W sezonie w Koloseum odbywają się przedstawienia i koncerty.

Jedziemy dalej, wygodnie, bo Tunezja dorobiła się już autostrady przecinającej cały kraj (oprócz Sahary) z północy na południe. Ruch niewielki. Przy drodze na południe (kierunek Libia), stoją co jakiś czas małe rzeźnie, w których można zjeść przyrządzonego na miejscu barana z grilla. Widok makabryczny: świeżo zabite barany wiszą bez głów przy samej szosie, rzeźnik wyciera ściekającą krew z kafelkowej posadzki, a kolejne barany stoją przywiązane do filara prowizorycznego budynku. Głowy luzem stoją na stole pod ścianą.

Inną osobliwością tej drogi są nielegalne "stacje benzynowe", czyli plastikowe baniaki z tanią benzyną ustawione w piramidy przy asfalcie. Nielegalne, ale z uwagi na biedę tego regionu tolerowane przez lokalną władzę. Na pewno legalne są natomiast gaje oliwne ciągnące się kilometrami, hen, aż po horyzont. Tunezja jest potentatem w produkcji oliwy, a pyszne zielone i czarne oliwki dodawane są niemal do każdego posiłku.

Sfax - miasto i duży port z piękną starą Medyną pełną wąziutkich uliczek, zapchanych wiszącymi, stojącymi i leżącymi na bruku towarami. Jedynym środkiem transportu, który jest w stanie cokolwiek tu dowieźć, jest ręcznie ciągnięty dwukołowy wózek z dużą platformą. Poza Medyną architektura jest raczej przypadkowa, chociaż przy głównym bulwarze trafiają się kolonialne, pofrancuskie perełki.

Bierzemy kierunek na góry Matmata i wydrążone w ziemi domy Berberów wypchniętych przez kolejnych najeźdźców w niedostępne, jałowe tereny. Jest wiele teorii mówiących o przyczynach ich osadnictwa tutaj, ale żadna nie jest pewna. Pewne jest to, że nowa władza wyzwolonej w 1956 r. spod francuskiej okupacji Tunezji postanowiła pomóc troglodytom w ich ciężkiej doli i wybudowała osiedle zwane Nową Matmatą, do której kazała przenieść się "jaskiniowcom". Uszczęśliwienie na siłę oczywiście się nie powiodło, część tubylców wróciła do podziemnych domostw, bo w nich latem jest chłodno, a zimą ciepło (w blokowisku odwrotnie), i dalej żyje jak przed setkami lat. Niektórzy zrobili ze swych siedzib atrakcję turystyczną i czerpią niezłe zyski, o czym świadczą wystające gdzieniegdzie spod ziemi anteny satelitarne. Ale miejsce jest na tyle atrakcyjne i niesamowite, że George Lucas wybrał je na plener do filmu "Gwiezdne wojny". Elementy filmowej dekoracji zdobią "podziemny" hotel Sidi Driss w starej Matmacie.

Z Matmaty jedziemy do Douz - "bramy pustyni". Po drodze mijamy kondukt pogrzebowy złożony z samych mężczyzn. Nawet jeśli zmarłą jest kobieta, innym kobietom wolno przyjść na cmentarz dopiero po trzech dniach. W Douz czeka na nas karawana wielbłądów i beduińskie stroje (wypożyczenie 2 dinary). Przed nami niekończące się piaski Sahary z palmami na jej skraju. Widok naprawdę wspaniały. Wsiadamy na wielbłądy, niektórzy ze sporymi oporami, a potem ze strachem trzymają się kurczowo siodełka umieszczonego na jedynym garbie sympatycznego zwierzaka. Jest wysoko i kiwa, ale poza tym ekstra. Na jednej z wydm pojawia się na pięknym koniu malowniczy Tuareg, pirat pustyni. Oczywiście robię mu zdjęcie, co kosztuje 2 dinary. Ale po krótkim targu robi dla mnie jeszcze jedną pętlę, pędząc po pustyni i ustawiając się do zdjęcia na kolejnej wydmie.

Po niecałej półgodzinie, kiedy nasz przewodnik Nabruk daje się namówić na arabskie piosenki, których rytm wyklaskujemy wraz z innymi Arabami, docieramy do miejsca postoju. Robimy zdjęcia, "orła" na piasku pustyni, bierzemy do butelki piasek z Sahary i podziwiamy bezkresny żółty krajobraz. Nagle pojawia się kolejny Tuareg, czarny jak smoła. Oczywiście robię mu zdjęcie, chce dwa dinary, mówię - OK, ale ja na koniu. Podsadza mnie, wkłada nogę do strzemiona i wskakuje za mną na konia. Klepie go w zad i ruszamy galopem w pustynię. Tuareg się śmieje, piach wiruje w powietrzu. Robimy sporą pętlę i wracamy do obozowiska. Kolejne zdjęcia i... pięć dinarów. Drogo jak na tutejsze warunki, ale jak tu się targować z takim zawadiaką!

Po takiej dawce atrakcji malowniczy hotelik przy Saharze z kąpielą w basenie na kwiecistym patio to była prawdziwa rozkosz.

***

Pobudka w środku nocy, wyjazd o piątej. Wszystko po to, by powitać wstające nad wielkim słonym jeziorem Chott el Jerid okrągłe, zamglone słońce. Miejsce jest magiczne, pełne niebywałych kolorów chmur, powietrza, wody stojącej w kanałach przy grobli przecinającej jezioro od stuleci. Kolory podkreślają małe kopczyki białej soli rozsiane nad kanałami, a całość od północy zamyka pasmo gór Atlas. Zapadającą się 40-kilometrową groblę co rusz się naprawia, gdyż niszczą ją letni upał i zimowe deszcze. A wytrwali sprzedawcy róż zrobionych z pustynnego gipsu przez matkę naturę, podkolorowanych w barwach słonej wody, nieustająco odbudowują swoją skleconą z czego popadnie chatkę nazwaną Cafe Nasseur i od świtu do zmierzchu czekają na turystów.

Za Chott el Jerid, w Tozeur, zwiedzamy wielką naturalną oazę pełną palm daktylowych zapładnianych ręcznie przez człowieka, który przenosi białe kiście palmy męskiej na żeńską. Dzieło wieńczy wiatr. Obok oazy czekają już landcruisery, które zabierają nas do wiosek Chebika i Tamerza w górach Atlas. To górskie oazy z podziemnymi źródłami i wodospadami; ten większy, zwany grande, ma może 3 metry. Niemniej okolica przepiękna, wspaniałe widoki i malownicze przejścia urwistymi wąwozami, opuszczona wioska u podnóża gór zniszczona potężnymi ulewami, gdzie czekają na nas sprzedawcy talizmanów, żywych jaszczurek i miętowej herbaty. O tym, że w tych stronach przybywa Polaków, świadczą napisy "herbata miętowa" oraz zawołania tubylców: "dobra, dobra zupa z bobra".

Jeszcze tylko spotkanie ze stadem wielbłądów majestatycznie przechodzących przez drogę i skutecznie blokujących niewielki ruch i wsiadamy z powrotem do autokaru, który wiezie nas kawał drogi do magicznego Kairouanu. Obchody urodzin Mahometa przyciągnęły do tego miasta (czwarte po Mekce, Medynie i Jerozolimie święte miasto islamu) tłumy wiernych przemieszczających się od białego cmentarza pod murami Wielkiego Meczetu Sidi Uqby (najstarszy w Afryce Zachodniej) do Medyny, by odbyć modły. Tego było dla naszej pani przewodnik za wiele, więc zaprosiła nas do zaprzyjaźnionego sklepiku z dywanami... Tego było dla mnie za wiele! Być w Kairouanie i nie zobaczyć z bliska Wielkiego Meczetu z VII w. z jego wspaniałym dziedzińcem i 32-metrowego minaretu? Urwaliśmy się we dwójkę, by spokojnie pospacerować wzdłuż potężnych murów Medyny, zbudowanego jak twierdza meczetu, wtopić się w tłum wiernych i w końcu wejść na dach wystawnego sklepu z dywanami, skąd znakomicie było widać cały meczet i jego piękny dziedziniec wraz z wiernymi. W tle cała Medyna. Boski widok!

***

Wybraliśmy się również na jednodniową wycieczkę do Tunisu przez Kartaginę i muzeum Bardo. Tunezyjska klasyka, ale w znakomitym wydaniu. Wnętrza Bardo oczarowują: od wspaniałych wnętrz dawnego pałacu Bejów - niesamowite ornamenty na ścianach (mieszanina marmuru i gipsu), niebywałe sufity, tajemne wnęki i nisze dla czterech żon władcy - po cudowne mozaiki na podłodze i ścianach oraz antyczne rzeźby porozstawiane w przepysznych, wielopoziomowych komnatach.

Ucztą dla ducha były również pięknie położone nad turkusowymi wodami Zatoki Tuniskiej ruiny sławnej, niegdyś potężnej Kartaginy. Natomiast dla dawnych Fenicjan odwiedzone przez nas Termy Antonina (maleńki wycinek starożytnego miasta) były ucztą zarówno dla ducha, jak i ciała. Takie starożytne spa, w którym oprócz łaźni znajdowały się biblioteki, tepidaria do wygrzewania się i wypoczynku, odbywały się koncerty czy wykłady o sztuce i filozofii. Odwiedziliśmy też mekkę współczesnych artystów, Paula Klee, Wasylego Kandinskiego, Henri Matisse'a, czyli malowniczą wioskę Sidi Bou Said. Białe domy zawieszone na klifie nad zatoką, niebieskie okiennice i drzwi, wąskie uliczki pełne kolorowych kramów z pamiątkami, sztalugi z obrazami miejscowych artystów nawiązujących do malarstwa uznanych mistrzów. Tu warto wypić miętową herbatę czy mocną kawę na tarasie Cafe Sidi Chabanne, gdzie podobno bywali artyści (nie zauważyłem żadnego śladu po nich). Roztacza się stąd wspaniały widok na całą zatokę i maleńki port jachtowy u podnóża klifu. Dobre miejsce, by pożegnać Tunezję przed udaniem się na ostatnie zakupy do gwarnego Tunisu.

W sieci

http://www.tunezja.friko.pl

http://pl.wikipedia.org/wiki/Tunezja

http://whc.unesco.org/en/search/?criteria=Tunisia