W Czerwonym Środku Australii

Kamienny olbrzym emanuje energią i mocą. Dla Aborygenów jest obiektem sakralnym. Przejechałem tysiące kilometrów, żeby go dotknąć
Stoi niemal w środku Australii i od lat, jak magnes, przyciąga tysiące ludzi. Gigantyczny, monolityczny głaz - Uluru (dawniej: Ayers Rock), niby skała, a jednak kamień, czerwono-rudawy, gładki i obły, wypolerowany wiatrem i deszczem. Choć wbity ziemię, sprawia wrażenie, jakby z niej wyrastał. Widać go z odległości wielu kilometrów. Wyłania się zza linii horyzontu i w miarę zbliżania się doń rośnie powoli w oczach, by w końcu zawładnąć krajobrazem.

Gdy podjeżdżaliśmy prostą i pustą szosą prowadzącą z Alice Springs, oświetlały go promienie zachodzącego słońca. Stajemy w odległości paruset metrów przed monolitem. W perspektywie tylko on i niskopienny busz. Siadamy na rozkładanych krzesłach przy samochodzie na parkingu, który jest jednocześnie świetnym punktem widokowym. Tylko przez chwilę jesteśmy sami. Po paru minutach inni turyści zjeżdżają na świetlny seans.

Wielki głaz zaczyna zmieniać barwę. Przed naszymi oczami pojawia się kolejno cały wachlarz czerwieni, cynobrów, brązów, fioletów i wszelkich ich odcieni. Spektakl rozgrywa się powoli, w miarę znikania słońca za horyzontem. Podjeżdżają kolejne samochody. Popijamy wino, obok strzelają kolejne korki od szampana. Tak cieszą się ci, którzy przejechali tysiące kilometrów tylko po to, żeby zobaczyć Uluru i poczuć jego bliskość. Ciszę przerywa niekiedy okrzyk zachwytu, czasami oklaski i przyciszone rozmowy, trzaski migawek aparatów fotograficznych. I oto nadchodzi taki moment, kiedy głaz oświetlony różowymi promieniami słońc, chowającego się za granatową deszczową chmurę wygląda jak z przezroczystego papieru. Oświetlony promieniami z wierzchu, jednocześnie emanuje światłem ze środka, sprawia wrażenie lekkiej, kamiennej wydmuszki. Zapada noc, a jego ciemnorudawa, momentami fioletowa powierzchnia srebrzy się w świetle księżyca. Zaczyna padać drobny deszcz i światło to, odbijając się od mokrej powierzchni, zamienia kamień w jakieś oślizgłe monstrum.

Parking powoli pustoszeje. Wszyscy wrócą na kolejny spektakl za parę godzin, tym razem o wschodzie słońca. I my opuszczamy to miejsce. Nie będzie party w buszu, nie tym razem - pada deszcz.

***

Aby to wszystko zobaczyć, trzeba najpierw dojechać lub dolecieć do Alice Springs, miasta położonego 500 km od Uluru. Te słabo zaludnione, miejscami niezamieszkane tereny Australijczycy nazywają Outback. Tak naprawdę jest to 80 proc. kontynentu. Krainę wokół Alice Springs nazywa się potocznie Red Center (Czerwony Środek) od koloru tutejszego krajobrazu, a przede wszystkim ziemi.

Naszym celem jest Park Narodowy "Uluru Kata-Kjuta" (Uluru to w języku Aborygenów Ayers Rock, Kata-Kjuta - zespół skał noszących angielską nazwę The Olgas).

Po wylądowaniu samolotu schodzimy z pokładu i piechotą po pasie startowym idziemy do parterowego budynku lotniska po bagaże. Ten krótki marsz po rozgrzanej płycie uświadamia mi, że jestem na dalekiej australijskiej prowincji w samym sercu kontynentu. Jest 36 stopni w cieniu, suche powietrze, bezchmurne, błękitne niebo. W oddali czerwonobrązowe skały, czerwonobrunatna ziemia, pył na płycie lotniska w kolorze rdzy, słońce w zenicie (ale już zaraz, za dwie godziny, w mieście będzie padać). Wczoraj spadł pierwszy deszcz po miesiącu suszy, ludzie z radości tańczyli na ulicach. Alice Springs ma problemy z wodą. Płynąca przez miasto Todd River toczy swe fale tylko okresowo, a i zbiorniki na wodę deszczową nie rozwiązują problemu. Wielkie, podziemne jezioro słodkiej wody oligoceńskiej, od dawna eksploatowane, wyczerpie swoje zasoby prawdopodobnie za 50 lat - ratunkiem będzie znalezienie następnego. Jak na ironię, największe zużycie wody na jednego mieszkańca jest właśnie tutaj.

Nazwa Alice Springs wywodzi się z okresu pionierskiego zasiedlania tych terenów. Była tu osada, gdzie Alicja, córka pierwszych osadników, miała dostęp do źródła, i dlatego zainstalowała w domu urządzenie do spryskiwania - coś w rodzaju prysznica. Korzystali z niego okoliczni mieszkańcy - jeździło się, jak mówią przekazy, do źródła (spring) Alicji, żeby wziąć prysznic.

Ale dziś już nie prysznic Alicji jest powodem najazdu turystów z całego świata. Powód jest jeden - najbardziej rozpoznawalny, obok kangura, symbol przyrody Australii - Uluru.

Nie spędzamy w Alice Springs wiele czasu. Lądujemy najpierw w restauracyjce w pasażu obok kwartału centralnych ulic parterowego (w zasadzie) miasta, typowego dla australijskiej prowincji, ładnej i schludnej, ale niczym specjalnie się niewyróżniającej. Kawę pijemy na głównej ulicy- deptaku. Dużo turystów. Życie miasta z perspektywy kawiarnianego stolika toczy się powoli i sennie. Przecinają się tu dwa światy, dwie różne kultury i dwie zupełnie różne koncepcje życia: świat białego człowieka i pierwotnych mieszkańców tych terenów - Aborygenów. Dziś wydaje się, że przecinają się bezkolizyjnie, żyjąc własnym życiem. Promenadą spokojnie przechadzają się turyści, oglądając sklepy, butiki z rzemiosłem artystycznym Aborygenów, obrazy, tkaniny, instrumenty muzyczne, bumerangi. Biali starają się nie zdradzać zainteresowania Aborygenami, ale na ich twarzach maluje się skrywane zaciekawienie. Aborygeni też przechadzają się niespiesznie, pojedynczo lub całymi rodzinami, w bliżej nieokreślonym celu, i nie są zainteresowanymi turystami. Czasami przejeżdża samochód policyjny, dyskretnie i rutynowo obserwując ciemnoskórych mieszkańców Alice Springs. Czasem turysta zrobi niepostrzeżenie zdjęcie Aborygenowi, czasem Aborygen poprosi o datek lub o papierosa turystę. Około godz. 14 Aborygeni kupują tani alkohol w supermarkecie (alkoholizm to najpoważniejszy problem tej społeczności), a turyści udają się do pobliskiego pubu na piwo - ulubioną rozrywkę białej społeczności. I tak biała społeczność będzie od tej pory raczyć się alkoholem w zamkniętych pomieszczeniach, a społeczność aborygeńska na świeżym powietrzu: na skwerkach, w parku, na trawnikach. Ruch policyjnych samochodów patrolowych nasila się, choć dalej jest niezwykle dyskretny. Będzie tak do późnej nocy - cicho i spokojnie, ale pod ścisłą kontrolą.

Miasto żyje z turystyki, a przede wszystkim z tej skały. Wszędzie na mieście widać zdjęcia przedstawiające ją w różnych porach roku. Imponująco wygląda na nich zwłaszcza w czasie wielkiego deszczu i po nim, kiedy z jej lśniącego cielska spadają dziesiątki wodospadów, co sprawia wrażenie, jakby wynurzała się z wodnych odmętów na powierzchnię ziemi.

Tak mogło to wyglądać przed milionami lat, kiedy z dna płytkiego wewnętrznego morza zwanego Amadeus ruchy tektoniczne ziemi wypiętrzyły osadowe skały ponad lustro wody. Ślady morza pozostały do tej pory pod postacią słonych, gigantycznych, okresowych jezior Amadeus i Neale, niezwykle rzadko napełniających się wodą.

***

Z Alice Springs jedziemy w ich stronę prostą, niemal pustą asfaltową szosą (prędkość nielimitowana). Przez całą drogę widoki za oknem samochodu są pozornie takie same. Niebieskie niebo, czerwona ziemia, drzewa, krzaki, skały, trawa. Horyzont bezkresny, prawie bez żadnych punktów odniesienia (w ciągu paru godzin mijamy tylko stacje benzynowe z doklejonymi do nich farmami). Co parę kilometrów krajobraz się zmienia. Ziemia z sypkiej i piaskowej zmienia się na gliniastą, obsypaną z wierzchu pokruszonymi kawałkami łupkowych skał, lub spękaną i spaloną. Zmienia się wygląd i kolor drzew. Gładkie, bez kory, o srebrnych pniach i zielonkawych liściach po kilkunastu kilometrach wyglądają jak po pożarze - czarne, osmolone pnie, martwe korony ze spopielonymi liśćmi. Szare żużlowe skały, przypominające pumeks, nabierają brązowego odcienia ochry, kawałek dalej przypominają zastygłą lawę w kolorze sepii. I znów po pewnym czasie jedziemy wśród rdzawych złomowisk skalnych, a po chwili między gładkimi czerwono-pomarańczowymi kamieniami, czasem porośniętymi zielonym mchem. Wszystko jest przykurzone i szarawe, wyschnięte na pieprz. Zielone pozostają gumowce - wielkie drzewa rosnące w dolinach rzek okresowych, magazynujące wodę w swoich wielkich, mięsistych liściach, które rosną też u podnóża Uluru.

***

Skoro świt po raz drugi podjeżdżamy pod Uluru. Teraz mogę się przekonać, że głaz naprawdę wyrasta bezpośrednio z ziemi. Z bliska jego ogrom jest przytłaczający, a świadomość, że pięć szóstych schowane jest pod ziemią, intensyfikuje te doznania. Tym razem podchodzę do niego na wyciągnięcie ręki. Wrażenie niebywałe. Nie jest ani zimny, ani ciepły, jest kamienno-letni, i tę letniość przekazuje mojej dłoni. Jest gładki, tylko gdzieniegdzie chropowaty, jak stara, ręcznie robiona i wypalana cegła. Cały pobrużdżony wyraźnymi, pionowymi pręgami, jakby kiedyś został przewrócony na bok. Na różnych wysokościach są większe i mniejsze naturalne zagłębienia, w których zbiera się woda deszczowa. Jest bardzo cicho, słychać tylko nikły szum strumyka wypływającego z dużej niecki wodnej i szybko ginącego w suchej, kamienistej ziemi blisko moich stóp.

Kontakt z Uluru (namacalny i mentalno-medytacyjny) pozostawia przemożne wrażenie, że z tej skały można czerpać siłę i czcić ją jako miejsce magiczne. Kamienny olbrzym emanuje energią i mocą. Dla Aborygenów jest obiektem sakralnym. Magiczny i tajemniczy, budzi przeżycia religijne, których istotą jest coś przerażającego i pociągającego zarazem. Wokół monolitu prowadzi ścieżka, którą można obejść go w niespełna dwie godziny i w paru miejscach zobaczyć barwne malowidła naskalne Aborygenów. Można również specjalną trasą wejść na szczyt, trzymając się łańcuchowej barierki i obejrzeć panoramę (wejście jest trudne i mimo zabezpieczeń zdarzają się wypadki). Skała wznosi się 350 m ponad poziom ziemi na terenie rezerwatu, w którym żyją Aborygeni. Ciągle widzę nowe postacie wspinające się po niej, depczące sakralne miejsce, tak jakby to była zwykła góra. Dzieje się tak, niestety, z przyzwoleniem rad plemiennych i rodowych Aborygenów. Z szacunku do tych ludzi i ich religii zrezygnowałem ze wspinaczki.

***

Piękną panoramę i tak zobaczyłem z punktu widokowego w pobliżu innego cudu natury. Kompleks The Olgas (Kata-Kjuta) składa się z 36 skał o różnej wielkości. Erozja fantazyjnie je przekształciła, nadając im baloniaste kształty, dlatego Aborygeni nazywają go Wiele Głów (największa to Olga). I właśnie ze wzniesienia The Olgas zobaczyłem panoramę Parku Narodowego niemal jak z lotu ptaka. Widać Uluru i parę podobnych, kamiennych monolitów. W dzień wielkie, samotne "kamienie" porozrzucane po buszu imponują ogromem. Ale tak naprawdę ożywają o wschodzie i zachodzie słońca.

***

Słońce stoi w zenicie. Podjeżdżamy pod położoną w odległości paruset kilometrów od Ayers Rock kolejną przyrodniczą atrakcję - głęboki i stromy Kings Canyon w Parku Narodowym "Watarrka". Rudo-czerwony płaskowyż ściętych wierzchołków gór wznosi się ponad kamienistą, równą jak stół pustynią. Można go oglądać, idąc dnem strumienia, albo, wspiąwszy się uprzednio na płaskowyż - z góry. Strumień Kings Creek obrośnięty jest w dolnej partii potężnymi gumowcami. Gdyby nie zieleń, krajobraz przed naszymi oczami byłby niewątpliwie marsjański. Wnętrze kanionu, jego ściany wyglądają jak przekrojony sękacz z czerwono-brązowego żużlu. W innych miejscach przypomina rozłupany kawał twardego, rudego sera. Ściany miejscami poszarpane, miejscami gładkie, jakby stworzyła go wielka koparka.

Jest piekielnie gorąco, wypijam hektolitry wody. Wszyscy piją, choć płyn ulatnia się z ciał w mgnieniu oka. Na niebie widać czasami mały helikopter krążący nad kanionem wysoko i dyskretnie, aby za bardzo nie mącić ciszy. To turyści oglądają z wysokości Kings Canyon. Ich widok jest inny niż nasz, bo kanion w swojej masie jest bardziej zielony. Gdy popatrzy się z bliska na kawałek rudej ziemi lub ugrowo-brązowawej skały, można dostrzec, ile jest różnych barw w mchach i porostach skalnych. Piękno tej ziemi to nie tylko świat wielkich i dzikich przestrzeni, ale i kameralnych zakątków, mikroskopijnych światów oglądanych w wielkim zbliżeniu. Nad kanionem i nad naszymi głowami zaczynają zbierać się chmury nabrzmiałe deszczem, a po chwili spomiędzy nich wybiegają białe, elektryczne błyski. Taka aura będzie towarzyszyć nam przez setki kilometrów drogi powrotnej do Alice Springs. Tym razem nie jedziemy drogą asfaltową, lecz bitą, szutrową. Jest bardziej wyboiście, ale za to więcej się dzieje. W wielu miejscach przez drogę przepływają większe lub mniejsze strumienie. Często musimy zwalniać, przejeżdżając przez podeszczowe rozlewiska. Napływają nowe chmury. Trzeba się spieszyć, wyschnięte do tej pory łożyska okresowych strumieni szybko się napełniają. Samochód może ugrzęznąć w piaskowo-błotnistym podłożu nasiąkniętym wodą, gdzie będziemy unieruchomieni na wiele godzin. W promieniu stu kilometrów nie ma żadnej ludzkiej osady. Na szczęście poza paroma silnymi, niekontrolowanymi poślizgami nic złego się nie stało. Na poboczu drogi przez pewien czas biegły dzikie wielbłądy, niezgrabne, z obwisłym futrem, zmoknięte. W czasie jazdy, patrząc przez przednią szybę, poczułem, że podświadomie szukam na horyzoncie znajomego kształtu Ayers Rock. Na próżno - właśnie oddalałem się od niego bezpowrotnie, a jego majestatyczny obraz powstał tylko pod moimi powiekami i w moich myślach. Podobne uczucie miałem, wracając samolotem do Melbourne - na próżno wypatrywałem czerwono-rudego kamienia rzuconego przez naturę na pustkowie interioru australijskiego.