Delhi - brama do Indii

Kiedy długo nie nadchodzi monsunowy deszcz, potężne miasto dyszy z upału i braku wody. Życie przenosi się na dachy domów. Tu się je i śpi na pryczach lub bezpośrednio na dachu






Stolica Indii zawsze, odkąd sięgam pamięcią, miała specyficzną aurę, odmienną od Bombaju, Madrasu czy Kalkuty, miast-molochów. Wyróżniała się postangielską kolonialną atmosferą, widoczną zwłaszcza w centralnych, urzędniczo-rządowych częściach. Ten konglomerat niemal wszystkich światowych religii i stylów architektonicznych nigdy nie był zbyt frapujący, ale to przecież brama do poznania prawdziwych Indii, zawsze na drodze i po drodze.

***

Wielokrotnie lądowałem na lotnisku delhijskim, ale z widoków samolotowych zapamiętałem tylko monotonny, szaro-pomarańczowy wizerunek miasta i Kutab Minar. Niezapomniana jest natomiast panorama Delhi z dachu jakiegoś wysokiego domu lub hotelu na Main Bazaar. Niezależnie od pory roku, dnia czy nocy widać stare Delhi (w dali majaczy Red Fort) i nowe Delhi z wielkimi budynkami Parlamentu i India Gate. Daleko na horyzoncie z jednej strony charakterystyczne złote szczyty świątyni sikhijskiej, z drugiej zaś wierzchołek hinduistycznej świątyni bogini Lakshmi-Narajamy.

Widać centrum Delhi, do którego biegną gwiaździście szerokie ulice. To Connaught Place - dwu- i trzypiętrowe budynki w angielskim XIX-wiecznym stylu. Koliście zaprojektowane w trzech kręgach ulic, pomalowane na biało, ostro świecą w słońcu. W ich podcieniach niezliczone sklepy, sklepiki, antykwariaty i restauracje. Podcienia wsparte na wysokich kolumnach dają upragniony cień. Rozpięte między nimi szerokie zielone bambusowe rolety opuszczone do ziemi, majestatycznie poruszane powietrzem wachlują spragnionych choćby lekkiego przewiewu przechodniów. Okolice placu przed paru laty zabudowano wysokimi biurowcami i teraz one górują niepodzielnie nad miastem, stając się powoli symbolami współczesnego Delhi. Niebywale wyglądały te wieżowce w budowie, oplecione plątaniną kruchych i krzywych rusztowań bambusowych, które jednak stały niewzruszenie. Kiedy robotnicy wnosili na głowach materiały budowlane, przypominały wielkie, prostokątne mrowiska.

Z tej wysokości, gdzieś daleko w gąszczu domów można wypatrzyć główną ulicę starego Delhi - Candni Cauk i Red Ford, symbol mongolskiego panowania w Indiach. Okolice Candni Cauk to sieć uliczek branżowych - na każdej kupimy inne towary (a tak naprawdę - wszelkie towary dostępne w Indiach). Nad wszystkim góruje Dżami Masdżid, jeden z największych meczetów na świecie - wielokopulasty, rozległy, otoczony wysokim murem, a zarazem wysmukły wieżami minaretów.

Gdy patrzy się z góry na wąskie ulice, widać zwariowany ruch: ludzie, krowy, ryksze rowerowe i motorowe, skutery, ciężarówki, samochody. Taki jest np. Pahargandz - główne miejsce spotkań trawerelsów, centrum tanich hotelików i restauracyjek, detalicznego i hurtowego handlu, autobusowej turystyki. Ale wystarczy przejść zakamarkami do następnej ulicy, równoległej do handlowej, aby pobyć przez chwilę w zupełnie innym mieście. Tutaj toczy się prawdziwe życie. Wśród zniszczonych, ale ze śladami świetności wiktoriańskich domów oplątanych pajęczyną drutów elektrycznych, obwieszonych suszącą się bielizną, z oknami zasłoniętymi drewnianymi żaluzjami. Z ulicy widać kłębiący się wewnątrz tłum domowników.

Kiedy nie nadchodzi oczekiwany z utęsknieniem monsunowy deszcz, potężne miasto dyszy z upału i braku wody. Z pryszniców ledwie cieknie ciepły płyn niedający żadnego orzeźwienia, a wentylatory bez sensu mieszają przegrzane powietrze. Życie przenosi się na dachy domów. Tu się je i śpi na pryczach lub bezpośrednio na dachu. Czerwono zachodzące słońce ledwie się przebija przez pełne spalin i kurzu powietrze. Niebo faluje niezliczonymi latawcami puszczanych z dachów przez dorosłych i dzieciaki. Z dołu dochodzi gwar ulicy: głosy sprzedawców, kakofonia trąbek, klaksonów i dzwonków. Czasem przechodzi bajecznie kolorowa orkiestra - przeraźliwy odgłos instrumentów zwiastuje orszak ślubny. Po ceremonii w świątyni przyjęcie odbywa się na ulicy pod olbrzymimi pasiastymi namiotami, w otoczeniu przypadkowej gawiedzi. By zapewnić pomyślność młodej parze, wypada zaprosić białego turystę. Wszystkich ugaszcza się wykwintnym jedzeniem w niewyobrażalnych ilościach.

Kiedyś wokół Connaught Place normalnym widokiem były całe rodziny żyjące na ulicy. Gdy wieczorem lub późną nocą wracało się z centrum na Pahargandz, trzeba było uważać, by nie nastąpić na ludzi śpiących pokotem na ziemi. Wszystkie chodniki były zajęte przez riksze i namiastki domów przykrytych plastikowymi plandekami, workami jutowymi i kawałkami dykty. Na płonących obok ogniskach gotowano jedzenie na metalowych płytach lub w garnkach. W czasie monsunu ulice zalewały hektolitry monsunowej wody, z wielką siłą spadającej z nieba, która zmywała wszystko z powierzchni chodników. Przemoczeni ludzie schowani pod resztkami swoich "domów" ze stoickim spokojem czekali na koniec deszczowego aktu.

Jakiż kontrast stanowiła dzielnica rządowa z willami wśród wspaniałych ogrodów - monsunowy deszcz błyskawicznie ożywiał wypełniającą je roślinność.

***

W centrum miasta widać wielką bryłę dworca kolejowego New Delhi Station. Odjeżdżają stąd pociągi na wschód, zachód i południe Indii. Dworzec to najbardziej ruchliwe miejsce w wielomilionowej metropolii. Na trasach między wielkimi miastami nie ma problemu nawet z miejscami do spania, jeśli wcześniej załatwi się rezerwację. Tam, gdzie ona nie obowiązuje, dostanie się do pociągu graniczy z cudem. Trzeba (niestety) użyć siły, wykorzystać przewagę wzrostu, a przede wszystkim siłę głosu popartą nieznanym tubylcom, odpowiednim słownictwem. U obsługi pociągu można zamówić jedzenie, które dostaniemy na następnej stacji. Można też skorzystać z zaproszenia współtowarzyszy podróży i zajadać się domowymi specjałami. Miłe jest to, że bez względu na porę dnia i nocy można napić się w czasie postoju pociągu herbaty kupionej od peronowego sprzedawcy. Pasażerowie na długich trasach najczęściej śpią, o wyznaczonej porze modlą się, kiedy chcą jeść, jedzą. Frapująca w takich podróżach, poza ich egzotyką, jest łatwość nawiązywania kontaktów z pasażerami całego wagonu, a nierzadko pociągu.

W stanach "nieturystycznych" my, Europejczycy, ciągle jesteśmy atrakcją. Wielogodzinne oczekiwanie na dworcach kolejowych też może być interesujące. Wracając z Ajanty i Elory do Bombaju, spędziłem kiedyś dwie doby na maleńkiej stacji Vaijapur w okolicach Aurangabadu. Spaliśmy pokotem na peronie między wieśniakami palącymi maleńkie ogniska, przy akompaniamencie cichego, pełnego żałości i bólu śpiewu trędowatego żebraka-ślepca i kiwających się w modlitwie muzułmanów.

***

Podobnie jest z podróżowaniem autobusami. Ich główną atrakcją jest nieprzewidywalność i przypadkowość. Niczego nie można być pewnym: godziny odjazdu i przyjazdu, postoju na odpoczynek i jedzenie. Za to syci wrażeń, choć zmęczeni, tanio osiągniemy cel. Rzeczą normalną jest jazda w tłoku, najczęściej w dwie osoby na jednym miejscu, z czyimś dzieckiem (bez pieluchy) na kolanach. Podróżuje się w pojazdach, w których nie istnieje pojęcie zamkniętego okna z szybą. Autobus pędzi po bezkresach w podmuchach gorącego wiatru, w pyle i kurzu albo w zacinającym monsunowym deszczu, w spiekocie lub w nocnym chłodzie, czasem bez przerwy, czasem stając co parę kilometrów. Pamiętam, jak z własnej woli jechałem do Maduraj na dachu. W Indiach to dość popularny sposób podróżowania. Jeżdżą tak nierzadko całe rodziny z dziećmi, drobnym inwentarzem i bagażami. Oglądany z tej wysokości świat wygląda o wiele ciekawiej niż najlepszy panoramicznym film przyrodniczy. Warto wiedzieć, że autobusy nieprzeznaczone dla turystycznej komunikacji najczęściej nie mają sprawnych resorów, a drogi są wyboiste i dziurawe. Piekielnym pomysłem jest siedzenie w tyle autobusu - po godzinie bolą wszystkie kości. Dojechałem tak kiedyś do opuszczonej i zapomnianej świątyni w Srisailam na południu kraju. Zapomnianej, a raczej niewidocznej, bo zalanej przez zbiornik wodny utworzony na rzecze Krishna w okolicach Hyderabadu. Do świątyni prowadziły kamienne wielostopniowe schody, na dole znikające w wodzie. Na ich szczycie nieprzebrana liczba joginów, sadhu oraz żebraków oczekiwała na dary i jałmużnę pielgrzymów, otaczając wieńcem świątynię.

Niezapomniany był przejazd autobusem z Srinagaru do Leh. Trasę, przy pewnej dozie szczęścia można pokonać w dwa dni, z noclegiem w Kargil lub Drass. Po wyjeździe ze Srinagaru trzeba pod Sonanmarg czekać do chwili, kiedy z przełęczy Zoli-La zjadą w dolinę autobusy i obwieszone świecidełkami, obmalowane wersetami z Koranu zdezelowane ciężarówki o wysokich burtach. Prowadzą je najczęściej ubrani na biało brodaci sikhowie. Pół dnia trwa ruch do góry, następne znów pół - w dół. Nocą droga jest nieczynna. Jest ona tak wąska, że ledwie mieści się na niej duży autobus. Jazda jest piekielna i niebezpieczna, cały czas nad przepaścią, na której dnie widać co kilkaset metrów wraki rozbitych ciężarówek. Tuż przy drodze stoją murowane kapliczki upamiętniające zabitych w wypadkach kierowców. Ośnieżone wierzchołki gór tną przestrzeń nieskazitelnego błękitu, zostawiając za sobą delikatne pióropusze śnieżnej mgiełki. Co chwila wyłaniają się zza siebie, jeden po drugim. Po wjechaniu na przełęcz, powyżej 3000 m (trwa to bardzo długo), następuje dość szybka aklimatyzacja. Jazda po płaskowyżu jest spokojniejsza i szybsza. Po pewnym czasie droga zaczyna prowadzić zboczami doliny Indusu. Rzeka płynie wartko, pieni się i piekli paręset metrów niżej. Wygląda z tej wysokości jak wąska błękitno-granatowa wstążka obsypana skrzącymi się cekinami. Samochody mijają się na specjalnych poszerzeniach drogi, niemal ocierając się o siebie. Zbliżamy się do celu, mijając wieś Lamaju położoną na pionowym zboczu. Niestety, tylko przez moment widać złocone świątynie i wiejskie domki, a w dole, niemal nad brzegiem Indusu, soczyście zielone poletka ryżu.

Po dwóch dniach ekscytującej, choć męczącej podróży autobus zatrzymuje się w Leh. W kryształowo przejrzystym, chłodnym powietrzu natykamy się na bębny modlitewne umieszczone tuż przy wejściu do centrum. Nad miasteczkiem góruje kamienny, pomalowany na biało kilkukondygnacyjny pałac. Powyżej, na szczycie nieprzystępnej góry, powiewają na wysokich żerdziach niezliczone chorągiewki modlitewne, różnobarwne, czarno drukowane wersetami buddyjskich modlitw. Modlą się za darczyńcę i właściciela, podobnie jak wielkie bębny modlitewne i małe bębenki wprawiane w ruch ludzką ręką. Z wierzchołka mamy widok na całą bajkową dolinę, okoliczne klasztory, poletka, stada bydła, wijące się strumienie w otoczeniu ośnieżonych gór. Nie widać stąd sławnych klasztorów w dolinie Indusu: Stok, Tikse, Hemis i Spitok. Zapełnia je mrowie ogolonych na łyso mnichów w ciemnowiśniowych lub pomarańczowych szatach. Niskie, obszerne pomieszczenia wypełnia zapach łojowych świec i kadzideł, dźwięki trąb i bębnów, nad którymi góruje monotonny śpiew. W niektórych salach od podłogi po sufit leżą stosy ksiąg, obok stanowiska modlitewne z cynobrową poduszką i palącym się kagankiem. Z tajemniczego cienia i z nasłonecznionych miejsc patrzy ciepło uśmiechnięty lub smutnie zamyślony, ale zawsze uduchowiony Budda. Jego posągi, pięknie pomalowane agresywnymi kolorami obsypane są darami i otoczone dymem z upajających kadzideł.