Indie: Sikkim na dwa tygodnie

Piję herbatę z solą i bawolim mlekiem, która przypomina zupę. Sikkim to przecież prawie Tybet!
Sikkim to niewielki "półwysep" wciśnięty między Bhutan, Tybet i Nepal. Do 1975 r. był niepodległym królestwem. Potem jednak, czując niebezpieczeństwo chińskiej aneksji, dobrowolnie przyłączył się do południowego sąsiada i wybierając mniejsze zło, stał się 22. stanem Indii. Ponieważ Pekin nie zrezygnował ze swoich roszczeń, na terenie Sikkimu stacjonuje w dalszym ciągu sporo hinduskiego wojska. Można zwiedzać tylko część półwyspu, a żeby tam wjechać, trzeba mieć pozwolenie (załatwimy je w dwie godziny w Delhi, Kalkucie albo Dardżyling).

Dzięki tym pozornym utrudnieniom, brakowi połączeń kolejowych i lotniczych oraz oddaleniu od uczęszczanych przez turystów szlaków Sikkim jest jednym z najdzikszych i najciekawszych rejonów Indii.



Orchidee i klasztorne trąby

Stolica stanu Gangtok jest jak na warunki hinduskie malutkim miasteczkiem (ok. 100 tys. mieszkańców). Zanim wyruszymy dalej, wpadnijmy do ogrodu botanicznego, w którym rośnie kilkaset gatunków storczyków z sikkimskich lasów. Spacer po wilgotnych alejkach obrośniętych grubym kożuchem orchidei pozwala wyciszyć się po podróży przez hałaśliwy i przeludniony subkontynent. Kwiaty są tak bezczelnie piękne, że urodą mogą konkurować z najznakomitszymi dziełami sztuki.

Koniecznie trzeba się wybrać do klasztoru Rumtek, stolicy wywodzącego się z Tybetu buddyjskiego zakonu Kagyu-pa. To jednocześnie siedziba jego duchowego przywódcy - Karmapy. Klasztor jest otwarty dla zwiedzających. Można wejść w trakcie pudży (nabożeństwa) do sali, w której mnisi medytują i śpiewają, usiąść w kącie, patrzeć i słuchać. Wielka jest moc tej muzyki. Monotonnie inkantowane mantry podnoszą się i opadają, dźwięczą wielkie bębny i potężne, chyba dwumetrowe tybetańskie trąby. Bliżej środka zasiadają w rzędach starsi mnisi zwróceni do siebie twarzami, klasztorna młodzież (siedmiolatki!) na obrzeżach. Nagle ożywienie wśród maluchów - idzie kolacja! Każdy dostaje płaski placek oraz miseczkę herbaty z solą i bawolim masłem, goście też. Piję herbatę, która przypomina zupę, ale to przecież prawie Tybet...

Kiedy wracam z klasztoru do hotelu w Gangtoku, zdaję sobie sprawę, że przebywam w kraju, który grawituje w kierunku Lhasy. Mieszkam przy Lhasa Rd., wysyłam maile z Dharma Cyber Center, stołuję się w Karma Barze. Ale tak poważnie, to Tybet leży bliżej niż za siedmioma górami, jest bardzo silny kulturowo i pomimo chińskiej okupacji to duchowa stolica całych Himalajów. I tak jak w Meksyku, gdzie w każdym autobusie nad głową kierowcy są nalepki z Chrystusem, tak w każdej sikkimskiej taksówce wisi Jego Świątobliwość Dalajlama.



Jaki u zbiegu granic

Tsongo Lake leży zaledwie ok. 30 km od Gangtoku, ale i tak, żeby tam pojechać, potrzebne jest osobne zezwolenie i przyporządkowanie do zorganizowanej przez agencję turystyczną grupy. Myszkuję po mieście, zasięgam języka, ale wszyscy są zgodni - przez punkty kontrolne ustawione wzdłuż drogi bez zezwolenia przejechać się nie da. Trudno.

Płacimy po 10 dol. i w czteroosobowej grupie (w tym przewodnik i kierowca) jeepem wyruszamy w góry. Po trzech godzinach samochodowej wspinaczki dostajemy nagrodę - piękne granatowo-czarne jezioro, wokół nagie, przyprószone śniegiem góry. Idę jeszcze kilkaset metrów wyżej, na pobliski szczyt. Po drodze grubofutrzaste i gruborogie jaki skubią chude trawki. Patrzę na kolejne i kolejne pasma. - Tam jest Tybet, a tam, po prawej, Bhutan - mówi przewodnik. - Do Tybetu prowadzi stara droga. Podobno Oni [Pekin i Delhi] zaczynają się dogadywać i przełęcz Natu będzie niedługo otwarta. Ale tego chińskiego "niedługo" mogę nie dożyć - mówi smutno. Jest Tybetańczykiem.



Kardamonowa dolina

Do Phandong można pojechać bez osobnego zezwolenia. Droga oplata zbocze porośnięte wspaniałym lasem i wąskimi mostami przeskakuje nad ryczącymi górskimi rzekami. Na pylonach wiszących mostów, na przełęczach łopoczą na wietrze kolorowe flagi modlitewne. Pomiędzy drzewami poletka kardamonu - największe bogactwo Sikkimu. Niestety nie pachnie, bo zbierać go będą dopiero w listopadzie. Wysiadam w Phodongu, ale chcę zajrzeć tam, gdzie przewodnik "Lonely Planet" nie sięga. Idę powoli drogą, wymieniam ukłony z mijającymi mnie mnichami, patrzę na wielkie młynki modlitewne obracane siłą spadającego z gór strumienia. Docieram do wsi Singik i padam ze zmęczenia w malutkim rodzinnym pensjonaciku prowadzonym przez Diki Choden Bhutię (w dziewiątym miesiącu ciąży). Przygotowuje mi tybetańskie jedzenie: momos, czyli pierożki na parze, thugpę, gęstą zupę z ziaren warzyw, oraz tsampe, owsiankę, tyle że z jęczmienia. Jedzenie jest lekkie i energetyczne, więc po chwili odpoczynku idę, skacząc po górach.

Na polanie stara pompa, nieco wyżej gospodarstwo, jeszcze wyżej następne. Na każdym tarasie kolejna gałąź jednej rodziny. Wszędzie czyściutko, co w Indiach wydaje się niemożliwe. Wzdłuż domu, tak jak w Polsce malwy, rosną orchidee. Podchodzą gospodarze. Może herbatki? Może zostaniesz dwa tygodnie?

- Dlaczego dwa tygodnie? - pytam zdziwiony.

- Bo masz pozwolenie na pobyt w Sikkimie tylko na dwa tygodnie!

Mój niedoszły gospodarz ma rację. Trzeba niestety ruszać dalej.