Nepal: Pod okiem Buddy Wszechwidzącego

Na kamiennym dziedzińcu Swayambhunath snują się setki pielgrzymów, a małpy porywają składane bogom ofiary
Dawno, bardzo dawno temu Dolinę Katmandu otaczały góry i wypełniało wielkie Jezioro Węży. Budda Wispaśji, idąc z miasta Bandhumati, wrzucił do niego nasienie lotosu. Z wody wyłonił się kwiat, a nad nim ukazał się błękitny płomień. Przybyły z Wielkich Chin bodhisattwa Mańdżuśri ognistym mieczem rozciął góry i wody odpłynęły z nurtem Bagmati do świętego Gangesu. Uczniowie Mańdżuśrego wznieśli tu miasto Mańdżupatan, a w epoce Tretajuga król Praczanda Dewa okrył kwiat stupą. Tę piękną historię przytacza Andrzej Strumiłło w książce "Nepal". Tak pewnie było...

Dzisiaj na wzgórzu koło stolicy Nepalu oprócz wielkiej stupy Buddy Wszechwidzącego - między oczami ma złoty znak, który zdaje się pytać przybywających pielgrzymów, czy słuszną drogą podążają ku cnocie, a dzięki niej ku sukhawati - Oceanowi Szczęścia - znajduje się jeszcze kilka innych świątyń: nepalskich, tybetańskich, hinduskich. I dziesiątki rzeźb, dzwonów, kaplic, małych stup wotywnych. Między nimi snują się setki pielgrzymów. Mruczą swoje mantry, kręcą młynkami modlitewnymi, palą naręcza kadzideł, składają bogom dary, które niemal natychmiast porywają żyjące tu w niespotykanej ilości małpy. Stąd i współczesna nazwa świątyni - Monkey Temple.

Chodząc po kamiennym dziedzińcu Swayambhunath, czułem się jak pielgrzym, chciałem do woli chłonąć niesamowitą atmosferę tego miejsca. Ale mój kierowco-przewodnik, uśmiechając się nieśmiało, pokazywał (w agencji turystycznej zapewniano, że zna angielski) na zegarek. To był mój pierwszy dzień w Katmandu. Obiecałem sobie, że na pewno tu wrócę. I tak się stało za kilka dni.

***

Wstałem przed świtem. Po chłodnej nocy ciemne jeszcze miasto sączyło w obskurnych knajpkach słodką herbatę z mlekiem, grzało zmarznięte dłonie nad ogniskiem, powoli rozpoczynało kolejny dzień. - Hi, I'm your night hawk - obok przeleciał okutany w kilka szalików rikszarz. - Swayambhunath! - rzuciłem za nim. - Too far, too high, mister! I pognał zakurzoną, wyboistą Thamel Road. Mijając otwierające się sklepiki i wieśniaków rozkładających kramy z owocami i warzywami, dotarłem do skrzyżowania. Zasmrodził mnie kłębami dymu ze starego diesla jeep z żołnierzami zaskoczonymi widokiem białego, przejechał rozpadający się kolorowy lokalny autobus, popedałowało paru odzianych w powłóczyste szaty hindusów. Wreszcie jest! - charakterystyczny pojazd na trzech kołach z wystającym z boku wielkim taksometrem. Zbijam cenę prawie o połowę i ruszamy. Mimo uprzejmości kierowcy, który między mną a swoją kabiną rozwiesił brudną, dziurawą derkę, wieje jak diabli. I trzęsie jak w wesołym miasteczku.

Omijając zgrabnie niekończące się roboty drogowe, podjeżdżamy pod główne wejście do kompleksu świątynnego. Jest na tyle wcześnie, że nie ma jeszcze sprzedających wejściówki, ale pielgrzymi już są. Rozpoczynam wspinaczkę po 360 kamiennych stopniach, między wielkimi żółtymi posągami Buddy, małymi stupami, padającymi co chwila na twarz pielgrzymami. Razem ze mną nad miasto spowite mieszaniną mgły, kurzu i smogu wspina się okrągłe, czerwone słońce. To wspaniałe miejsce nabiera magicznego wyrazu.

Aparat nie chce mi się odkleić od oka. Dosłownie pochłaniam wzrokiem i obiektywem wpadające na mnie obrazy: mnisi, żebracy, pielgrzymi, kaplice, stupy, świątynie, małpy, gołębie. Dym z tysiąca stu jedenastu maślanych świec otaczających tybetański klasztor miesza się z dymem kadzideł buddystów hinduskich. Grupka młodych chłopców ćwiczy wschodnie sztuki walki na tle stupy Swayambhunath. Stara kobieta w hinduskich szatach wcisnęła się do malutkiej ciemnej kaplicy i zapala dziesiątki świec. Mnisi wydają posiłki żebrakom wypełzającym z zakamarków świątyń. A na wszystko to z góry spoglądają z dostojeństwem i spokojem wielkie oczy Buddy Wszechwidzącego.

Zmieniam film i dopiero po pewnym czasie zaczynam się zastanawiać nad tym, o co mi właściwie chodzi, o jakie zdjęcia. Złapałem się na tym, że całkowicie wciągnęła mnie atmosfera miejsca, aparat służył tylko do rejestracji nadzwyczajności zdarzeń. Zachwyt przerósł rozsądek fotografowania, który sobie założyłem, nie mogąc długo zasnąć i planując ponowny przyjazd do Swayambhunath. I może na szczęście. Uwielbiam wracać do tych zdjęć.