Podróże Marzeń: Malta

Język przypomina arabski, klimat i kultura - Sycylię. A wszędzie stoją... czerwone angielskie budki telefoniczne i skrzynki pocztowe
Na Maltę jadę służbowo, by opisać, jak mieszkańcy zagłosują w referendum na temat wejścia do UE. Jest początek marca 2003 r. (w maju 2004 Malta stała się członkiem Unii Europejskiej). W Polsce jeszcze zimno, tu wystarczy lekka kurtka lub sweter, i to tylko na wieczór.

W samolocie czytam przewodnik. Najbardziej niesamowita jest gęstość zaludnienia na wyspie. To jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie - 1,2 tys. osób na kilometr kwadratowy (Malta ma 398 tys. mieszkańców). Ciaśniej jest tylko w niektórych niewielkich państwach i terytoriach świata, jak Makao, Monako, Singapur czy Hongkong (dla porównania w Polsce gęstość zaludnienia to 124 osoby/km). Gdzie ci wszyscy Maltańczycy się mieszczą? Na dodatek co roku ciągnie tu ponad milion turystów, by wygrzewać się na plażach, nurkować, zwiedzać zabytki i uczyć się angielskiego w licznych szkołach językowych.

***

Gdy docieram na wyspę, widzę, że miejsca jest rzeczywiście mało. Stolica La Valetta, gdzie znajduje się mój hotel, to szachownica małych uliczek usianych gęściej niż na warszawskiej czy krakowskiej starówce. Wiele jest tak wąskich, że nie mieszczą się w nich samochody. Domy przyklejone jeden do drugiego, wszędzie małe murki i schodki - wykorzystano każdy skrawek terenu.

O dziwo, nie odnoszę wrażenia, że jest ciasno. Raczej kameralnie. Godzinami mogłabym spacerować po głównym deptaku handlowym, oglądać liczne kościoły (najciekawszy z nich to katedra św. Jana z malowidłami Caravaggia) i barokowe pałacyki.

Miasto zbudowali w XVI w. rycerze zakonu św. Jana (tzw. kawalerowie maltańscy), by bronić przed Turkami i innymi "barbarzyńcami" portów w zatokach otaczających cypel. Cała La Valetta wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Tam gdzie kończy się jedno miasto, natychmiast zaczyna się drugie. Gdy podczas wieczornego spaceru wychodzę przez bramę za mury stolicy, już jestem w sąsiedniej Florianie. Później, gdy pojadę do dawnej stolicy Mdiny, która leży na wzgórzu, zobaczę, jak to wszystko wygląda z góry: dachy ciągną się po wybrzeże, gdzie nagle toną w niebieskim morzu.

Tak zabudowana jest nie cała wyspa, lecz znaczna część jej północno-wschodniego wybrzeża wokół stolicy. Mimo to nie ma tu męczącego tłoku. Być może dlatego, że w ląd wcinają się dziesiątki zatok i zatoczek, które zapewniają przewiew i kawałek horyzontu. Prawie każdy może mieć pokój z widokiem na morze (choć w ośmiu na dziesięć przypadków morze okaże się zatoką, gdzie kursują i cumują liczne statki).

***

Miłośnikom historii i architektury z pewnością nie zabraknie atrakcji. Bodaj największą jest wspomniana już Mdina, która była stolicą, zanim na wyspie pojawili się rycerze św. Jana. Jej historia liczy 4 tys. lat, lecz starówka na wzgórzu jest średniowieczna. Samochody nie mają tu wjazdu. Można godzinami włóczyć się po uliczkach i przesiadywać w kameralnych knajpkach.

Z przewodnika dowiaduję się też, że Maltańczycy są najbardziej katolickim narodem Europy. Do kościoła chodzą o wiele częściej niż Polacy czy Irlandczycy. Z dumą podkreślają, że byli jednymi z pierwszych chrześcijan na świecie - według legendy św. Paweł przywiózł tu nową religię, gdy trafił na wyspę po katastrofie morskiej w 60 roku naszej ery.

Dowodem religijności, który rzuca się w oczy, jest 365 kościołów i niezliczona ilość kapliczek, które stoją przy drogach, są wbudowane w ściany kamienic, znajdują się nawet w jaskiniach. Trasa między najciekawszymi z nich, rekomendowana przez biura turystyczne, z pewnością może być jednym z bardziej fascynujących sposobów zwiedzania wyspy.

Miejsca warte odwiedzenia są prawie wszędzie, lecz najciekawsze leżą w środkowej części wyspy. Tu, w miejscowości Rabat znajduje się grota, w której rzekomo mieszkał św. Paweł, a niedaleko rzymskie katakumby jego imienia i drugie św. Agaty, ozdobione XII-wiecznymi freskami. Na zachodzie można odwiedzić kościół parafialny w Naxxar, gdzie jest także muzeum figur używanych podczas procesji, a na wschodzie XV-wieczny kościół św. Grzegorza, w którego murach odkryto tajne przejścia, a w nich ciała 80 osób.

Religijność Maltańczyków nie jest surowa. Miesza się z południowym temperamentem, który każe dowolną okazję świętować na ulicy. Podczas mojego pobytu natykam się na liczne procesje, które są znakiem firmowym maltańskiego katolicyzmu. Najbardziej radosne i kolorowe można podobno zobaczyć latem. Każda parafia organizuje festyn z okazji święta swego patrona. - Wtedy ma miejsce prawdziwe szaleństwo. Wszyscy chcą mieć lepszy, bardziej kolorowy festyn niż sąsiedzi - tłumaczy mi miejscowy ksiądz. Przystraja się kościoły, przed którymi występują dzieci. Są stoiska z jedzeniem i innymi atrakcjami, sztuczne ognie. Latem można więc zwiedzać Maltę szlakiem od parafii do parafii.

Kolorowe fiesty uliczne organizowane są także z wielu innych okazji. Wiosna to oczywiście karnawał, gdy mieszkańcy organizują wystawne parady. Na Boże Narodzenie są procesje Marii na osiołku i Józefa, uliczne koncerty kolęd, odgrywa się jasełka, konstruuje wystawne szopki. Na Wielkanoc inscenizowane są ostatnie wieczerze, a w niedzielę wielkanocną ogromne procesje towarzyszą niesionej ulicami figurze zmartwychwstałego Chrystusa.

Gdy zabraknie okazji religijnej, pretekstem do świętowania na ulicy może być także okazja całkiem świecka. Tłumy gromadzi np. zwycięstwo drużyny piłkarskiej - każdy kibicuje co najmniej jednej lokalnej i, ze względu na dawne więzy kolonialne, jednej angielskiej lub włoskiej.

Dobrą okazją, by świętować, było też oczywiście referendum w sprawie wejścia do UE. Po ogłoszeniu wyniku na "tak" nadmorskimi deptakami sunęły karawany samochodów. Z ich okien powiewały flagi, przeraźliwie trąbiły klaksony i trąbki. Nie mogłam uwierzyć, że niektórzy posunęli się nawet do przemalowania swych wozów w kolory flagi UE - niebieskiej w żółte gwiazdki. Maltańczycy potrafią się bawić!

***

O dziwo, wieczna fiesta nie oznacza jednak, że nie można znaleźć miejsc spokojnych, wręcz skłaniających do refleksji. Tym, którzy chcą zobaczyć, jak wyglądało życie Maltańczyków, nim dotarli tu turyści, polecam rybacką wioskę Marsaxlokk na południowo-wschodnim krańcu wyspy. Widok łódek i kutrów pomalowanych w żółte, zielone, niebieskie, czerwone pasy jest urzekający. Warto oczywiście zostać na obiad w nadmorskiej restauracji. Zupa rybna, ryby (dorady, mieczniki i wiele innych) i owoce morza (krewetki, ośmiornice, małże) to ważna część maltańskiej kuchni. Bogata historia wpływów różnych narodów i państw na wyspie pozostawiła swe ślady w menu. Z Włoch przyszły makarony, zwłaszcza nadziewane pierożki ravioli. Turecką kuchnię przywodzą na myśl sprzedawane na ulicach pyszne pastizzi, czyli lekkie ciasto nadziewane serem, szpinakiem, fasolą lub mięsem, podawane na gorąco. Miejscową specjalnością jest też zając gotowany w winie i ziołach.

Nie tylko pod względem kulinarnym wyspa jest skrzyżowaniem wielu kultur. Język maltański (używany tu szczególnie w domach oprócz powszechnego angielskiego) przypomina arabski. Klimat i kultura przywodzą na myśl Sycylię. A wszędzie stoją... czerwone angielskie budki telefoniczne i skrzynki pocztowe.

Temu skrzyżowaniu kultur można by się przyglądać znacznie dłużej, ale spędziłam na Malcie tylko kilka dni. I nawet nie zerknęłam na to, co przyciąga najwięcej turystów: morze, rafy i kolorowe ryby. A komu nie wystarczy wyspa Malta, ma jeszcze do wyboru dwie mniejsze i spokojniejsze - Gozo i Comino, które także należą do Malty - państwa.



Malta w sieci

http://www.visitmalta.com - rządowa strona, tu dowiemy się prawie wszystkiego o atrakcjach turystycznych wyspy i znajdziemy hotel

http://www.heritagemalta.org - strona organizacji dbającej o dziedzictwo kulturowe, wiele ciekawych i pogłębionych informacji o zabytkach, jaskiniach-muzeach i innych atrakcjach

http://www.airmalta.com - narodowe linie lotnicze Malty, latają m.in. do Londynu, Rzymu, Frankfurtu