W labiryncie uliczek Tangeru

Na styku Afryki i Europy leży miasto Tanger, gdzie Enrico Caruso śpiewał do wtóru bębnów i piszczałek
W hiszpańskim porcie Algeciras ponad 40 st. w cieniu. Wdrapujemy się ospale na najwyższy pokład promu do Tangeru i odpływamy po głośnym sygnale syreny. Afryka już tuż-tuż. Oparci o barierkę wpatrujemy się w zarysy kontynentu, którego jesteśmy tak spragnieni. Na deku pełno młodych Marokańczyków mieszkających we Francji i Hiszpanii, którzy w wakacje odwiedzają rodzinne strony. - Tanger jest niebezpieczny, uważajcie na siebie - ostrzega rezolutny chłopak w dresie. - I koniecznie wybierzcie się do Szefszawan. Po kif, oczywiście - dodaje z szelmowskim uśmiechem.

***

Zaraz po drobiazgowej kontroli w porcie wpadamy w ręce chudego, wysokiego mężczyzny. Niepomni ostrzeżeń, zbyt przejęci ulicznym chaosem, by trzeźwo myśleć, dajemy mu się prowadzić jak dzieci w stronę mediny. Stajemy przed kantorem i natychmiast otacza nas wianuszek spekulantów. Słyszę francuskie, potem hiszpańskie słowa. - Nie, nie chcemy wymienić pieniędzy - rozsądek podpowiada mi na głos. Czyjaś dłoń przesuwa się po moim ramieniu, może przyjaźnie, ale instynktownie się odsuwam. Mężczyzna prowadzi nas w górę, nawet nie pytamy dokąd. Odprowadzają nas spojrzenia (nieprzyjazne?) kilkunastu czarnoskórych wyrostków w jaskrawych dżelabach, którzy obsiedli wysoki mur. Uliczki zacieśniają się. Przypomina mi się "Nagi lunch" amerykańskiego pisarza i poety, bitnika Williama Burroughsa (1914-97), który przebywał tu w połowie lat 50. Fikcyjna Interstrefa, w której toczy się akcja powieści, to literacka wizja Tangeru. W tamtych czasach miasto pozostawało pod kontrolą zachodnich mocarstw. Było azylem dla szmuglerów, handlarzy walutą, przemytników broni, prostytutek, stręczycieli, szpiegów, wyklętych poetów i narkomanów. Po 1956 r., kiedy Maroko odzyskało niepodległość, miasto straciło status eksterytorialny, ale nadal przyciąga spekulantów, biznesmenów i artystów żądnych niebezpiecznych przygód. W przewodniku przeczytałem, że marokański rząd usiłuje zmienić ten wizerunek, ale zdaje się, że z marnym rezultatem. Zza wózków obładowanych świeżymi owocami, zza pleców roześmianych, umorusanych dzieci wyłaniają się ocienione zaułki. W głębi, na miniaturowych balkonikach połączonych plątaniną kabli kobiety rozwieszają pranie, a mężczyźni podpierający ścianę ubijają interesy, żywo gestykulując. Z ciemnego pomieszczenia wychyla się ręka, potem głowa; przez uchylone drzwi dostrzegam sylwetki pochylone w kłębach dymu nad fajkami wodnymi.

Zamiast zwiedzać kazbę, przez kilka nużących kwadransów odbywamy niekończące się wizyty w sklepach z dywanami, pufami i miedzianymi czajnikami. W końcu przychodzi moment otrzeźwienia i odmawiamy dalszej włóczęgi z gadatliwym naganiaczem. Łatwo nie ustępuje: - OK, now pay me - rzuca bez wahania, a kiedy grzecznie odmawiamy, przechodzi do gróźb: - ...or my friends kill you! Rzucamy się do ucieczki. W gęstniejącym tłumie koledzy torują drogę po stromych schodach. Byle tylko nie wpaść w ślepy zaułek! Słyszę krzyki, odpycham ręce, które wyciągają się w moją stronę. Zwalniamy na samym dole i dopiero tam się odwracamy - medina wygląda na pogrążoną w codziennej krzątaninie.

Jesteśmy z powrotem w kolonialnej dzielnicy, na placu u wylotu Avenue d'Espagne. Podążając tą nadmorską arterią, odnajdujemy Hostel Tanger (8 rue el Antaki, tel. 00 212 39 946 127, 40 dirhamów; 1 dirham = 0,35 zł) - miła obsługa, kilkuosobowe pokoje, na podłogach dywany, w kątach miękkie pufy. Na dziś dość wrażeń. Bierzemy prysznic (dopłata 5 dirhamów) i siadamy na balkonie z widokiem na zatokę, mury starówki i pogrążającą się w ciemnościach uliczkę, z której wciąż dobiegają nawoływania handlarzy.

***

Nazajutrz ruszamy do Teatru Cervantesa przy rue Anoual, do połowy XX w. największego centrum kultury kolonialnej Maghrebu (północno-zachodnia Afryka). Scena powstała w 1913 r. jako kaprys lokalnej hiszpańskiej burżuazji i przyciągała artystów z różnych stron świata. Wystawiano "Romea i Julię", ale też arabską wersję dramatu Szekspira "Machnun y Lala", a oprócz włoskich oper i hiszpańskich zarzueli (utwór, w którym recytacja przeplata się ze śpiewem) rozbrzmiewały bębny kubańskich muzyków i piszczałki arabskiej trupy teatralnej "El Hilal". Wiosną 1918 r. wystąpił Enrico Caruso - jego głos docierał ponoć aż do portu, jakby na życzenie Fitzcarralda (bohater filmu Wernera Herzoga z 1982 r.), który marzył, by Verdi rozbrzmiewał w najdalszych zakątkach świata. Teraz teatr stoi opuszczony, ale modernistyczna fasada z rzeźbami aniołów wciąż wygląda imponująco. Budynek można oglądać tylko z zewnątrz, ale ostatnio hiszpański rząd obiecał remont. Warto zwrócić uwagę na stojący naprzeciwko Grand Hotel Villa de France - zabytek z tej samej epoki, obecnie również zamknięty (zimą 1911 r. mieszkał tu Henri Matisse).

Rue Anoual prowadzi dalej na Place de France, gdzie koncentruje się życie współczesnego Tangeru. Warto wstąpić tu na dobrą kawę do Gran Café de Paris, eleganckiej kawiarni, w której dawniej spotykali się marokańscy nacjonaliści. Mądrzejsi o wczorajszą przygodę z naganiaczem, chcemy zwiedzić medinę za dnia. Droga prowadzi przez Place du 9 Avril 1949, gdzie 9 kwietnia 1949 r. sułtan Mohammed V, powróciwszy z wygnania do ojczyzny, wezwał naród do zrywu niepodległościowego. Plac, znany także jako Grand Socco (hiszp. Wielki Suk), nad którym dominuje wysoki minaret meczetu Sidi Bou Abid, w czwartki i niedziele zamienia się w bazar spożywczy, ale tego dnia wypełniają go samochody i tylko gdzieniegdzie można natknąć się na sprzedawców ziół, głośno zachwalających swój towar. Przez starą bramę Bab Fahs z charakterystycznym spiczastym łukiem, wciśniętą pomiędzy nowoczesne i kolonialne budynki, przechodzimy na starówkę. Na rue des Siaghines przeważają sklepy jubilerskie, pozostałość po targu złota. Mijamy zamknięty Kościół Niepokalanego Poczęcia (1880 r.). Na cieszącym się złą sławą domów publicznych Socco Chico (Mały Suk) kilku turystów sączy herbatę z miętą w Tingis Café, gdzie przesiadywali Jean Genet i Truman Capote. Idąc śladami artystów, którzy licznie przybywali do Interstrefy, odnajdujemy Legation Museum (zwiedzanie 10-13 i 15-17, bezpłatnie, http://www.legation.org ). W 1821 r. sułtan Mulaj Suliman podarował tę piękną rezydencję ambasadorowi Stanów Zjednoczonych (Maroko było pierwszym krajem, które uznało niepodległość USA). Mieści się tu niewielki zbiór obrazów, m.in. Eugene'a Delacroix i Oskara Kokoshki oraz dokumentów i fotografii poświęconych pamięci Paula Bowlesa, amerykańskiego kompozytora i pisarza, który niemal pół życia spędził w Tangerze (swoją najsłynniejszą podróż w głąb Czarnego Lądu opisał w powieści "Pod osłoną nieba").

Na samym szczycie wzgórza mediny wznosi się kazba. Za grubymi murami ukazuje się pusty dziedziniec i XVII-wieczny pałac Dar el Makhzen wzniesiony przez Mulaja Ismaila. Sułtani mieszkali tu wraz z licznymi żonami i konkubinami do 1912 r. w pięknych apartamentach o rzeźbionych sufitach i drzwiach. Dziś pałac mieści Muzeum Sztuki Marokańskiej, do którego warto zajrzeć nie tylko dla eksponatów (wyroby garncarskie, włókiennicze, garbarskie oraz broń; zwiedzanie: poniedziałek, środa, czwartek, weekend 9-12.30 i 15-17.30, piątek 9-11.30, bilet 10 dirhamów), ale także by odetchnąć przy marmurowych fontannach wewnętrznych dziedzińców lub w kawiarni Detroit (codziennie 9-18) w parku w stylu andaluzyjskim ze wspaniałym widokiem na Cieśninę Gibraltarską. Siedząc w cieniu drzewek cytrynowych, zastanawiam się, jak wyglądały ogrody Hesperyd, które podobno znajdowały się gdzieś w tych okolicach. Herakles, uśmierciwszy strzegącego ogrodów giganta Anteusza, spłodził dziecko z Tingis, wdową po nim. W prezencie dla syna oddzielił Skałę Gibraltarską od Afryki i stworzył nadmorskie miasto. Od imienia wdowy pochodzić ma pierwotna nazwa Tangeru - Tingis.

Z klifu, na którym stoi kazba, schodzimy wprost na szeroką plażę - jest prawie pusta, tylko gdzieniegdzie dzieci grają w piłkę. Idąc wzdłuż wybrzeża, docieramy po kwadransie do dzielnicy Marshan. W śnieżnobiałych pałacach o wysokich oknach i zielonych dachach, osłoniętych od ulicy murami i palmami, mieszkają bogaci tangerczycy. Można zajrzeć do rezydencji Mendoub, gdzie multimilioner Malcolm Forbes (1919-90) zgromadził kolekcję ponad 100 tys. miniaturowych żołnierzyków (zwiedzanie 10-17 z wyjątkiem wtorków, bezpłatnie).

***

Plany dotarcia do Rabatu zaczynają rozwiewać się po dotarciu do puściutkiej stacji kolejowej Tanger Morora (ok. 6 km na południe od centrum). Tablica informacyjna jest klarowna: dwa pociągi do Casablanki i Rabatu (7.15 i 17), jeden do Fezu i Meknes (13) i nocny do Marrakeszu (22.30). - Pociąg, owszem, jest, ale jutro - piękną francuszczyzną oświadcza wąsaty kasjer. - A dziś dokąd można dojechać? - Dziś pociągów nie ma. Roboty na torach - kwituje i odprawia nas na dworzec autobusowy. Przeciskając się przez tłum, cudem zdobywamy bilety (33 dirhamy). Ściśnięci w nagrzanym autobusie obserwujemy ubogie przedmieścia zaśmiecone milionami plastikowych toreb. Potem wjeżdżamy między zielone wzgórza - nie spodziewaliśmy się takiego widoku kilkadziesiąt kilometrów na południe od półpustynnej Andaluzji. Podróż umila zespół grający skoczne, piskliwe kawałki. Mimo tłoku i zaduchu jest wesoło - do czasu, kiedy mężczyzna obok mnie marszczy brwi na dźwięk słowa "Rabat": - Ten autobus jedzie do Szefszawan!

Po trzech godzinach jesteśmy w wybranym przez los mieście. Nie tracąc animuszu, kierujemy się Avenue Hassan II do mediny. Wędrówkę uprzykrzają ciężkie plecaki, nieznośny upał i natrętni naganiacze. Przeciskamy się jeszcze węższymi niż w Tangerze uliczkami starówki między białymi i błękitnymi domami (chodniki także są pomalowane, kolor inny niż biały oznacza ślepy zaułek). Te andaluzyjskie barwy wprowadzili Żydzi, którzy znaleźli w Szefszawan schronienie po wygnaniu z Granady pod koniec XV w. Chrześcijan aż do 1920 r. obowiązywał tu zakaz wstępu pod karą śmierci. Dostępu strzegli żołnierze i góry Rif (Szefszawan, arab. Chefchaouen, oznacza "róg", co odnosi się do kształtu okolicznych wzniesień). Teraz miasto też się broni, ale przed globalizacją - równie popularna jak cola jest zimna górska woda, którą można pić z kranu. Mieszkańcy są przyjaźni, ale zachowują większy dystans do przyjezdnych niż pozostali Marokańczycy.

Zostawiamy plecaki w schludnym dwuizbowym hoteliku (jest ich w medinie kilkanaście, ok. 30 dirhamów) i wygłodniali ruszamy na plac al Makhzen. Tam, zamiast opisanego w przewodniku tradycyjnego targu, natykamy się na turystów buszujących w składach ceramiki. W jednym ze sklepików kupujemy więc daktyle i pokrzepieni wdrapujemy się na główny plac Outa el Hammam, z Wielkim Meczetem (wstęp tylko dla muzułmanów). Bielone ściany świątyni kontrastują z czerwonym ośmiobocznym minaretem. Tuż obok kazba wzniesiona w 1471 r. przez Mulaja Ali ben Raszida jako baza wypadowa do ataku na Portugalczyków z Ceuty. Fortecę rozbudował Mulaj Ismail w obronie przed zbuntowanymi plemionami berberyjskimi. Zdobyli ją dopiero Hiszpanie w 1920 r., a w kazamatach osadzili Abd al Karima, legendarnego przywódcę marokańskich powstańców. Dziś surowe, ceglastoczerwone dziedzińce zajmują galerie współczesnej fotografii, muzeum etnograficzne (warto obejrzeć instrumenty muzyczne i drewniane, malowane skrzynie) oraz niewielkie centrum studiów andaluzyjskich (środa, czwartek, weekend 9-13 i 15-18.30, wtorek 15-18.50, piątek 9-12, bilet 10 dirhamów).

W kawiarni naprzeciw kazby delektujemy się kuskusem z warzywami. Potężne cedry przysłaniają nieco cytadelę, którą pięknie oświetla zachodzące słońce. Właściciel podaje herbatę, której nie zamawialiśmy, i siada przy naszym stoliku. Po kilku zdawkowych uwagach na temat urody miasta podaje nam pod stołem mały pakunek. W środku znajdujemy grudę haszyszu wielkości mydła. Długo namawia nas do zakupu, przekonując, że możemy nawet bezpiecznie wywieźć narkotyk do Hiszpanii. W końcu daje za wygraną, ale w zamian musimy dać się ograć w domino.

W drodze do hotelu dźwięczą mi w uszach słowa chłopaka, którego spotkaliśmy na promie w Cieśninie Gibraltarskiej - w Tangerze mieliśmy być ostrożni, a w Szefszawan kupić kif



PS Polecam "Literaturę na Świecie" nr 408-409 (7-8/2005) - 470 stron tekstów o Tangerze, m.in. W.S. Burroughs, T. Capote, P. Bowles

W sieci:

http:// www.maroc.net/museums - muzea

http:// www.quid.fr - mapa Tangeru i Maroka

http://i-cias.com/morocco - zdjęcia i opisy miast

http://photosbymartin.com/africa/index.htm - zdjęcia