Walia

Walentynki obchodzi się tu w styczniu, rozdanie poetyckich Oscarów jest w sierpniu, a mówić po angielsku często nie wypada. I to wszystko na Wyspach Brytyjskich - w mrocznej i bajecznej Walii
Mija pół wieku odkąd Cardiff zostało stolicą Walii. Flaga z czerwonym smokiem łopocze w tym kosmopolitycznym mieście na dobre, a walijskiej tożsamości nie zagraża już angielska dominacja. Jednak na północy kraju spodziewać się należy dystansu wobec przybyszy.

Latem temperatura wody nie zachęca do kąpieli, o śnieg też tu zazwyczaj trudno. Dlatego do Walii można przyjechać nawet jesienią i wczesną zimą. Wciąż jest dosyć zielono, a wczesne zmierzchy pozwalają cieszyć się atmosferą tajemniczości. 21 grudnia ubiegłego roku miasto Caerdydd - przepraszam: Cardiff - obchodziło 50-lecie stołeczności i stulecie otrzymania praw miejskich. Nie sposób zwiedzać Walii bez zajrzenia tu, tak jak nie sposób ograniczyć zwiedzania Walii do Cardiff.

***

Cardiff z 330 parkami i ogrodami cieszy się opinią jednego z bardziej zielonych miast w Brytanii. Spomiędzy zieleni przebijają dwujęzyczne napisy, bo wszystko jest tu po angielsku i po walijsku: od rozkładu jazdy pociągów po gazety. Równie wszechobecny jest herb miasta - czerwony smok, którego małe szklane figurki sprzedają sklepy z pamiątkami, a duże wizerunki zdobią jeżdżące po mieście śmieciarki. Smok wdarł się nawet do eteru: na częstotliwościach 103,2 oraz 97,4 FM można posłuchać Radia Red Dragon.

Dawniej przemysłowe, dziś doinwestowane i zregenerowane miasto reklamuje się także jako "stolica konferencyjna" - 6,5 tys. pokoi, 40 tys. m kw. powierzchni wystawowej, pomieszczenia konferencyjne dla 5,5 tys. delegatów. Odnowione Cardiff ma ambicję bycia centrum uniwersyteckim i kongresowym. To jakby naturalne przedłużenie pomysłu na miejsce spotkań sprzed prawie dwóch tysiącleci. Bo musi coś w tym miejscu być, skoro już w 75 r. Rzymianie postawili w dzisiejszym centrum miasta fort. Tysiąc lat później stał tu normański zamek, którego losy były tak kręte jak walijska historia. Kilkakrotnie przebudowywany, od 1948 r. jest własnością miasta. A przy okazji bardzo dobrym punktem orientacyjnym, gdybyśmy zgubili się w centrum.

***

A w centrum warto zajrzeć do sklepów ukrytych w kilku wiktoriańskich tzw. Arcades. To dzięki tym wyspecjalizowanym sklepikom Cardiff chełpi się mianem najlepszego po Londynie wyspiarskiego miejsca na zakupy (wszystkie duże brytyjskie miasta lubią się tak określać). Najlepiej zacząć od Queens Arcade, St. David's Shopping Centre i targu (http://www.cardiff-market.co.uk ). Prawdziwej walijskiej żywności poszukać warto w bistrze i sklepie Blas w budynku Starej Biblioteki przy The Hayes (http://www.walesthetruetaste.com ).

Kto chce zrealizować tradycyjny program wizyty w Cardiff, niech zajrzy do zamku łączącego elementy rzymskie, średniowieczne i wiktoriańskie (http://www.cardiffcastle.com ), niech odnajdzie Civic Centre porównywane do waszyngtońskiego Białego Domu i przejedzie się dookoła zatoki, która w XIX w. przeżywała okres rozkwitu handlowego, w XX w. podupadła, a pod jego koniec została zabudowana jako "miasto przyszłości". Dojeżdża się tu specjalnym miejskim autobusem (http://www.cardiff.gov.uk/bayxpress ). Warto też odszukać skansen zwany Museum of Welsh Life oraz National Gallery i National Museum (http://www.nmgw.ac.uk ). Pomocna w planowaniu będzie strona: http://www.visitcardiff.info

***

Pod koniec lat 90. sławę przyniósł walijskiej stolicy znany i polskim widzom film "Human Traffic". Jego akcja dzieje się właśnie w Cardiff, więc gdyby przyszła nam ochota zabalować, warto pozostać wieczorem w centrum i udać się na Boulevard de Nantes. Równie mało brytyjsko brzmi nazwa dalszego ciągu tej ulicy - Stuttgarter Strasse - będąca swoistym wyrazem szacunku dla innego partnerskiego miasta walijskiej stolicy.

Poza tymi nazwami Cardiff oficjalnie pozostaje miastem dwujęzycznym, bardzo mocno podkreślającym swoją walijskość. Najprostsze zwroty można znaleźć w rozdawanych turystom przewodnikach, ale brakuje okazji, by tych słówek użyć. I dlatego słychać głosy, że Cardiff to już nie Walia, ale Anglia.

***

Ruszając z Cardiff, trzeba zachować ostrożność. Miasto przyniosło pecha królowi Arturowi i antarktycznej ekspedycji. Według Thomasa Malory'ego, autora dzieła o życiu i śmierci legendarnego króla, to właśnie stąd pewna zakochana czarodziejka zwiodła go do północnej Walii, gdzie rozczarowana brakiem wzajemności próbowała go później zniszczyć. Aż do końca Cardiff było dość pechowym miejscem dla bohaterów legendy. To tu wsiadł na statek do swojej zamorskiej krainy romansujący z żoną króla Sir Lancelot, i stąd udał się za nim Artur, by wydać mu bitwę. Opuszczając Cardiff, mianował władcą na czas swej nieobecności Mordreda - nieślubnego syna, który go wkrótce oszukał, a w końcu zabił. Jest jednak i pozytywna wzmianka Malory'ego o Cardiff: imię pochodzącego stąd Sir Lamiela z adnotacją, że "był wielkim kochankiem".

Jeśli jednak chcemy szukać śladów legendy, pozostają nam przede wszystkim nazwy, takie jak Excalibur Drive. Można też kupić broszury o celtyckiej i arturiańskiej tradycji Walii. To szczycenie się legendą jest nieco na wyrost, bo we wspomnianej monumentalnej kompilacji legend o królu Arturze z XIV w. nazwa Cardiff pada ledwie pięć razy.

Swoją ekspedycję zaczęli tu również zdobywcy bieguna południowego pod wodzą Roberta Falcona Scotta. Ich klęskę z 1912 r. (w brytyjskiej tradycji narodowej uważaną za heroiczną) upamiętnia interesujący pomnik nad zatoką Cardiff Bay.

***

Wokół miasta atrakcji nie brakuje. Jedno popołudnie wystarczy na wyprawę do ruin XII-wiecznego Tintern Abbey, cysterskiego opactwa w dolinie Wye. Z Cardiff jedziemy pociągiem do Chepstow (w którym można rzucić okiem na zamek). Tu przesiadamy się w autobus, który dowiezie nas do samych ruin Tintern. Jeśli jest po godz. 17, mamy problem - kasa biletowa jest już nieczynna, a wejście zamknięte. Sposób, który ewentualni spóźnialscy będą musieli sprawdzić na własną odpowiedzialność, to obejście opactwa i przeskoczenie z tyłu, w rogu, przez mały drewniany płotek. Łamiemy pewnie prawo, ale zwiedzanie tego magicznego miejsca bez tłumu turystów jest z pewnością warte grzechu.

Od walijskiego Tintern rozpoczął się angielski romantyzm - 13 lipca 1798 r. zobaczył opactwo niespełna 30-letni poeta William Wordsworth, zrobiło na nim wielkie wrażenie. W drodze z Tintern przez pięć dni pisał poemat inspirowany tą wizytą. Niezatytułowany utwór uznamy dziś pewnie za dość bełkotliwy. Przeczytajmy chociaż przypis, którym Wordsworth go opatrzył: "Żadnego swojego wiersza nie pisałem w okolicznościach dla mnie milszych, niż tego".

***

"Prawdziwej" Walii poszukajmy na północy. Trochę się spóźniliśmy, bo miasto Bangor było w sierpniu gospodarzem Narodowego Eisteddfodu uważanego za największy i najstarszy konkursowy festiwal poetycki w Europie. Dziś Eisteddfod to nie tylko wiersz, muzyka i teatr, ale i slam poetry (poezja mówiona) czy występy rockowe.

Narodowy Eisteddfod odbywa się co roku gdzie indziej: raz na południu, raz na północy kraju - w tym roku odbędzie się w Swansea. Odwiedza go około 20 tys. gości dziennie. Udokumentowana tradycja konkursu sięga drugiej połowy XII w. Już w 1176 r. książę Rhys ap Gruffydd gościł na zamku w Cardigan pierwszy walijski konkurs poezji i pieśni.

Dziś niemal trzymilionowa Walia żyje od Eisteddfodu do Eisteddfodu. Ten zaś na początku każdego sierpnia trwa od soboty do soboty. Wziął nazwę od czasownika "eistedd", czyli "siedzieć". Główną nagrodą dla zwycięskiego poety było bowiem miejsce przy książęcym stole. Gerwyn Wiliams, zwycięzca poetyckiej części Eisteddfodu z 1994 r., mówi, że intencję udziału w konkursie zgłasza się na co najmniej rok i jeden dzień wcześniej, a o wyniku rozstrzyga Zgromadzenie Bardów.

Z Londynu można tu dojechać szybko, ale napisy na murach i wlepki w Bangorze każą "kolonistom" wracać do domu. Z wyjazdem może być trudniej, bo w proteście przeciwko złej wymowie walijskich nazw przez kolejowy personel pasażerom w pociągach zdarzało się już przykuwać samych siebie łańcuchami do siedzeń.

Szykując się na sierpień 2006 na Eisteddfod w Swansea, nie trzeba się jednak przesadnie bać. Na południu kraju walijskość jest bardziej umowna niż na północy. Wystarczy, że w styczniu wyślemy pocztówkę na Dzień Świętej Dwynwen (o czym dalej), a do sierpnia nauczymy się wymawiać Dw'in dysgu Cymraeg (Uczę się walijskiego).

***

W czasie Narodowego Eisteddfodu nie wypada mówić po angielsku. Zapytany o kwestię języka walijski historyk Wil Griffith twierdzi, że pewną przesadą jest oczekiwanie, by cała obsługa festiwalu mówiła po walijsku. - Rozumiem, że kelnerzy powinni być walijskojęzyczni, ale dopuszczam możliwość, żeby na przykład ludzie rozstawiający namioty mówili po angielsku - zapewnia. I jest to przejaw najbardziej chyba liberalnego spojrzenia na tę kwestię, jakiego można oczekiwać od Walijczyka.

Festiwal się zmienia, ale krzesło pozostaje symboliczną główną nagrodą. Zwycięzca, który je zajmuje (i zachowuje jako trofeum), wie wcześniej, że to jemu przyjdzie wystąpić w tej roli w pierwszym tygodniu sierpnia. Ale obowiązuje tajemnica. Zwycięzcy wspominają, że musieli wchodzić do głównego namiotu sekretnym wejściem albo że w ostatniej chwili zakładali galowy strój, żeby nikt się wcześniej nie domyślił, kim są.

Do niedawna językowi walijskiemu, wywodzącemu się z języka Celtów i jednemu z najstarszych w Europie, groziło zniknięcie. Na całym świecie posługuje się nim 580 tys. ludzi, poza Walią także w społecznościach imigranckich w Stanach Zjednoczonych czy Argentynie. Po kilkuset latach antywalijskiej polityki w samej Walii tylko co piąty mieszkaniec zna ten urzędowy język. Powstają już jednak walijskie wersje programów Microsoftu, po walijsku nadają też stacje radiowe. Coraz trudniej zrobić karierę, gdy spośród dwóch urzędowych języków zna się tylko angielski. Dzięki polityce dwujęzyczności rośnie też zainteresowanie walijską kulturą.

Ma w tym udział obchodzony 25 stycznia Dzień św. Dwynwen, któremu w tradycji anglosaskiej odpowiadają walentynki. Żyjąca w piątym wieku księżniczka Dwynwen stała się walijską patronką zakochanych, bo według legendy Bóg miał zawsze spełniać jej prośby dotyczące ludzkich spraw miłosnych. W zeszłym roku Rada Języka Walijskiego wydała specjalną miłosną pocztówkę w dwóch językach, którą od początku stycznia można było za darmo zamawiać w internecie i pod brytyjskim numerem telefonu. W tym roku akcji nie powtórzono, ale na stronie Rady - http://www.bwrdd-yr-iaith.org.uk - znajdziemy listę sklepów, gdzie takie pocztówki można kupić.

***

Właściciele pubów w sierpniu skrycie podnoszą ceny: ci Walijczycy, którzy nie jadą na festiwal, świętują u nich. Na Eisteddfodzie alkohol serwowany jest dopiero od dwóch lat. Poprzedziły to burzliwe dyskusje. Wil Griffith uznaje konserwatyzm organizatorów w tej kwestii za przejaw wiktoriańskiego myślenia. - To mentalność typowa dla XIX wieku, kiedy tradycja Eisteddfodu się właśnie odradzała - spostrzega. Dodajmy, że w tym samym czasie powstało w Bangorze wiktoriańskie molo, a niedługo później najstarszy na świecie wiszący most, który łączy miasto z wyspą Anglesey.

W całej Walii, gdy wspomina się konkretny rok, to precyzuje się, że wtedy Eisteddfod był w tym a tym miejscu. O 2005 będzie się więc mówić, że odbył się w Faenol Cyf, w okolicach Bangoru. Organizatorzy deklarują tolerancję i szacunek dla wszystkich gości, ale na murze ogradzającym Faenol wymalowano czarną farbą napis "To nie Anglia!". Corocznemu Eisteddfodowi udaje się więc rzecz trudna do osiągnięcia dla tygodniowego festiwalu - na nim opiera się tożsamość całego narodu.