Nadbużańskim szlakiem - Biała Podlaska, Kodeń, Garbarka

Złote kopuły cerkwi prawosławnych i unickich, wieże kościołów katolickich i las krzyży na Grabarce
Jadąc od Siemiatycz, tuż przed Białą Podlaską mija się Cicibór. Ten sam, o którym śpiewał Kazimierz Grześkowiak: "Kiedy ranne wstają zorze w Ciciborze, Ciciborze, pustką świeci każde łoże. (...) Bo wieczorem w remizyi będą hucznie grać na cyi, będzie bęben, czyli jazz". W tych (albo innych) słowach coś musiało urazić dumę Ciciborzan, bo pozwali artystę do sądu. Widać, że Cicibór umie walczyć o swoje, a i wypromować się potrafi. W Białej Podlaskiej reklamuje się ciciborski Dom Weselny. Kto wie, czy to czasem nie unowocześniona "remizyja" z piosenki Grześkowiaka?



Przed Białą Podlaską, tuż na granicy miasta, pasą się na wygonie tęgie koniki. Żadna tam sportowa arystokracja z pobliskiego Janowa. Ot, swojskie, robotne wałachy. Zaś przez sam środek miasta płynie rzeka Krzna. Może komuś przypomni dzieciństwo i unoszący się nad okolicą zapach kiszonych ogórków, których pełne beczki zatapiało się w rzece jeszcze w latach 50.?

Dziś rzeka nadal jest ciemnozielona od starych drzew porastających brzegi, tak starych jak te w parku nieistniejącego już pałacu Radziwiłłów, którym miasto zawdzięcza dawną świetność. Właśnie tu od 1633 r. działała filia Akademii Krakowskiej. Jej absolwentem był Józef Ignacy Kraszewski, o czym przypomina okolicznościowa tablica na gmachu liceum. Wyjeżdżamy z miasta, w którego herbie archanioł Michał z mieczem w jednej, wagą w drugiej dłoni przydeptuje bardzo z tego niezadowolonego zielonego smoka. To też pamiątka po Radziwiłłach.



Jedziemy drogą E-30 Warszawa - Moskwa, potem coraz bardziej podrzędnymi, kierując się na Kodeń. O kresowości okolic świadczą cerkwie, prawosławne i unickie, przemieszane z kościołami katolickimi. Za kolejną wioszczyną z przykusym gaikiem wyłania się widok jak z obrazka - wcięte w linię horyzontu miasteczko z białymi murami świątyni i lśniącymi złotem kopułami cerkwi. Kodeń.

Na rogatkach pusto, ale w środku tłoczno od autokarów i samochodów. Ledwie zdążyliśmy zaparkować i wysiąść z samochodu, gdy nadciągnęła procesja. Sztandary, feretrony, dziewczynki w bieli, sypiące płatki róży i piwonii. Strażacy w lśniących hełmach nieśli na ramionach kopię obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej, tej, której zaufał dumny magnat Mikołaj Sapieha, wojewoda miński i brzeski. Trafiliśmy na doroczny odpust Zesłania Ducha Świętego i Matki Bożej Kodeńskiej, który 2 lipca ściąga do Kodnia wiernych nie tylko z Lubelszczyzny i Podlasia.



Wchodzimy na teren dawnej rezydencji Sapiehów, z której ostał się tylko piękny kościółek św. Ducha, czerwony, gotycki, niegdyś zamkowa cerkiew. Zawdzięczamy go Pawłowi Sapiesze, dziadowi Mikołaja. Wśród trawników i starodrzewu stoją kapliczki Kalwarii. Na ławkach i na trawie porozkładały się gromadki pątników. Na skwerku naprzeciwko kościoła kramy i kramiki pełne odpustowych gadżetów - kolorowych i hałaśliwych. Pora na spotkanie z cudownym obrazem. W późnorenesansowym, o klasycystycznej fasadzie kościele św. Anny pielgrzymi odmawiają koronkę przed wizerunkiem Madonny de Guadelupe. W pozłocistej oprawie barokowego ołtarza Maryja w czerwonej szacie, okryta ciemnoniebieskim płaszczem, do którego przylgnęło Dzieciątko w sztywnej sukience.

W 1631 r. niedomagający, 50-letni Mikołaj Sapieha, nie znajdując ratunku u litewskich znachorów i krakowskich medyków, powędrował do Rzymu (na co chorował, nie wiadomo). Przyjął go papież Urban VIII. Pozwolił mu modlić się w papieskiej kaplicy z obrazem Matki Boskiej zwanej Gwadelupieńską lub Gregoriańską. Cudownie uzdrowiony, Sapieha zachował się iście po sobiepańsku - wykradł papieżowi obraz i co koń wyskoczy popędził do Kodnia. Obraz trafił do kościoła św. Anny, który z drewnianego został przebudowany w 1640 r. w podziwianą dzisiaj bazylikę. Po klęsce powstania styczniowego kościół zamieniono w cerkiew, obraz nakazano wywieźć do Częstochowy, gdzie przebywał 52 lata. Do Kodnia powrócił dopiero w 1927 r. Czczony jest po dziś dzień.



Wracamy wąską drogą zbudowaną na wale przeciwpowodziowym. W Kostomłotach przerwa w podróży na zwiedzenie ładnej, ciemnej cerkiewki. Dyżurujący brat zachęca, by wejść do środka i opowiada o tej jedynej w Polsce parafii neounickiej pod wezwaniem św. Nikity Męczennika. To stare sanktuarium Unitów Podlaskich przypominające męczenników z niedalekiego Pratulina. Część relikwii błogosławionych męczenników przywiózł do Kostomłotów w 1998 r. ks. prymas Józef Glemp (jursydykcyjnie parafia podlega prymasowi Polski). Na niebieskich ścianach tłoczą się ikony, najcenniejsza przedstawia patrona cerkwi św. Nikitę. Obrazy otulają haftowane tkaniny. Przy parafii działa Centrum Ekumeniczne, dokąd latem przyjeżdża młodzież z Czech, Estonii, Rosji, Niemiec, Francji, Irlandii.



Kierujemy się na Terespol. W Siemiatyczach skręcamy na Grabarkę. Wąską leśną drogą docieramy do klasztoru na skraju Puszczy Mielnickiej. Przed wejściem zadaszona studnia, na niej niebiesko-złote ikony. W marmurową cembrowinę wbudowana rzeźbiona ręczna pompa. Zaczerpujemy źródlanej wody. Pyszna.

Krzyże na Grabarce przypominają las, w którym drzewo miesza się z drewnem, wyschniętym, zszarzałym, próchniejącym. Na krzyżach przynoszonych przez pielgrzymów są najczęściej dwa słowa: "Spasi i sochrani". Jeszcze tylko spojrzenie w głąb mrocznej cerkwi rozświetlonej złotem ikon i płomykami świec. Opatulona w chustkę dziewczyna w długiej spódnicy pokornie kłania się i żegna przed ikonostasem. Monotonnym głosem śpiewa modlitwę.

Wjeżdżamy w puszczę. Pojawia się przysiółek Sokale, dwa lub trzy domy ze spłowiałych desek. W oknie mignęła mi twarz i ręka z łyżką strawy zastygła przy ustach.