Majorka od środka: wycieczka koleją

Niby sztampowa atrakcja turystyczna, ale co tam. Czy kiedykolwiek jeszcze będę miała okazję przekonać się, jak podróżowano koleją sto lat temu? Jadę...
Ruszamy ze stacyjki w samym centrum Palmy: filigranowej, drewnianej, z dachem wspartym na żelaznej konstrukcji. Trzęsie jak w polskim tramwaju, ławeczek z cienkich desek nie można chyba zaliczyć do najwyższej klasy. Za to wagonik tuż przy lokomotywie - luksus. Sześć miękkich sof z ceglastego skaju (w oryginale zapewne mięciutka skóra) i dużo miejsca na wyciągnięcie nóg. Sofy ustawiono tak, by podróżni mogli patrzeć sobie w oczy i rozmawiać. Ja słucham opowieści Juana, mieszkańca Majorki, o historii kolejki:

Miasteczko Soller, 40 km od Palmy, zawsze było bogate. Góry osłaniały je przed najeźdźcami, a spływające ze skał potoki świetnie nawadniały tarasowe pola. Uprawiano głównie oliwki i cytrusy. A pod koniec XIX w. słodkie pomarańcze i świetną oliwę, tutejszą specjalność, zaczęto sprzedawać za granicą: w Europie, głównie we Francji, a nawet w Ameryce.

Soller ze wszystkich stron otaczają malownicze wzgórza - Serra de Tramuntana - wysokie na około tysiąc metrów (najwyższy szczyt, Puig Major, 1445 m n.p.m.). Pasmo ciągnie się przez 105 km w zachodniej części wyspy. Droga z Palmy to dziesiątki serpentyn, karkołomnych podjazdów i stromych zjazdów. Taka podróż odbywana od czasu do czasu może uchodzić za turystyczną atrakcję. Ale co parę dni, w interesach - mordęga. Bogacze z Soller postanowili coś z tym zrobić.

W dodatku Palma była wówczas jedynym miastem leżącym na samym wybrzeżu. Wystarczy popatrzeć na mapę. Inne ważne miasta - Manacor, Inca, Campos, Llucamajor, Pollenca - znajdują się w środku wyspy. Powód? Piraci nękający Majorkę od wczesnego średniowiecza (a zapewne i wcześniej). Do dziś podczas karnawałów i ludowych festynów wspomina się albo jakąś sławną potyczkę z nimi, albo odbicie więźniów, albo dzieje bohatera stającego w obronie mieszkańców. Trzeba było chronić się przed korsarzami w głębi lądu, z dala od niebezpiecznych wybrzeży. To zresztą tłumaczy, dlaczego nadmorskie kurorty wyglądają tak nowocześnie, a w dodatku prawie wszystkie mają w nazwie słówko "Playa". Do lat 60. XX wieku, kiedy na Majorce nastąpił boom turystyczny, były po prostu dzikimi plażami. Nieliczne stare miasteczka ze słowem "Port" w nazwie leżą na ogół w głębokich zatoczkach, by nie było ich widać z otwartego morza, i szczycą się murami obronnymi. Takie mury, potężne i masywne, miała również sama Palma (zachowały się fragmenty).

***

W Soller pod koniec XIX w. cztery tysiące zamożnych mieszkańców - rodzin kupców, wytwórców cenionej oliwy i hodowców soczystych pomarańczy, czuły się odcięte od świata. I wtedy właśnie narodziła się pierwsza na wyspie kolejka. Budowano ją cztery lata, choć Palma na fanaberie mieszkańców prowincji patrzyła sceptycznie. Fachowców sprowadzono aż z Wielkiej Brytanii, dlatego tory są wąskie: 91 cm (jard angielski). Trasa miała prowadzić w linii prostej z Soller do Palmy, góry trzeba więc było przekopać - w cztery lata powstało 13 tuneli, niektóre kilkukilometrowe. To wszystko na początku XX wieku! W 1929 r. parowóz zamieniono na kolej elektryczną rodem z Niemiec, a siemensowska lokomotywa wozi turystów do dziś. Tyle że szeroki, solidny niemiecki pociąg chybocze się niemiłosiernie na wąskich brytyjskich torach.

I ciuchcię, i wagony wykonano ze szlachetnego drewna. Balkoniki i schodki są metalowe, a konduktorzy podstawiają jeszcze krzesełka, żeby wchodziło się wygodniej. Wszystko wygląda jak z bajki.

Tempo jazdy jest na tyle stateczne, że można otworzyć drewniane okno i wystawić głowę na zewnątrz, by podziwiać sielankowe widoki. Najpierw jeszcze Palma: ciuchcia wjeżdża między luksusowe samochody i nowoczesne kamienice. Potem już tylko - dosłownie na wyciągnięcie ręki - migdałowe gaje, druga po oliwkach specjalność Majorki (w 1830 r. zajmowały 2 tys. ha, sto lat później - 24 tys., a w 1970 - aż 65 tys.). Co rusz widać też malownicze rezydencje: kamienne, z zielonymi okiennicami i płaskimi dachami z pomarańczowej terakoty. Wiele z nich zamieniono w hotele.

***

Pociąg wjeżdża w góry, coraz więcej długich tuneli i tarasowych pól. Wreszcie Soller. Kameralne i urocze. Kamienne uliczki wąskie i tak wyślizgane, że aż lśnią. Kamienice przywodzą na myśl klimat południowej Francji - wielu mieszkańców tam właśnie robiło interesy i stamtąd przywoziło wzorce. Nad miastem góruje gotycka katedra (w środku barok). W jednym z bocznych ołtarzy przez cały rok można oglądać bożonarodzeniową szopkę (jeden ze zwyczajów Majorki). Na lewo od katedry pyszni się bogato zdobiony secesyjny budynek banku - jego architekt Juan Rubió y Bellver był uczniem i naśladowcą Gaudiego (pomagał mu przy budowie m.in. kościoła Sagrada Familia i Parku Güell). Na prawo ratusz. A naprzeciwko - niewielki plac z kawiarnianymi stolikami. Co pół godziny zajeżdża tu zabytkowy tramwaj, po ciuchci atrakcja turystyczna numer dwa. Też drewniany z metalowymi wykończeniami i też niemiłosiernie trzęsie. Zbudowano go w 1913 r., zabierał mieszkańców do ukrytego w głębokiej zatoczce niewielkiego Portu Soller.



Soller to również popularna baza wypadowa w góry. W sklepach możemy dostać plany wycieczek (nawet na kilka dni), wynająć przewodnika i kupić sprzęt trekkingowy. Wiele osób przyjeżdża tu tylko po to, by zaraz ruszyć w Serra de Tramuntana albo tramwajem pojechać do portu, który zamienił się w modny kurort.