Gejsza z Kioto

Lecąc do Japonii, miałem w głowie wiele obrazów jeszcze z czasów licealnej fascynacji Azją. Haiku, kolorowe drzeworyty z górą Fuji, kult samuraja, sumo, gejsze, ogrody i architektura japońskich świątyń, malowidła wykonane pędzelkiem i tuszem, czerwone pieczęcie, magiczne graficzne znaki, ceremonia parzenia herbaty.
To wszystko kształtowało mój stosunek do sztuki, kultury, a nawet życia. Przez całą kilkunastogodzinną podróż cieszyłem się na spotkanie z tym, co znałem tylko z książek, filmów czy wystaw. Nareszcie zobaczę wiele z tych rzeczy, dotknę, usłyszę, skosztuję i powącham. I przywiozę pod własny dach fragment prawdziwej Japonii. Nie przypuszczałem, że będzie nim gejsza. Kioto. Miasto słynące w Japonii z dzielnicy gejsz Gion i sąsiadującej z nią nie mniej słynnej świątyni Kiyomizudera, mianowanej do nowej listy siedmiu cudów świata. I właśnie z pogranicza tych dwóch wyjątkowych miejsc pochodzi moja gejsza.

Kiyomizudera to przeogromna drewniana konstrukcja, na której wspiera się i część świątyni, i potężny drewniany taras, z którego roztacza się bajeczny widok na leżące u jej stóp Kioto, na wspinające się ku głównej świątyni mniejsze pawilony oraz na drogę biegnącą z Kioto pod górę do całego kompleksu świątynnego. Drogę usianą herbaciarniami, restauracyjkami i dziesiątkami sklepów z japońskim rękodziełem i turystycznymi pamiątkami. W jednym z takich sklepów spotkałem moją gejszę. Stała na półce wśród innych pięknych lalek. Mój wzrok przyciągnęła ładną buzią, czerwoną parasolką i złotymi żurawiami wyhaftowanymi na jej kimonie. Nawet jak na gejszę jest niska. I kosztowała jak na gejszę niewiele - 1000 jenów, czyli ok. 30 zł. Ale jej prawdziwa wartość jest nieoceniona. Dzisiaj stoi na głównym miejscu wśród wielu pamiątek z podróży, uśmiechając się do mnie swoim magicznym uśmiechem. Przypomina mi, jak pięknie było zawitać do Kraju Kwitnącej Wiśni i kusi do ponownych odwiedzin Kioto i dzielnicy Gion.