Azerbejdżan. Czary w kaukaskim Hinaługu

Choć byliśmy w aule zaledwie kilka godzin, zobaczyliśmy kawałek prawdziwego Kaukazu
Z jednej strony skalna ściana wysoka na 200 metrów. Do drugiej, nieco niższej, przylepiona kamienista droga, chwilami tak wąska, że dwa auta się nie miną. W dole rwąca rzeka. Wodospad. Dookoła chmury, mgła, siąpi deszczyk. Widok jak z legend alpejskich albo reklam terenowych aut. Ale my nie zdobywamy zboczy (do 40 stopni nachylenia) toyotą land cruiser, tylko starym posowieckim UAZ-em. Wspinamy się do Hinaługu, wioski w górach Kaukazu, którą "Lonely Planet" nazywa "najbardziej ekscytującym miejscem w Azerbejdżanie".

Po półgodzinie wjeżdżamy ponad chmury. Praży słońce, wąwóz się skończył, otaczają nas ogromne, majestatyczne góry pokryte zielonymi łąkami, tylko gdzieniegdzie sterczą skały. Trochę jak Bieszczady, tylko trzy razy większe. I bardziej strome. Dziwimy się, jak owce mogą tu skubać trawę i nie spaść. Tymczasem Aga Ali, nasz szofer, zjeżdża z coraz słabiej widocznej drogi i jedzie pod górę, po stromiźnie. Silnik rzęzi, trochę się ślizgamy. Wreszcie stajemy przy niedużej wiosce. To Dżek, rodzinne sioło Alego. Podchodzą do nas dzieci - ubrudzone jak nieboskie stworzenia, ciepło ubrane (to już 2000 m n.p.m.), chłopiec w swetrze z amerykańską flagą, dziewczynka w czapce-uszance z czerwoną gwiazdą na przodzie.

Jeszcze trochę w górę i na przełęczy 20 minut przerwy - silnik się zagrzał. Łańcuch po prawej to już potężne turnie, widać wloty do jaskiń, po lewej góry wyższe, ale łagodniejsze, szybuje tam para ogromnych ptaków. Aga Ali mówi, że to orły.



Potem jazda szeroką, kamienną doliną rzeki, przeprawy przez strumyki, znów na przełaj po zboczach na górę - i jesteśmy w Hinaługu. To tylko 40 km, ale od wyjazdu z miasta Kuba minęły cztery i pół godziny! Przed nami auł, do którego jeszcze pięć lat temu docierało może ponad stu turystów rocznie. Teraz już około tysiąca.

Na zboczu góry kilkaset chałup - dachy jednych to podwórka tych, które wznoszą się kondygnację wyżej. Przypominają trochę mur pruski - warstwy kamieni poprzetykano drewnem, by całość absorbowała wstrząsy przy trzęsieniu ziemi.

Wioska ma co najmniej dwa tysiące lat. Otacza ją ponad 100 hektarów cmentarzy! Niektóre nagrobki to piękne, bogato rzeźbione pionowe płyty, inne to ledwo wystające z ziemi kamienie.

Hinaługijczycy (mówią o sobie Ketsz) tworzą odrębny naród, mają swój język. Są potomkami osiadłych na Kaukazie w starożytności plemion albańskich (nic wspólnego z dzisiejszą Albanią), nie są smagli, mają jasne oczy.

Kobiety tłukące w korytach pałkami mokrą wełnę są nieśmiałe, odwracają się na widok aparatu fotograficznego. Z grupką starszych mężczyzn da się trochę porozmawiać, choć nasz szofer, urodzony przecież 10 km stąd, dogaduje się z nimi ubogą mieszaniną azerbejdżańskiego i rosyjskiego.

Domki są ciemne, proste, zamiast szyb jakieś folie. Na podłogach i ścianach piękne kaukaskie dywany. Dzieciaki gonią się po klepiskach, na dachach leżą klocki z owczych i krowich odchodów suszone na opał.

Hinaług wyglądałby jak średniowieczna warownia, gdyby nie talerze anten satelitarnych. Nowoczesność odcisnęła na nim piętno. Telewizja sowiecka pojawiła się w latach 70., satelity ponad 10 lat temu. Młodzi zobaczyli wielki świat, a w wiosce z czasem nie było już nic do roboty - upadł spory i najwyżej na Kaukazie położony kołchoz pasterski. Dziś wielu dawnych mieszkańców Hinaługu pracuje przy szybach naftowych pod Baku albo na budowach w Rosji. Z 7-8 tys. ludzi zostało 1700.

Uliczkami (słowo zdecydowanie na wyrost) można dojść na szczyt wioski i góry. Widok zapiera dech w piersiach. Dookoła potężne szczyty, dwa mają ponad 4 tys. metrów - Sahdag i Tufandag. Cisza. Pustka.

Warto zobaczyć jeszcze niewielki meczet, podobno tysiącletni, i cudowne źródło w grocie za aułem. "Cudowna woda daje jasność umysłu i energię, leczy wszelkie dolegliwości" - pisze w świetnej książce "Planeta Kaukaz" Wojciech Górecki, który, napiwszy się jej, dostał w nocy 42 stopni gorączki. Rano cudownie wyzdrowiał, a miejscowi tłumaczyli, że to normalne - po prostu woda usunęła z niego wszelkie choroby. "Próbowaliśmy za wszelką cenę znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie, takiego jednak nie było. Magia była w Hinaługu czymś oczywistym i zwykłym, czymś na co przestaje się zwracać uwagę" - napisał.

Choć da się w Hinaługu zanocować, my byliśmy w aule ledwie kilka godzin, przed nocą musieliśmy wracać do Kuby. - Udało wam się zobaczyć kawałek Kaukazu, tego najprawdziwszego - mówi wieczorem Marek Lech, Polak od 15 lat mieszkający w Azerbejdżanie, znawca regionu. Jemy kolację na świeżym powietrzu, pod miastem, w pięknym liściastym lesie. Szaszłyki, pieczone ziemniaki, dużo warzyw w ostrych, aromatycznych sosach. I atrakcja dnia - jądra baranie!



Marek ma rację. Azerbejdżan jest ciekawy i przyjazny - starówka w Baku, piaszczyste plaże nad morzem Kaspijskim, świątynie czcicieli ognia na półwyspie Abszeron... Ale Hinaług jest najbardziej niezwykły. Szkoda, że być może już niedługo. Władze, podobno przy udziale kapitału niemieckiego, chcą już za rok budować na jednym z okolicznych szczytów ośrodek narciarski. Wyboista droga, którą jechaliśmy, zmieni się za kilka lat w asfaltową dwupasmówkę. Wówczas czary z Hinaługu znikną na pewno.



Samolot do Baku (przez Pragę lub Moskwę) - od 1500 zł; wiza (do kupienia na lotnisku) - 40 dol.; hotele, warunki spartańskie - 10 dol. za noc, warunki dobre - 35-40; wynajęcie na dzień mikrobusa z kierowcą - 80 dol.; przejazd UAZ-em z Kuby do Hinaługu i z powrotem - 50 dol.; niezły szaszłyk na ulicy - 1 dol.; bardzo dobry obiad z alkoholem w restauracji - ok. 10 dol./osoba. Miejscowa waluta to manaty, ale dolary są powszechnie używane. 1 dolar=4,5 tys. manatów