Alicja Dąbrowska: Moja Bolonia

Codziennie rano (grubo za wcześnie!) budził mnie dźwięk kościelnych dzwonów. To było denerwujące, ale regularnie wybijały godziny i zastępowały zegarek, bez którego mogłam się obywać, no i każdy z nich brzmiał inaczej (w pewnej wsi pod Bolonią byłam kiedyś świadkiem zawodów dzwonników!). Dziś w Warszawie tęsknię za tym dźwiękiem. O wiele gorszy był nieznośny warkot motorynek o każdej porze dnia odbijający się echem w wąskich, brukowanych uliczkach i hałasy pucujących miasto śmieciarzy. Ale co rano po nocnych hulankach nie było śladu.
Z naszego tarasu w udającym średniowieczne palazzo domu przy via dei Griffoni (była to foresteria, czyli lokum dla cudzoziemskich studentów) patrzyłam na morze rdzawych dachówek i bladoczerwonych murów, z którego to koloru słynie miasto.

Uwielbiałam po nim chodzić, ot tak sobie (wiele uliczek jest niedostępnych dla autobusów czy minibusów). I robiłam to codziennie, przez parę miesięcy. Prawie zawsze zahaczając o: bardzo starą, tchnącą duchem średniowiecza via Marsala z potężnymi domami-twierdzami wspartymi na grubych drewnianych "kolumnach" i małymi okienkami; via Clavature i Pescherie Vecchie, wśród których rozkłada się apetyczny targ pełen malowniczo ułożonych frykasów (ach, te kolory i zapachy!); renesansowy dziedziniec Museo Civico Medievale z niezwykłymi arkadami, gdzie można trafić na koncert czy przedstawienie (jak wspaniale brzmiał tam głos Marie Boine!); całonocną księgarnię w piwnicy przy via Rizzoli (mnóstwo książek o sztuce, z przeceny) i ulubione bary - tu crodino (bezalkoholowy aperitif), tam espresso; kościół San Domenico z sarkofagiem Arca di San Domenico, nad którym pracowali m.in. Niccolo Pisano i Michał Anioł...

Turystów było mało, żadnego porównania z zatłoczoną Florencją czy Wenecją. Żadnych kolejek do Museo Archeologico (kolekcja etruska!), Pinacoteca Nazionale (Rafael, Guido Reni, Guercino, Perugino) czy Museo Morandi w Palazzo d'Accursio (moje ulubione).

Były też pokusy, jak pewien wewnętrzny dziedziniec między via D'Azeglio i de Griffoni. Na parterze otaczających go starych palazzi ulokowały się stylowe minigalerie: perskie dywany, mydlarnia, zielarnia, brokatowe tkaniny i staro-nowe meble czy parę ulubionych sklepów (okulary słoneczne, naszyjniki, trzewiki). No i kuchnia. Przecież Bolonia to stolica regionu Emilia-Romania, który dał światu parmezan, szynkę parmeńską i ocet balsamiczny z Modeny!

Zawsze kiedy tam wracam, powtarzam ten obchód. Kiedy się zmęczę, siadam na wielkich schodach przed bazyliką San Petronio. I nasycam się niezwykłą architekturą Piazza Maggiore (trochę od Sasa do Lasa, ale - przekonajcie się sami - oglądanie tego nigdy się nie znudzi!) obserwując gwarne życie w sercu Bolonii.