Dwa tygodnie w Tunezji - pamiętnik z podróży

Ślady Fenicjan, Rzymian, Arabów i Troglodytów. Stare medyny, barwne suki, palmowe gaje i pustynne wydmy. W małej Tunezji mamy to wszystko pod ręką
Piątek

Start z Warszawy o 6 rano (czarter). Po trzech godzinach lądujemy w Monastirze. Czysto, porządne toalety... Tuż obok jest metró - kolejka łącząca Monastir i Susę, skąd zamierzamy rozpocząć naszą wędrówkę. Wybieramy hotel Paris (18 dinarów - po krótkim targowaniu się - za dwójkę bez łazienki; za prysznic płaci się osobno dinara).

Susa ma kolor piasku - od budowli wyciosanych z żółtych kamiennych bloków. To medyna otoczona świetnie zachowanymi murami z połowy IX w. (długie na ponad 2 km, wysokie na 8 m), Wielki Meczet z 851 r. ze wspaniałym dziedzińcem - zaglądamy przez dziurkę od klucza - i ufortyfikowany muzułmański klasztor (ribat) z końca VIII wieku.

Po długiej wędrówce wzdłuż murów odnajdujemy prywatne muzeum przy Rue du Remparts Nord 65 - dom XIX-wiecznego urzędnika ze znakomicie zachowanym wyposażeniem. W sieni pełno niziutkich ławeczek zawalonych poduszeczkami.

Sam dom, jeden z najstarszych w Susie, powstał w 928 r. Osobne pokoje dla dwóch żon, bogato rzeźbione łoża z kotarami, toaletki i podnóżki. Mnóstwo luster i komódek, imponująca kolekcja butelek na pachnidła. Wszędzie poduszki. W głębi odkrywamy mikroskopijną kuchenkę do parzenia kawy i herbaty oraz olbrzymią kuchnię do gotowania, pełną okopconych kotłów, wielkich patelni i stągwi. Jest nawet wykafelkowana studnia.

Łazienka to niecka z bloków marmuru na postumencie (woda ścieka do niej z góry kamiennym kanalikiem). A obok - pisuar z czasów rzymskich! Działa, co sprawdzamy ukradkiem. Z tej łazienki nie chce się wychodzić. Ale kusi taras - kawiarnia na dachu z widokiem na medynę.

Poza tym czeka kazba - dawna twierdza częściowo przerobiona na muzeum archeologiczne pełne cudownych rzymskich mozaik (najlepsza w kraju kolekcja po tuniskim Bardo). Zachwyca dziedziniec z resztkami rzymskich kolumn i posągów wśród palm i wciąż kwitnących pelargonii.

Zapach chleba ciągnie nas do piekarni po płaskie placki posypane czarnym sezamem. Odtąd zawsze już będziemy kupować taki chleb, jeszcze gorący. A poza tym piekarnie są pociągająco przedpotopowe.

Sobota

Dopiero dziś odkrywam, że nasz hotel, kwadrat z uroczym wewnętrznym dziedzińcem pełnym wymyślnych kaktusów, krzaczastych pelargonii i wszędobylskich bugenwilli, ma wspaniały taras. Antyczne mury okalające medynę są na wyciągnięcie ręki.

Cel dzisiejszego poranka - Cysterna Sofra z X wieku. Niestety, jest w remoncie. Pocieszamy się wspaniałym gmachem - muzeum Kalaout el Kouba z XI/XII w. Ponoć ta dziwna budowla z kopułą pokrytą zygzakowatym wzorem służyła kiedyś do wydawania przyjęć.

Po drodze mijamy targ warzywno-rybno-mięsny. W wielkiej hali dorodne karczochy (w życiu takich nie widziałam!), olbrzymi koper włoski, naręcza pietruszki i szpinaku, stosy liści babki, góry oliwek, mnóstwo gatunków daktyli (Tunezja to ich prawdziwe królestwo, a teraz jest szczyt sezonu).

Niestety, niebo pokrywają bure chmury (mamy drugą połowę grudnia), od czasu do czasu mży. Uciekamy na południe. Najpierw El Dżem.

Pociągi, choć całkiem niezłe, jeżdżą dość rzadko, no i mało jest linii. Najszybsze i najwygodniejsze są dalekobieżne zbiorowe taksówki louages [czyt. luaż]. Renault lub peugeoty zabierają pięć osób, czasem trzeba trochę poczekać, aż zbierze się komplet. Niestety, mamy pecha - dziś początek dwutygodniowych ferii, wszędzie tłok. W dodatku nic nie jedzie do El Dżem. Jednak z pomocą "naganiaczy" (znajdą was na każdym dworcu) w końcu wsiadamy do louage. Słono przepłacamy - moja wina, nie ustaliłam z kierowcą ceny na początku.

El Dżem składa się z koloseum z II w., niewiele mniejszego od rzymskiego (wstęp - 4,2 dinara; żądają też dinara za fotografowanie, tak będzie w każdym zabytkowym miejscu). Mieściło 30 tys. widzów. Jest owalne, z różowo-żółtego kamienia. Arena ma kształt wielkiego jaja. Przez środek biegnie podłużna dziura dla gladiatorów. Tędy wychodzili z kazamatów, które ciągną się pod koloseum. Podziemia są gigantyczne, z celami dla ludzi i zwierząt.

Jeszcze biegiem do muzeum, bo zbliża się godz. 17. Oglądamy niezwykłe mozaiki i spacerujemy po archeologicznym parku. W nim też mozaiki pod gołym niebem, kolumny i resztki rzymskich willi. Oprowadza nas bystry przewodnik, nie żądając dodatkowej opłaty.

W El Dżem nie mamy już co robić ani gdzie nocować. Nie wiadomo, jak się stąd wydostać, bo po zmroku louages prawie nie kursują (za mało klientów). A my chcemy jechać dalej na południe, do Safakisu. Pozostaje pociąg.

Przed godz. 22 jesteśmy w Safakisie. To drugie po Tunisie miasto. Wysadzaną palmami, imponującą aleją Habiba Burgiby (w każdym zakątku Tunezji b. prezydent ma place, ulice, pomniki) idziemy do medyny otoczonej świetnie zachowanymi murami obronnymi (IX wiek). Kompletnie pusto i trochę nieswojo. Znajdujemy tani hotelik cały w kafelkach. Konsjerżami są dwaj ślicznie ubrani "dziadkowie". W arcyszerokich, marszczonych, bufiastych spodniach z białego płótna, z krokiem w kolanach, w ciemnobrązowych burkach, filcowych czapeczkach rondelkach bordo, do tego wąsiki, okulary i Koran pod ręką.

Niedziela

Z samego rana zanurzamy się w niezwykłą medynę Safakisu - cudowny świat zadaszonych suków (w filmie "Angielski pacjent" grały rolę targu w Kairze). Po wąziutkich uliczkach pełnych straganów i sklepików niewiele większych od samych przekupniów przewala się tłum. Ale sprzedawcy nie są nachalni, niewielu tu zresztą cudzoziemców. Są sektory tkanin, dywanów, pachnideł, stolarzy, kowali, szewców, farbiarzy... A za murami (w nich niezwykłej urody bramy - bab) targ spożywczy.

Polecana w przewodniku kawiarnia El Diwan tkwi w obronnym murze. Jest rzeczywiście wspaniała - ostre kolory, niskie ławeczki i stołki, mnóstwo dywaników i poduszek, w kącie stosy wodnych fajek (korzysta się z nich za darmo, kosztuje tylko tytoń), przepyszna café caramel. Oczywiście siedzą tu sami mężczyźni i obserwują każdy nasz ruch.

Postanawiamy ruszyć do Kabes (inaczej Gabes - trzeba uważać na nazwy, które występują w różnych wersjach!), starej oazy, a dziś przemysłowego miasta słynnego z doskonałej henny i palmowych gajów (palmeraie). Niestety, akurat nie jedzie tam louage, ale możemy dostać się od razu na Dżerbę. W tej legendarnej Ziemi Marzycieli, zwanej Wyspą Lotofagów, gdzie zatrzymał się na trochę Odyseusz, nawet w środku zimy temperatura rzadko spada do 15 stopni.

Po drodze (całkiem niezła) krajobraz dość monotonny - raczej płasko, kozy i owce, palmy i drzewa oliwne. W Dżorf ustawiamy się w kolejce do promu - od wyspy dzieli nas 9 km morza. W Humt Suk, głównym mieście Dżerby, bez trudu znajdujemy stary funduk, czyli przerobiony na hotel karawanseraj. Bielone ściany, niebieskie okna i drzwi. Uroczy dziedziniec z arkadami (na dole stały wielbłądy, na górze kupcy) pełen kaktusów, pelargonii i kwitnących bugenwilli. W kątach kamienne baryłki służące niegdyś do tłoczenia oleju i amfory. Jak się okaże, że dach funduku to wspaniałe miejsce na piknik z widokiem na panoramę dachów (można się też opalać!).

Obok naszego funduku stoi kościół, cały biały, przypomina bardzo te południowoamerykańskie z czasów konkwisty. Niestety, w 1964 r. został znacjonalizowany i zamknięty.

O tej porze dnia i roku centrum miasta jest niemal wymarłe, nastawione na turystów restauracje świecą pustkami - z wyjątkiem męskich herbaciarni, do których krępujemy się wstąpić. Rano Humt Suk się ożywi, zamieniając się w prawdziwy suk.

Poniedziałek

Suk wypełnia cały środek miasta. Wszystko dla turystów. Nie sposób przejść bez nagabywania, co zniechęca do spaceru. Ale kuszą wspaniałe ciastkarnio-bary i piekarnie (a śniadanie w naszym funduku skromne...).

Idziemy nad morze. Niestety, dość zapuszczone, na brzegu śmieci, wokół zniszczony betonem krajobraz. Jednak nie chciałyśmy trafić do turystycznych enklaw (zones touristiques) proponowanych przez biura podróży, jak np. północno-wschodnie wybrzeże Dżerby - przez 20 km ciągnie się tam pasmo hoteli, które zmonopolizowały najlepsze plaże na wyspie.

Nad samym morzem kazba o potężnych fortyfikacjach przerobiona na muzeum. Tuż obok rozsiadł się lokalny (nieturystyczny) bazarek - głównie warzywa i wszelaka tandeta.

Wieczorem wstępujemy jednak do męskiej herbaciarni w centrum. Dywaniki na ścianach, maleńkie malowane stoliki, stare lampy i fotografie, instrumenty muzyczne i wodne fajki. Niezbyt dobra zielona herbata z orzeszkami pinii kosztuje słono - najwyraźniej dla cudzoziemców jest tu ekstracennik.

Wtorek

Poranek zmarnowany w banku na wymianie czeków podróżnych. Na dworcu autobusowym - o dziwo! - rozkład jazdy, także po francusku. Jedziemy do Guellala, ok. 25 km na południe od Humt Suk. Oglądana z okien autobusu wyspa wydaje się dość płaska, sucha ziemia w rdzawym kolorze, nieliczne palmy i bezlistne figowce. Guellala to centrum ceramiczne Dżerby. Placyki i uliczki zastawione misami i dzbanami, na oko - masówka pod turystów. My jednak szukamy starożytnej tłoczni oleju Ali Berbere. Nie prowadzą tam żadne drogowskazy, ale w końcu trafiamy. To coś w rodzaju jaskini z sufitami z drewna palmowego i starą prasą do oliwek z pnia palmy. Brakuje tylko wielbłąda, który obracałby kieratem, wyciskając olej. Staruszek, który pokazuje nam tłoczarnię, lepi też - pokazowo, dla turystów - garnki na starym kole.

Środa

Zaraz po śniadaniu opuszczamy nasz uroczy funduk. Louage wiezie nas do Tatawin. Tym razem nie korzystamy z promu, lecz z grobli łączącej Dżerbę z lądem, zbudowanej w czasach rzymskich. Dziewięciokilometrowa dwukierunkowa droga po bokach obłożona głazami niewiele wystaje ponad poziom morza (ekscytujące przeżycie).

Tatawin liczy ok. 10 tys. mieszkańców i nie ma w nim nic szczególnego prócz suku, rzecz jasna, i kolorytu gorącej prowincji (słońce przygrzewa naprawdę ostro!). Naszym celem są okoliczne ksary - ufortyfikowane spichlerze - oraz starożytne wioski na wzgórzach, a Tatawin to najlepszy punkt wypadowy.

Lokalny smakołyk to rogi gazeli, czyli podłużne pierożki w słodkim syropie nadziewane masą sezamowo-migdałowo-orzechową. Twarde jak kamień i wcale nie takie dobre.

Na postoju louages i camionettes (furgonetki) nie ma dobrych wieści: mała szansa, że uzbiera się chętnych do wioski Chenini, 20 km stąd. "Naganiacze" w okamgnieniu proponują wynajęcie samochodu za 60 dinarów, a nawet za 35. Po chwili nagabuje nas Ali Baba (tak każe się nazywać), właściciel zdezelowanego renault - za 22 dinary zawiezie w trzy miejsca. Zaczynamy od Chenini. Krajobraz coraz bardziej pustynny. Mijamy góry w kształcie egipskich piramid i sfinksów! Niesamowite, rdzawoczerwone barwy, z rzadka jakaś palma. Chenini to wykute w skale domostwa okolone murkami. Wciąż zamieszkane. Meczet i olbrzymie ruiny ksaru na górującym nad wioską szczycie robią wrażenie.

20 km dalej - Douiret. Tu nikt już nie mieszka, można więc swobodnie zwiedzać. Zaglądamy do domostw troglodytów - wykutych w skałach i całkiem funkcjonalnych. Najpierw drążyli "salon", potem "sypialnie", kuchnia była na zewnątrz. Podziwiamy geometryczne płaskorzeźby - wypukłe linie tworzą wzór na kolistych sklepieniach korytarzy i bram. Nie można oderwać od nich wzroku, podobnie jak od licznych naskalnych rysunków (znów dużo niebieskiego!). Jest nawet spory meczet, oczywiście wykuty w skale.

U podnóża tej góry kilka białych kwadratowych budowli z kopułami. Groby marabutów, czyli świętych mężów.

W drodze powrotnej do Tatawin krótki popas w gigantycznym spichlerzu Ksar Ouled Debbab. Na kilku poziomach setki, jeśli nie tysiące komór na zboże, oliwki i inne zapasy (przypomina trochę koloseum!).

Czwartek

Z samego rana chcemy dostać się do Ksar Ouled Sultane - chyba największego w okolicy. Tam jeżdżą tylko camionettes - zdezelowane pikapy z drewnianymi ławeczkami pod brezentową budą. Wożą po dziesięć osób, więc ponad godzinę czekamy na resztę klientów. Cena jest tego warta - dinar od osoby.

Po drodze wspaniałe widoki: wioski na skałach, ksary, "piramidy" pojedynczych gór (z ruinami na czubkach).

Ouled Sultane - imponujący. Szczyci się najpiękniejszym kompleksem ghorf (komory do przechowywania zboża) wznoszących się ponad dwoma dziedzińcami na wysokość czterech kondygnacji. Liczne schodki i drabinki, łukowe wejścia, dziury jak w plastrze miodu...

W Tatawin jest dzień targowy, więc bez trudu łapiemy transport powrotny.

Po południu louage wiezie nas 120 km do Duz zwanego Bramą do Sahary. Droga wiedzie groblą biegnącą przez środek słonego jeziora Shottt el Jerid. To coś w rodzaju słonej pustyni - jak okiem sięgnąć niskie suchorośla, białe, skrystalizowane łachy, gdzieniegdzie błyszczy tafla wody. Wzdłuż rowków leżą kupki świeżo wykopanej soli. Gdy świeci słońce, równina wokół skrzy się albo zamienia w biały tuman.

Piątek

Mimo licznych płotków z palmowych liści Douz tonie w piasku. Tuż za miastem ciągną się przecież olbrzymie wydmy Sahary (to właśnie w tym mieście odbywa się Festiwal Sahary - wielki folklorystyczny festyn).

Zatrzymujemy się w Hotel 20 Mars przy ulicy o tej samej nazwie. Na środku kwadratowego dziedzińca rośnie potężne drzewo, chyba fikus, gnieżdżą się w nim gromady śpiewających ptaków.

Douz słynie z największego w Tunezji gaju palmowego - ponad 400 tys. drzew! Przede wszystkim wielkie palmy daktylowe, dosłownie obsypane przepysznymi owocami (ileż odmian!). Gaj przecinają równiutkie, piaszczyste alejki, misterny system wodnych kanalików i połączeń. Wspaniałe, niemal rześkie powietrze (palmeraie wytwarzają swoisty mikroklimat), mnóstwo ptaków, aż nie chce się opuszczać tego miejsca.

Skraj 12-tysięcznego miasta zajmuje wielkie targowisko. Za bramą (obowiązują bilety, po 300 milimów) mnóstwo kramów, głównie odzież, buty i domowy sprzęt, wszędzie garkuchnie i stoiska z łakociami. Hałaśliwa muzyka i zgiełk nie do opisania. Uciekamy stąd czym prędzej.

Na kolację w 20 Mars podają tutejszą specjalność brich - surowe jajko zasmażane w cienkim chrupiącym cieście, plus tuńczyk i pietruszka oraz eskalopki z indyka (podobno kraj ten zjada najwięcej indyków na świecie!) z tunezyjską sałatką - drobno posiekane pomidory, cebula, zielona pietruszka, ogórek. Wszystko pyszne.

Sobota

Pół dnia spędzamy, wędrując po "naszym" gaju palmowym. Drugie pół - na wydmach. To już prawdziwa, bezkresna pustynia. Przedpola Wielkiego Ergu. "U wejścia" stoi dość okropna konstrukcja - niby-brama z niby-amfiteatrem po obu stronach. Tu właśnie odbywa się Festiwal Sahary. W oddali widzimy kilka małych karawan. Turyści. Przejażdżki na wielbłądach to przecież jedna z głównych atrakcji Douz. Ale na ans czeka Tunis z Kartaginą.

Niedziela

W Tunisie znajdujemy lokum w samych murach medyny (wspaniała mozaika islamskiej architektury sprzed tysiąca lat, od 1981 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO). Medyna to wszechobecny suk - zadaszony labirynt przepastnych bazarów i sklepików-pułapek. W nich piramidy wyrobów ze skóry, zwoje tkanin, rzędy ciżemek, ściany i podłogi z dywaników... Feeria kolorów i dźwięków, odurzająca mieszanka zapachów.

Wędrujemy w ślad za wyblakłymi pomarańczowymi strzałkami, trasą zaprojektowaną przez Association de Sauvegarde de la Medina. A więc Meczet Drzewa Oliwnego (inaczej Wielki Meczet), suk el-Attarine (perfumiarski), suk el-Barka (w czasach osmańskich targ niewolników), medresa Mouradia, meczet Farbiarzy, pałac Dar Osman (wspaniała fasada). Przeciskamy się się przez wąziutkie zaułki, podziwiając pięknie zdobione bramy i drzwi.

W 1881 r. Tunezja znalazła się pod protektoratem francuskim (przy formalnej władzy bejów z dynastii Husajnidów). Ale Francuzi nie naruszyli medyny, tylko wznieśli tuż obok ville nouvelle. W tym nowym mieście atmosfera rzeczywiście europejska: szeroki bulwar główny Avenue Habiba Burgiby, mnóstwo kawiarń i patiserii, no i wspaniała architektura kolonialna z początku XX w. Poruszamy s, korzystając ze znakomitej sieci linii tramwajowych zwanych metro leger.

Poniedziałek

Metro leger zawozi nas na cały dzień do Bardo (ok. 4 km od centrum Tunisu), najlepszego muzeum w kraju. Mieści się w dawnym pałacu bejów, który sam stanowi nie lada atrakcję - imponująco rozległy, z ogrodem po sąsiedzku i lapidarium tuż obok. Słynie ze wspaniałej kolekcji mozaik, którymi zamożni obywatele rzymskiej Afryki ozdabiali swoje wille.

Są tu sale poświęcone Kartaginie, Rzymowi, czasom wczesnochrześcijańskim no i arabskim. Imponujący zbiór glinianych masek pogrzebowych z Kartaginy - dziwne, powykręcane twarze miały odpędzać od zmarłych złe duchy. Zachwyt wzbudzają rzymskie sarkofagi, statuetki i posągi, m.in. Apolla, Eskulapa, Minerwy, Ceres. No a mozaiki! Dumą Bardo jest ta z Neptunem w rydwanie ciągniętym przez morsy - 140 m kw. (pokrywała podłogę salonu willi w Susie). Mnie w pamięci pozostanie też triumf Bachusa, morskie stwory i typy łodzi oraz portret Wergiliusza z "Eneidą" w ręce, w towarzystwie Klio i Melpomeny.

Wtorek

Do Kartaginy (kilka kilometrów od Tunisu, od 1981 r. na liście UNESCO) jedziemy kolejką biegnącą groblą przez Jezioro Tuniskie i dalej nad Zatoką Tunetańską. Ta legendarna fenicka osada wyrosła na morską i handlową potęgę współzawodniczącą z Rzymem. Po trzeciej wojnie punickiej - 149-146 p.n.e. - wojska Scypiona Afrykańskiego niemal zrównały ją z ziemią.

I choć do dziś niewiele pozostało z dawnej wspaniałości tego miasta-państwa, spędzamy tu cały dzień, wędrując od jednych (resztek) ruin do drugich. A teren jest olbrzymi, często korzystamy nawet z elektrycznej kolejki podmiejskiej. Zaczynamy od wzgórza Byrsa, starożytnego centrum, skąd mamy też świetny widok na całą okolicę. Dziś góruje nad wzgórzem neogotycka katedra św. Ludwika zbudowana przez Francuzów w 1890 r. na cześć króla, który zmarł na tutejszej plaży w 1270 r. podczas ósmej krucjaty. W muzeum tuż obok - pozostałości po antycznej Kartaginie. Później czeka nas jeszcze rzymski teatr i wille, porty oraz monumentalne Termy Antoniusza (trzecie co do wielkości w Imperium) ze sterczącymi korynckimi kolumnami. Na mnie największe wrażenie robi Tofet, jakby ukryty w zagłębieniu ziemi - miejsce składania ofiar i cmentarz, gdzie dzieci możnych Kartagińczyków (na ogół noworodki) poświęcano w ofierze bogowi Baalowi Hammonowi i jego małżonce Tanit. Na początku XX wieku odkopano w Tofet ponad 20 tys. urn.

Opuszczam Kartaginę z kamienną głową Dydony kupioną u ulicznego handlarza. Ta mityczna założycielka miasta miała pod nie dostać kawałek ziemi rozmiarów skóry wołu. Pocięła więc skórę na cienkie paski i opasała nimi całe wzgórze Byrsa...

Środa

Z samego rana wyruszamy louage do miasteczka Tebersuk (miła, senna atmosfera, ale nie ma się tu gdzie zatrzymać na dłużej), ponad 100 km od Tunisu, skąd jakieś 6 km dzieli nas od Duggi - chyba najlepiej zachowanych i najbardziej imponujących rzymskich budowli w Tunezji. Leżą na skalistym wzniesieniu na skraju gór Tebersuk. Tuż za budką strażnika zachwycający teatr ze 188 r. na 3,5 tys. widzów. Wspinamy się do najwyższego 19. rzędu, skąd świetnie widać ruiny miasta i poprzecinaną polami dolinę. Prócz nas dwóch jest tylko paru cudzoziemskich turystów. Można by kontemplować do woli, ale zrywa się ostry wiatr i deszcz. Szczękając zębami, obchodzimy imponujące pozostałości licznych świątyń, agorę, plac Róży Wiatrów (wciąż można odczytać nazwy niektórych z nich), Dom Trifolium (nazwa od głównej sali w kształcie listka koniczyny), nimfeum, łaźnie, akwedukt...

Czwartek-piątek

Dugga to nasze przedostatnie tunezyjskie "odkrycie". Teraz już tylko nadmorski odpoczynek w Mahdii, mieście-twierdzy zbudowanej w X wieku przez Fatymidów na dziobatym kamiennym cyplu. Na zawsze zapamiętam jego niezwykłą medynę z Wielkim Meczetem i placem du Caire.



•  Dinar dzieli się na 1000 milimów; 1 dinar = 1,25 dol.