Tam, gdzie Słowińców już nie ma

Spędziliśmy trzy dni nad morzem, na pustyni, nad jeziorem i wśród bagien. Jednocześnie. Niemożliwe?






To ewenement na skalę europejską. Słowiński Park Narodowy wciąż jest mało znany Polakom (ktoś pytał mnie, czy to na Śląsku...). Prawie 19 tys. ha jezior, lasów, bagien i wydm leżących nad samym morzem. Z jednej strony graniczy z Łebą, z drugiej z Rowami. Powstał w 1967 r., a dziesięć lat później wpisano go na listę Światowych Rezerwatów Biosfery UNESCO. Rośnie tu 860 gatunków roślin (m.in. wrzosiec bagienny i malina moroszka), żyje 250 gatunków ptaków (m.in. orzeł bielik). Park jest też objęty międzynarodową konwencją RASMAR, dotyczącą ochrony siedlisk ptaków wodnych i błotnych. W pobliżu jest też spore wzniesienie morenowe Rowokół (115 m n.p.m.), skąd roztacza się widok na cały park.



Dzień pierwszy - jezioro

Nocujemy we wsi Izbica, na południowym skraju parku nad jeziorem Łebsko. Mamy do dyspozycji stuletni dom z czerwonej cegły (trzy pokoje, trzy łazienki i kuchnia). W środku jest skromnie, przypadkowe meble pościągane od znajomych, ale są piece kaflowe i drewno w komórce. To ważne, bo właśnie leje deszcz i marzniemy. Jest wielkie, ogrodzone podwórko (szaleją na nim nasze psy Tosia i Buba), jest grill i ogródek. Właścicielkę domu panią Jankę znaleźliśmy w internecie (http:www.janinadylewska.noclegiw.pl). Płacimy jej 200 zł za dobę za cały dom (podobnych domów w okolicy jest wiele i większość ma adresy internetowe). Można też wynajmować u gospodarzy pojedyncze pokoje albo zamieszkać w pensjonatach. Na szczęście tych ostatnich jest niewiele, więc nie ma też smażalni, grilów z piwem i dyskoteki. W Izbicy stoi kilkanaście domów, kościół z 1930 r. (w przewodniku jest mowa o freskach, ale ich nie znaleźliśmy). W środku wsi jest przystań rybacka. Kupujemy u rybaków sandacza, okonie, płocie (kilkanaście złotych za kilogram) i węgorza, grubego jak ramię atlety (30 zł kg) i prosimy jednego z mieszkańców o uwędzenie go (15 zł). Dostęp do jeziora Łebsko jest utrudniony, brzegi są zarośnięte trzcinami. Cztery kilometry za wsią w stronę Gaci jest pomost. Idziemy tam. Karolina próbuje wykąpać się w jeziorze. Mimo że jest już 200 metrów od brzegu, woda wciąż sięga jej do kolan. Łebsko, choć jest trzecim co wielkości jeziorem w Polsce (7140 ha), w najgłębszym miejscu ma 6,3 m. To kryptodepresja. Tafla wody sięga wyżej niż wody Bałtyku, lecz dno jeziora jest niżej niż dno morza. Podobnie jak sąsiednie jezioro Gardno Łebsko było kiedyś częścią zatoki, ale zostało odcięte od morza przez mierzeję. Dwa mniejsze jeziora parku, Dołgie Wielkie i Dołgie Małe, tworzyły zatokę jeziora Gardno, dopóki wędrujące wydmy ich nie odgrodziły. Po Łebsku nie mogą pływać łodzie spalinowe, panuje więc niczym niezmącona cisza. Ruchome wydmy, które widać po drugiej stronie jeziora, wyglądają jak ośnieżone szczyty górskie.



Dzień drugi - wydmy

Ruszamy na wydmy. Jedziemy z Izbicy samochodem, błotnistą drogą przez Gać i wieś Żarnowską do Łeby. Musimy przebić się przez Łebę i zatrzymać w Rąbce. Jest środek sierpnia, więc słowo "przebić" jest najwłaściwsze. Letnia stolica Polski (za taką Łeba się uważa) jest zatkana tysiącami turystów, lodów, parasoli, baloników, pamiątek, płaczących dzieci. Stoimy w korku godzinę, zanim stamtąd wyjedziemy. We wrześniu, po rozpoczęciu roku szkolnego, Łeba pustoszeje. W Rąbce trzeba zostawić auto na parkingu (dla nas nie ma miejsc, parkujemy na poboczu). Do wydm jest jeszcze 7 km. Ponieważ wchodzimy na teren parku, trzeba kupić bilety w kasie (4 zł od osoby). Trzy czwarte trasy można przebyć na rowerze (na miejscu jest wypożyczalnia), meleksem-kolejką (5 zł od osoby) albo pieszo. My płyniemy stateczkiem przez jezioro Łebsko (12 zł od osoby) w okolice wyrzutni rakiet V-1. Do wyrzutni, z powodu tłoku, nie udaje nam się dostać. Ci, którzy tam byli, mówią, że niewiele pozostało z militarnej dumy III Rzeszy - żelazna suwnica, resztki hali i betonowe fundamenty. Stąd na wydmy można iść już tylko pieszo albo jechać rowerem. Przechodzimy przez mały lasek (niestety zaśmiecony) i trzy ostatnie kilometry idziemy plażą. W końcu jest! Łącka Góra - najwyższa wydma (42 m). Porusza się z prędkością 9-10 m rocznie. Podobnie jak jej siostrzyce niszczy wszystko, co ma na drodze. Zasypuje wsie, wyrywa drzewa z korzeniami. Do Łeby ma jeszcze 9 km. Zaczynamy się wspinać. Widok na szczycie zachwyca. Pewnie tak wygląda Sahara, wokół tylko góry piasku i wątłe trawki. To podobieństwo docenili także Niemcy, którzy szkolili tu do walki na pustyni żołnierzy Afrika Korps. Po wydmach trzeba chodzić wyznaczonym szlakiem. Wracamy przez bagienny park. Wczoraj padało, więc czarne torfowe błocko oblepia nogi. Podobno można tu znaleźć bażynę czarną, woskownicę europejską, storczyki i owadożerne rosiczki. Park jest czynny do końca września.



Dzień trzeci - bagna

Dziś ruszyliśmy w lewo od Izbicy. - Człowiek jeździ do Prowansji po piękne widoki, a nie wie co ma na miejscu! - woła Karolina i zeskakuje z roweru. Wokół nas, szeroko jak okiem sięgnąć, torfowiska porośnięte bujną zielenią. Nad wszystkim dominuje kolor mocnego fioletu kwitnących wrzosów. Chociaż dawno nie jesteśmy dziećmi, wchodzimy na podmokłą łąkę i skaczemy po niej. Buja się lekko, zapada, kiwa na boki. Jakby się skakało po twardym łóżku u babci. Przed nami żółta ścieżka rowerowa. Wiedzie przez las z bagnami, wieś Kluki, Smołdziński Las i kończy się w Czołpinie - prawie 20 km w jedną stronę. Wyprawa przez las to prawdziwa przygoda. Ścieżka jest szerokości opony rowerowej. W niektórych miejscach mokry torf zamienił się w małe bagienka. Trzeba zsiąść z roweru i przeprowadzić go bokiem. Gdzieniegdzie drewniane mostki rzucone nad mokradłem. Nie można tu dojechać samochodem. Nie ma śmieci. Co kilka kilometrów jest drewniany przystanek ze śmietnikiem, mapą i opisem okolicznych roślin i zwierząt. Jest cicho i pusto (przez całą drogę spotkaliśmy tylko jedną parę). Wyjeżdżamy w Klukach. Wieś-skansen. Domy szachulcowe, gliniane, pobielone, z widoczną konstrukcją drewnianą, pod strzechą. Za 2 zł można zwiedzić obejścia, posłuchać kaszubskiej muzyki (w lecie skansen czynny 9-18). Słowiński Park Narodowy wziął swoją nazwę od kaszubskiego ludu zwanego Słowińcami. Podobno żyli w Klukach jeszcze w latach 60., zachowując odrębny język i tradycje. Kojarzeni po wojnie przez ludność napływową z Niemcami, byli sukcesywnie wyganiani ze swoich domów, prześladowani przez "prawdziwych" Polaków. Część z nich wymarła, reszta wyemigrowała do Hamburga, gdzie tworzą własną diasporę.

Z Kluk ruszamy do Czołpina, małej osady nad morzem. Ten odcinek trzeba jechać wąską drogą asfaltową (radzę uważać na samochody). Dojeżdżamy do Czerwonej Szopy - baru rybnego w przedwojennym budynku ratowników morskich. Można tu zaparkować rowery (za złotówkę) i coś zjeść. Wybór ryb duży, są także oceaniczne. Dość drogo (za dwie osoby ok. 50 zł), ale porcje ogromne. Za Czerwoną Szopą jest mała wydma, a za nią plaża. Idealnie gładka, prawie bez kamieni, gdy świeci słońce, morze jest turkusowe. My trafiliśmy na silny wiatr i deszcz, ale i tak się kąpaliśmy. Wytrwali idą z Czołpina 3 km w stronę Łeby, dochodzą do wydm czołpińskich i do latarni morskiej, skąd za 4 zł można podziwiać widoki. Wracamy tą samą drogą. Następnego dnia wyjeżdżamy do domu. Ale na pewno tu jeszcze wrócimy.



Telefony i adresy

Dyrekcja Słowińskiego Parku Narodowego Smołdzino, tel. (0-59) 811 72 04, http://www.mos.gov.pl/kzpn/pl/slow_pl.htm

PTTK Łeba, tel. (0-59) 866 13 24

Stowarzyszenie Agroturystyczne Słowiniec, Smołdzino, ul. Kościuszki 3, tel. (059) 846 32 79, faks (059) 846 32 78