Pontonem w Himalajach

Rozpiera nas niczym niezmącona radość bycia w środku żywiołu, który spłukuje z nas wszystko, od czego uciekliśmy aż tutaj: zmęczenie, codzienność, zwyczajność
Wertując przewodniki przed wyprawą na tramping po Indiach i Nepalu, z czystym sumieniem pomijałam rozdziały zatytułowane "Rafting - czyli spływ pontonem po górskich rzekach". Nepal to dla mnie królestwo gór - taplania się w wodzie nie brałam pod uwagę. Poza tym w programie trampingu nie było mowy o spływie, a ja nie mam ochoty utopić się, nie zobaczywszy celu wycieczki: Annapurny, dziesiątego ośmiotysięcznika ziemi. W dodatku w drodze z Delhi do nepalskiej granicy przeziębiłam się, nos spuchł mi jak bania i ogłuchłam na lewe ucho. Nie na tyle jednak, by nie słyszeć pełnych entuzjazmu okrzyków dziesięciu naszych panów. Pilotka zaczyna ustępować: - Jeśli okaże się, że jest fajnie, to może trzeba będzie włączyć spływ na stałe do programu imprezy? - A nie mogę zostać w Kathmandu albo jechać z plecakami lądem? - O zostaniu nie ma mowy. Spływ zrobimy po drodze z Kathmandu do Pokhary, żeby nie tracić czasu. Taka okazja może się więcej nie trafić. No to co, płyniesz?

Kathmandu żegna nas poranną mgłą i zapachem tysięcy wotywnych kadzideł. Nie ogłusza jeszcze kakofonia klaksonów riksz i taksówek, nie gonią natrętne nawoływania handlarzy. Thamel, słynna handlowo-turystyczna dzielnica nepalskiej stolicy, dopiero się budzi. Nieco zaspani wypijamy mocną herbatę przygotowaną na pożegnanie przez hotelową obsługę i ruszamy do wynajętego autobusu. Ubrani jesteśmy dość dziwacznie: od góry polary lub swetry (o tej porze roku ranki i noce w Kathmandu są chłodne), od dołu szorty i klapki. Nasz wygląd nikogo nie dziwi. Dla amatorów tej mokrej zabawy Nepal jest prawdziwym rajem. Oni jednak wiedzą, w co zamierzają się bawić, my - nie!

***

Autobus mozolnie pnie się w górę. Nasi panowie pilnie wypatrują miejsca, w którym Trisuli z dość wąskiego strumienia przerodzi się w huczącą bystrzami, rwącą górską rzekę. Z lektury przewodnika wynika, że spływ po Trisuli to zaledwie raftingowy elementarz, co daje mi pewne szanse na przeżycie, ale na wszelki wypadek zachłannie wpatruję się w majaczące na horyzoncie góry.

Wysiadamy przed barakiem z krzywych desek. Drobny, niewysoki Nepalczyk z uśmiechem wskazuje stertę czerwonych ubrań, kamizelek i wioseł. Nieprzemakalna kurtka na rzepy jest oczywiście za duża, a kamizelka ratunkowa uwiera między łopatkami. Przewodnik chodzi między nami i wszystko sprawdza. Żeby tylko kask nie spadał mi na oczy przy każdym kichnięciu! No i to wiosło! Nie mają czegoś krótszego?

- Schodźcie na dół, do rzeki!

Łatwo powiedzieć. Klapki ślizgają się po mokrych kamieniach i trzeba uważać, żeby nie dostać w zęby wiosłem idącego przodem. Ale wreszcie jest rzeka, dwa pontony i nasz wiecznie uśmiechnięty Nepalczyk. Ustawiamy się w rządek i zamieniamy w słuch. W ciągu dwudziestu minut dowiaduję się, jak wiosłować (sześć podstawowych komend), jak siedzieć w pontonie i co robić, gdy się z niego wypadnie. Jeszcze tylko wkładamy dokumenty i aparaty fotograficzne do wodoszczelnej beczki przywiązanej linami na środku pontonu i... odbijamy.

***

Powtórkę z komend zagłusza po chwili szum dochodzący zza zakrętu - 50 metrów przed nami woda podejrzanie się pieni. Jeszcze nie bardzo wiem, o co w tym chodzi, a już widzę, jak dziób pontonu (to się nazywa dziób?) podnosi się i wspina po fali. W tej samej chwili przed, a raczej pod nami, woda rozstępuje się i lecimy w dół. Czuję, że moje siedzenie odrywa się od pontonu, unosi w górę i... ląduję na beczce! Ale wiosła nie puściłam! A to dopiero przygrywka. Przed nami znowu coś się pieni i szumi. Ponton zadziera nos, przeraźliwie zimna woda uderza w nas z impetem i spadamy. A ja znowu ląduję na beczce. Co jest? Jeśli jestem za lekka, to powinnam raczej wylecieć za burtę! Płyniemy coraz szybciej, spada na nas coraz więcej wody i, co gorsza, zaczyna się nam to podobać. Kolejny próg pokonuję już bez kontaktu z beczką (może jednak się nie utopię?). Pada komenda: - Odpoczynek! Całkiem nieźle! - przewodnik uśmiecha się szeroko.

Dopiero teraz mamy okazję podziwiać okolicę. Trisuli wciska się swym korytem między szosę prowadzącą ze stolicy Nepalu Kathmandu do Pokhary, drugiego co do wielkości miasta, a zalesione zbocza. Do Himalajów, tych z filmów, książek i pocztówek, jeszcze kawałek. Czy w ogóle do nich dojadę, chciałam powiedzieć, dopłynę? - Do brzegu! Skręcamy. Piaszczysta plaża, wbrew informacjom z przewodnika, nie jest ani brudna, ani zaśmiecona. Wyciągamy pontony na brzeg, zdejmujemy kaski, ściągamy lekko wilgotne od spodu (nieprzemakalne!) kurtki. Przy dwóch obrusach rozesłanych na ziemi krząta się kilku Nepalczyków. Kroją chleb, siekają warzywa, otwierają puszki. Woda, przywieziona w wielkim, białym baniaku, nabiera barwy rdzy. To od jodyny, którą odkaża się nieprzegotowaną wodę (co nie chroni jednak od cyst ameby i innych żyjątek). Patrzę na ręce naszych gospodarzy, na jedzenie, które przygotowują (posiłek wliczony w koszty raftingu), i oczyma wyobraźni widzę niekończącą się listę chorób, o których mowa w przewodniku w rozdziale "Zdrowie". Dzielnie powstrzymuję się od rzucenia się jak inni na smakowicie wyglądające surówki, za to próbuję sera z jaka (raczej nijaki). Zza kamienia patrzy na mnie wychudzony, brudny, biały kundel. Dyskretnie dzielę się z nim kanapką. Odwracam się w stronę plaży i nieruchomieję. Obserwują mnie dwie pary wielkich, ciemnych oczu. Potargane włosy, bose nóżki, nieśmiały uśmiech... Po chwili dwie pary umorusanych rączek unoszą moją drugą kanapkę z serem.

Wciągamy wysuszone na słońcu kurtki, zapinamy kaski, odnajdujemy wiosła. Narastający szum kolejnego progu wprawia nas w zachwyt. Nabraliśmy zaufania do praw fizyki, do naszego Nepalczyka i do siebie samych, nawet gdy ponton spada na łeb na szyję z załamującej się fali. Na zmianę wylewamy z dna wodę i zawzięcie wiosłujemy. Przy każdym uderzeniu fali triumfalnie wrzeszczymy na całe gardło. Rozpiera nas radość, niczym niezmącona radość bycia w środku żywiołu, który spłukuje z nas wszystko to, od czego uciekliśmy aż tutaj: zmęczenie, codzienność, zwyczajność. Po każdym udanym manewrze wiosła zgodnie uderzają w beczkę - na wiwat! Chwilami wydaje się, że ponton stoi w miejscu. Wtedy nasz Nepalczyk krzyczy: - Szybciej, szybciej! Jego podniesiony o ton głos sygnalizuje, że w tym miejscu żartów nie ma. - Chcecie jeszcze raz? - pyta, wskazując najbardziej warczącą kipiel. - Jasne! - No to zawracamy!

Wreszcie pada komenda: - Odpoczynek! Obserwujemy, jak radzi sobie płynący za nami ponton z Włochami. Ponton radzi sobie nieźle, Włosi gorzej - dwie niebieskie kamizelki lądują razem z zawartością w wodzie. Jeden z Włochów zdążył chwycić za linkę umocowaną wokół pontonu. Drugi nie miał tyle szczęścia, ale jeden wprawny rzut linką i amator raftingu gramoli się do środka. Nepalczyk znowu się uśmiecha. Wyraźnie jest z nas zadowolony. Pokazuje palcem zbliżający się próg: - To już ostatni. - Co? Już? My chcemy jeszcze! - To przyjedźcie tu jeszcze raz! Na dłużej. I nie na Trisuli, tylko na coś większego, Kali Gandaki na przykład!

Przybijamy do brzegu. Szczypie lewa dłoń obtarta wiosłem. Ściągam kamizelkę i wilgotną kurtkę. Z kieszeni wypada paczka zupełnie mokrych chusteczek higienicznych. Ciekawe, zupełnie zapomniałam o katarze. Odwracam wzrok od rzeki i patrzę na szosę, która znika za zakrętem. Teraz wszystkie drogi prowadzą już prosto w Himalaje. I choć do tej chwili spieszno mi było od tak dawna, choć woda nadal budzi we mnie lęk, ale rafting? Choćby jutro! A po Trisuli, choćby zaraz! Mimo małej blizny na prawej nodze. Po beczce.



Przykładowe ceny trekkingu w okolicach Annapurny: Ecotravel - 16 dni, 1870 dol., Logostour - 17 dni, 2190 dol., Szkoła Górska - 21 dni, 900 dol. + cena najtańszego dolotu, Supertramp - 25 dni bez wyżywienia, 1690 dol. W cenie zwykle: dojazd, opieka przewodnika, przejazdy, wizy, część wyżywienia